<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-5767885164045152685</id><updated>2012-01-26T21:23:58.451+01:00</updated><category term='media'/><category term='wojewódzki'/><category term='reklamy'/><category term='kierowca'/><category term='miasto w internecie'/><category term='moda'/><category term='postanowienia'/><category term='sosnowiec'/><category term='zagranica'/><category term='polska rzeczywistość'/><category term='widok uliczny'/><category term='fryzjer'/><category term='rover'/><category term='ameryka'/><category term='idiota'/><category term='ferrari'/><category term='herbata'/><category term='praca'/><category term='współczesne filozofie'/><category term='technologie'/><category term='szkoła'/><category term='gej'/><category term='młodzi gniewni'/><category term='władza'/><category term='przesądy'/><category term='david hasselhoff'/><category term='porsche'/><category term='polityka'/><category term='internet'/><category term='autobusy i tramwaje'/><category term='figurski'/><category term='prezydent'/><category term='donald cudotwórca'/><category term='zabobony'/><category term='fotograf'/><category term='podatki'/><category term='mohery'/><category term='ekologia'/><category term='zakupy'/><category term='polskie drogi'/><category term='czas'/><category term='przyszłość'/><category term='złodzieje'/><category term='wiosna'/><category term='gotowanie'/><category term='pieniądze'/><category term='polacy'/><category term='rzeczy z duszą'/><category term='autobus niskopodłogowy'/><category term='prawda policyjna'/><category term='nowy rok'/><category term='stereotypy'/><category term='pogoda'/><category term='katowice'/><category term='cinquecento'/><category term='marzenia'/><category term='środowisko'/><category term='kolejki'/><category term='lamborghini'/><category term='ekonomia'/><category term='najciekawsze z najciekawszych'/><category term='facet w kuchni'/><category term='języki'/><category term='wakacje'/><category term='orange'/><category term='spisek'/><title type='text'>Teoria chaosu</title><subtitle type='html'>przez porysowane okulary na świat, czyli teksty o tym co ciekawe, absurdalne, interesujące i głupie.</subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://littlejacob.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><author><name>Jakub</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12117029458729354081</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='30' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sZYtj72cVRQ/TF8CSFOeRYI/AAAAAAAAACY/tC8vXnYVxvA/S220/Bez+nazwy+1+kopia.jpg'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>52</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5767885164045152685.post-8892485945747219104</id><published>2012-01-26T20:17:00.005+01:00</published><updated>2012-01-26T20:19:43.766+01:00</updated><title type='text'>Fenomen dziadka totolotka</title><content type='html'>Dzisiaj bardzo nietypowo bowiem... obiektywnie. I w dodatku na temat. Dawno temu (&lt;a href="http://my.gtathegame.net/chaos/blog/?nr=619"&gt;naprawdę dawno, bo jeszcze na pierwszym blogu w 2006&lt;/a&gt;) wspominałem o popularnych grach liczbowych w które Polacy chętnie grają pomimo kryzysów ekonomicznych, przemian ustrojowych bądź żywiołów natury. Od momentu opublikowania tamtego postu minęło już jakieś 5 lat, a w tym czasie zmieniły się moje poglądy na świat, więc przyszła pora odgrzać stare kotlecisko.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ponieważ zdecydowana większość tekstów umieszczanych w tym blogu jest stricte subiektywna, a mój świeżutki tekst typowo kioskowy, postanowiłem go tutaj nie umieszczać. Artykuł został napisany na wyłączność dla wydawnictwa Polska Presse i umieszczony w serwisie wiadomosci24.pl, a przeczytać go możecie klikając w &lt;a href="http://www.wiadomosci24.pl/artykul/fenomen_dziadka_totolotka_dlaczego_gramy_w_lotto_223563.html" target="_blank"&gt;ten link&lt;/a&gt;. Zapraszam do zapoznania się i wyrażenia swojej opinii, bowiem jeszcze Polska nie zginęła i nie będzie Tusk pluć nam ACTĄ w twarz.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5767885164045152685-8892485945747219104?l=littlejacob.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://littlejacob.blogspot.com/feeds/8892485945747219104/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2012/01/fenomen-totolotka.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/8892485945747219104'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/8892485945747219104'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2012/01/fenomen-totolotka.html' title='Fenomen dziadka totolotka'/><author><name>Jakub</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12117029458729354081</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='30' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sZYtj72cVRQ/TF8CSFOeRYI/AAAAAAAAACY/tC8vXnYVxvA/S220/Bez+nazwy+1+kopia.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5767885164045152685.post-1926197304281689889</id><published>2012-01-23T20:05:00.003+01:00</published><updated>2012-01-23T20:05:58.908+01:00</updated><title type='text'>Jakie akta?</title><content type='html'>Tak, to musiało się znaleźć także tutaj. Trąbią o tym wszystkie portale internetowe, potrąbie sobie i ja. Póki jeszcze mogę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Od kilku dni w sieci powstało niemałe zamieszanie w związku z podpisaniem przez polski rząd dokumentu Anti-Counterfeiting Trade Agreement (pol. umowa handlowa dotycząca zwalczania obrotu towarami podrabianymi), który przez ostatnie kilka lat był przygotowywany w tajemnicy między Stanami Zjednoczonych Ameryk i Japonią, a później do rozmów dołączyła UE, Kanada i Szwajcaria. Dokument określa nowe prawa dla dochodzenia i egzekwowania przypadków łamania praw autorskich. W domyśle zapisów przestępstwem będzie umyślne podrabianie znaków towarowych i piractwo praw autorskich na skalę handlową oraz pomoc w tym procederze, łamanie praw własności intelektualnej czy dystrybucja nielegalnych dóbr w internecie. Po polsku każdy przypadek łamania prawa autorskiego, czyli ściągnięcie bądź udostępnienie mp3, obrazka, filmu lub zdjęcia będzie podstawą do ścigania przez odpowiednie służby i karalne grzywną, procesem sądowym bądź pozbawieniem wolności. Jednakże najbardziej kontrowersyjnym zapisem w porozumieniu jest to, że usługodawca będzie zobowiązany do przekazania danych delikwenta wobec którego zachodzi podejrzenie popełnienia przestępstwa w internecie odpowiednim służbom, co narusza kupę ustaw w tym ustawę o ochronie danych osobowych jak i wiele różnych zapisów obrony praw człowieka. Także treści publikowane na stronach internetowych (w tym komentarze i posty na forum) musiały by być kontrolowane i moderowane w przypadku stwierdzenia naruszenia prawa przez administratora, bo na jego barkach spoczywa odpowiedzialność za daną stronę. A to wiąże się z wprowadzeniem cenzury.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Te jak i wiele innych zapisów nie spodobało się internautom na całym świecie oraz środowiskom akademickim, praktykującym prawnikom oraz organizacjom pożytku publicznego i w ramach protestu zhakowano strony internetowe firm fonograficznych, stowarzyszenia artystów polskich, kilka portali informacyjnych oraz polskie strony rządowe, a także wykradziono dokumenty, których publikacja skompromitowała by rząd, oraz doprowadziła do ogromnej rewolucji. Hakerzy zagrozili, że publikacja dojdzie do skutku, jeśli polski rząd podpisze owy traktat. A tak najprawdopodobniej się stanie, gdyż po dzisiejszych naradach i przeanalizowaniu traktatu przez premiera, ministra kultury oraz ministra administracji i cyfryzacji stwierdzono, że dokument nic nie zmieni w dotychczas obowiązującym prawie i Polska oficjalnie go podpisze w czwartek (26.01) aż w dalekiej Japonii. Skoro nic nie zmieni, to po co podpisywać i wprowadzać coś, co jest zupełnie niepotrzebne? A może wysokiej rangi politycy do końca nie wiedzą o co chodzi w tym porozumieniu?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ja też do końca nie wiem, ale sądząc po oburzeniu internautów i dość łatwym ataku na polskie strony rządowe dochodzę do wniosku, że nic dobrego to nie wróży do niczego dobrego to nie doprowadzi. Traktat nie podoba się m.in. obrońcom praw człowieka, wielu organizacjom, mediom, a także samym internautom, którzy zapowiadają dalsze ataki, a twórcy na znak protestu zamierzają "zgasić" jutro swoje serwisy na godzinę. Najgorsze jest jednak to, że w zjednoczonych państwach Unii Europejskiej, a także USA, które podobno są symbolem demokracji pomysł powstania takiego traktatu, a także przebieg prac i negocjacje pozostawały tajne, a gdy pierwotne wersje spotkały się z negatywnym odbiorem nie przerwano prac nad projektem. Wręcz przeciwnie, prace dalej kontynuowano za zamkniętymi drzwiami dopuszczając do głosu jedynie "przedstawicieli dużych korporacji amerykańskich". Ten cały chaos i zamieszanie spowodowało, że nie wiem czy mam spać spokojnie czy też trząść portkami i spodziewać się mundurowych bo ściągnąłem sobie empetrójkę, film który mam na płycie lecz w wersji oryginalnej, czy grę, bo zakupiony orginał nie chce działać prawidłowo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ciekaw jestem waszego zdania, chociaż domyślam się że na tym blogu jest to niemożliwe, bo nikt tego nie czyta ani nie komentuje. Czy wprowadzenie porozumienia w życie coś zmieni? Czy egzekwowany będzie każdy przypadek łamania prawa poprzez skopiowanie obrazka, muzyki czy filmu w internecie, delikwentom zabierane będą sprzęty komputerowe, wlepiane ogromne kary finansowe bądź pobyt za kratkami? Czy treści w internecie będą musiały być odpowiednio moderowane? Zapraszam do wolnego wypowiadania się, póki jest to jeszcze możliwe.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cały projekt napisany pseudo prawniczym językiem chińsko-polskim możecie przeczytać pod &lt;a href="http://slimak.onet.pl/_m/TVN/tvn24/20120118-wniosek_ACTA.pdf"&gt;tym adresem&lt;/a&gt; natomiast najważniejsze postanowienia pod &lt;a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/ACTA"&gt;tym&lt;/a&gt;.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5767885164045152685-1926197304281689889?l=littlejacob.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://littlejacob.blogspot.com/feeds/1926197304281689889/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2012/01/jakie-akta.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/1926197304281689889'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/1926197304281689889'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2012/01/jakie-akta.html' title='Jakie akta?'/><author><name>Jakub</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12117029458729354081</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='30' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sZYtj72cVRQ/TF8CSFOeRYI/AAAAAAAAACY/tC8vXnYVxvA/S220/Bez+nazwy+1+kopia.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5767885164045152685.post-2330236340308474151</id><published>2012-01-15T13:18:00.001+01:00</published><updated>2012-01-15T13:18:24.501+01:00</updated><title type='text'>Doprowadzony do szału</title><content type='html'>O tym, co mnie wkurza gdy prowadzę samochód mógłbym pisać godzinami, jednak ze względu na to, że w dzisiejszych czasach umiejętność czytania ze zrozumieniem, bądź samego czytania wymiera, postaram się to zrobić w kilkadziesiąt minut. Lepiej zapnijcie pasy, bo ta podróż może okazać się cholernie niebezpieczna. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt; Dawno temu, gdzieś we wrześniu 2009 roku próbowałem zrobić ranking najbardziej niecierpliwej i nerwowej grupy kierowców na polskich drogach. Miałem wtedy prawko od roku, 6 punktów karnych, Fiata Cinquecento i niewiele mogłem powiedzieć o jeździe samochodem. Dzisiaj, gdy mój staż za kierownicą wynosi ponad trzy lata, mam czyste konto i całowanie barierki przodem samochodu za sobą, mam całkiem inne zdanie. Na drogach widziałem naprawdę wiele i myślałem, że nic już nie może mnie zaskoczyć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; Mówi się, że w naszych pięknych miastach drogi są dziurawe jak ser szwajcarski i niejedna wieś z powodzeniem wygrałaby konkurs na najlepszą drogę, gdyby takowy się odbył. Tymczasem z roku na rok stan dróg poprawia się (znacząco to może nie ze względu uwarunkowań politycznych, ale o tym kiedy indziej). Dziury w drodze są i będą, bo niewielu zna skuteczne rozwiązanie, ale muszę przyznać, że jest ich coraz mniej. Przybywa także kierowców i samochodów, że zaparkowanie samochodu na osiedlach, bądź w centrum miasta w godzinach szczytu niemal graniczy z cudem. A idiotów wśród ludzi nie brakuje, więc przybywa też kolizji i wypadków, w tym także śmiertelnych. Coś o tym wiem, gdyż zajmuję się likwidacją szkód komunikacyjnych i w ostatnich kilku miesiącach naprawdę dużo całek (całka - szkoda całkowita) widziałem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; Wróćmy jednak do kierowców i stylu prowadzenia pojazdu. Nie będę pisał o tym, jak prawidłowo poruszać się na rondzie, bo opinie na ten temat są podzielone. Statystyki pokazują (nie powiem które dokładnie, gdyż nie mogę tych badań teraz znaleźć przez głupi mechanizm szukania Google, który po wpisaniu zapytania pokazuje mi oferty pracy) że najwięcej kierowców ma od 30 do 39 lat, porusza się nowym samochodem kupionym w salonie i tankuje najtańszą benzynę bezołowiową, bądź gaz jeśli zamontował sobie odpowiednie zasilanie. Naturalną koleją rzeczy zwiększa się przedział kierowców w wieku 18 - 25 lat, kosztem przedziału 70+. A jak wiadomo większości urodzonych po 1990 roku mówiąc potocznie w dupie się przewraca. Spotkałem się również z dziedziczeniem rodzinnego samochodu, który przez wiele lat woził szczęśliwą rodzinkę na wczasy i z powrotem, a dzisiaj zalicza dachowanie na parkingu pod centrum handlowym. Do naszego kraju powoli wkracza zwyczaj kupowania quadów na komunię i samochodów z silnikiem o dużej mocy na osiemnaste urodziny, który potem kończy w wypadku w którym ginie wiele osób, a młody kierowca jako jedyny przeważnie uchodzi z życiem. Żeby nie było, że moi rówieśnicy i młodsze pokolenie jest urażone i zbulwersowane tym, co teraz piszę powiem, że sporo kolizji powodują dziadki, którzy już niedowidzą, chorują na cukrzycę lub coś tam jeszcze. W pracy spotkałem się z dziadkiem mającym 80 lat, który przyprowadził na lawecie nowego Peugeota 107 i zgłosił, że nie może wbić żadnego biegu. Jak się później okazało dziadziuś doszczętnie spalił całe sprzęgło przez to, że regulował sobie prędkość lewym pedałem, a najwyższy bieg jaki wrzucił to była dwójka. Jeździł także jak mu się podobało, z prawego pasa w lewo, bądź cały czas pod prąd. Gdy przychodzi mi jechać za takim na wąskiej drodze bez możliwości wyprzedzenia, to uwierzcie mi, że gryzę kierownicę. Wspomnę, że owa 107-ka miała tylko 650 przejechanych kilometrów. No i grupa kierowców w wieku do 50 lat, których jest najwięcej - oni też są sprawcami wielu wypadków, a całą winę zrzucają na stres. Jednak nerwy, głupota, bezmyślność, brak odpowiedzialności, ślepota i cukrzyca nie są usprawiedliwieniem żadnej kolizji bądź wypadku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; Dziś z samego rana moje nerwy zostały wystawione na próbę. Jechałem prostą, dobrą drogą w kierunku domu. Oczywiście ślisko jak cholera, bo cały czas pada śnieg i pomimo niskiego nasilenia ruchu każdy uważa jak tylko może. Ja także trzymałem się przepisów i starałem się nie przekraczać prędkości, bo przed zjazdem w moją ulicę często ustawia się radiowóz i wychodzi z niego granatowy facio z suszarką. Pełen luz i spokój, a w radiu Złote Przeboje akurat puszczają Depeche Mode - Enjoy The Silence. Nagle w lewym lusterku widzę szybko zbliżającego się tik - taka (Daewoo Tico) bez świateł, który zapieprza pod prąd resztkami swoich sił, czyli gdzieś setką. Za kierownicą siedzi małolat, który będąc na mojej wysokości głupio się szczerzy. Musiałem szybko podjąć decyzję co z tym fantem zrobić, gdyż ze względu na padający śnieg panów policjantów nie ma, a na horyzoncie pojawia się prawidłowo jadący samochód przeciwnym pasem, czyli tym, którym tnie małolat. Doprowadzić do kolizji tik-taka z niewinnym kierowcą, czy dać się wyprzedzić? Postanowiłem dać młodemu nauczkę i skorzystałem z mocy jaką oferuje prawie dwulitrowy silnik w moim Punto. Redukuję na trójkę, wciskam gaz i w dwie sekundy wskaźnik na desce rozdzielczej przekracza 120 km/h. Postanawiam zepchnąć młodego idiotę do rowu i dać mu nauczkę. Gdy to się nie udaje, a on zwalnia i zaczyna się za mną chować próbując rozwalić tył mojego samochodu, naciskam delikatnie pedał hamulca i jednocześnie gaz. Młody głupieje. Traci powoli kontrolę nad swoim złomem. Już myślałem, że zatrzyma się na blaszanym przystanku autobusowym. Nic z tego, akurat zjechał na skrzyżowaniu. Jadący z naprzeciwka Ford Mondeo, a w nim starszy facet nawet nie ma pojęcia, że uratowałem mu życie. Niestety nie czuję się spełniony, gdyż nie wyeliminowałem idioty i moja nauczka może nie poskutkować. Jutro znowu może wsiąść do swojego karłowatego złomu i jechać tak samo jak dzisiaj. Tyle, że jutro może mnie tam nie być i może zdarzyć się tragedia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; Do nieobecnych panów z drogówki - wiem, że złamałem dzisiaj wiele przepisów i przekroczyłem prędkość, ale lepiej popełnić wykroczenie drogowe niż pozwolić by stała się tragedia. Do polityków, którzy od lat zastanawiają się jak ograniczyć liczbę kolizji i wypadków śmiertelnych podsuwam propozycję samoeliminacji. Wiem, że jest to wbrew demokracji i różnym konwencjom broniącym praw człowieka, ale i to i to w naszym kraju kuleje. Wprowadźcie w końcu surowsze zasady egzaminowania przyszłych kierowców, bo z przeproszeniem pierdolicie się z tym już szósty rok. Zamiast dawać przyzwolenie gminom na stawianie ukrytych fotoradarów przez strażaków miejskich, które i tak nie zwiększają bezpieczeństwa zlikwidujcie tę straż w cholerę, a fundusze z tego dajcie policji aby mogła rekrutować ludzi i zwiększyć kontrole drogowe. Dlaczego nie można zmienić łaskawego prawa dla sprawców wypadków, a gówniarzy myślących, że są wojownikami szos nie można umieszczać w więzieniach na wiele lat, a tam kierować na prace społeczne? Obecnymi mandatami, punkcikami karnymi i maksymalnym wyrokiem bodajże do 10 lat za ofiary śmiertelne, wypadków się nie ograniczy. W tym przypadku pomysł samo bądź eliminacji głupoty z dróg wydaje się być właściwym rozwiązaniem problemu.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5767885164045152685-2330236340308474151?l=littlejacob.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://littlejacob.blogspot.com/feeds/2330236340308474151/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2012/01/doprowadzony-do-szau.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/2330236340308474151'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/2330236340308474151'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2012/01/doprowadzony-do-szau.html' title='Doprowadzony do szału'/><author><name>Jakub</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12117029458729354081</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='30' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sZYtj72cVRQ/TF8CSFOeRYI/AAAAAAAAACY/tC8vXnYVxvA/S220/Bez+nazwy+1+kopia.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5767885164045152685.post-6838106656617445148</id><published>2011-12-30T21:59:00.002+01:00</published><updated>2011-12-30T21:59:46.503+01:00</updated><title type='text'>Prawo i bezprawie</title><content type='html'>Kraj stanął nad przepaścią społeczno - ekonomiczną. Z miesiąca na miesiąc kasiury wystarcza na coraz mniej i nikt spoza elity politycznej nic z tym fantem nie zrobi aby sytuacja wróciła do normy sprzed kilku lat, gdy pieniądz znaczył wiele. Od niedzieli standardowo jak od kilkudziesięciu ostatnich lat czekają nas podwyżki prądu, gazu, wody, wywozu śmieci, akcyzy, podatków za to i za tamto i wielu innych rzeczy. Jest również standardowa podwyżka pensji minimalnej, która jak zwykle nijak się ma do reszty i dalej jest na poziomie progu ubóstwa. Pomimo obietnic kolejnego rządu nie zmieni się oczywiście nic.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Znaczna część społeczeństwa będzie musiała dalej kombinować jak przeżyć od pierwszego do pierwszego, a politycy chętniej zaglądać będą do kieszeni podatników i wyciągać ostatnie drobne. Żeby było im łatwiej, media ogłupią nas kryzysem ekonomicznym, sensacjami o skreśleniu kilkuset leków z refundacji, ściganiem każdego co ma prąd w domu, żeby opłacił telewizję publiczną pomimo, że jej nie chce oglądać, a także zwiększeniem odprowadzania składek emerytalnych do ZUS kosztem OFE, które gdzieś przepadną przed osiągnięciem wieku emerytalnego. Bardzo mnie dziwi to, że Polacy dalej wierzą w rządową i pozarządową propagandę i dają się okradać przez niewydolny postkomunistyczny system pomieszany z kulejącą demokracją i dzikim kapitalizmem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale mnie się nie da przekabacić. Postanowiłem, że będę niczym skała o którą się to wszystko rozpieprzy, znacznie silniejsza od muru berlińskiego i nie dam się okraść. Nie dam odebrać sobie moich ciężko zarobionych pieniędzy, których mimo, że mam niewiele ale zapewniają mi jakiś dobrobyt i nie pozwalają zdechnąć z głodu w tym kraju. I nie słuchajcie propagandy, że pieniądze szczęścia nie dają, bo nawet te uczciwie zarobione i wydane potem 1000 złotych przysparza wiele radości, chociaż coraz rzadziej ją ludzie zauważają. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na Nowy Rok mam już silne postanowienia dotyczące moich finansów, a walkę o swoje zacząłem już dzisiaj. Jako uczciwy obywatel za wszystkie dobra i towary płacę moimi ciężko zarobionymi pieniędzmi, to logiczne. Gdy chcę przejechać jakiś odcinek komunikacją miejską to kupuję bilet, by zapłacić za usługę. Równie logiczne. Tak zrobiłem i tym razem, z pewnym małym wyjątkiem. Postanowiłem nie przerywać znudzonemu facetowi siedzącemu w kiosku nic nie robienia i w celu zakupienia biletu udałem się do automatu, który od kilku lat stoi na przystanku. Tam brudnym guzikiem wybrałem odpowiedni bilet, wrzuciłem pięć złotych i zacząłem czekać aż wyda resztę i zacznie drukować bilet. Mija kilkanaście dobrych sekund i nic się nie dzieje. Po dłuższej chwili stwierdzam, że znudzonemu kioskarzowi będzie trzeba jednak przeszkodzić, bo na bilet będę czekał chyba do wiosny. Naciskam guzik, żeby oddało mi moją monetę, a na wyświetlaczu pojawia się na krótko "zwrot monet", a po chwili "miłego dnia". Jednak nie słychać charakterystycznego odgłosu spadającego pieniążka. Hmm... Po chwili głupia maszyna znowu każe mi wybrać bilet. Zdenerwowałem się. Oskubała mnie najbardziej niewinna rzecz w mieście. Nie wytrzymałem tego nerwowo i zacząłem przeklinać. Nie marudzić sobie pod nosem, a głośno się wydzierać jak wkurzony i wygłodniały niedźwiedź. Gdy to nie przynosiło mojego rezultatu walnąłem ten głupi automat i domagałem się oddania mojej monety. Dalej nic, więc jeszcze raz i kolejny. Zwróciłem przy tym swoją uwagę ludzi oczekujących na przystanku, ale za czwartym uderzeniem głupi automat wypluł moje 5 złotych. Dziwne, że nikt z gapiów nie nakablował na mnie na policję, a ci nie przyjechali i nie wsadzili mnie do więzienia na 25 lat za niszczenie mienia, która tak naprawdę była walką o swoje.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pewnie większość z was nazwie mnie teraz pazernym skąpcem, który pobił automat dla pięciu złotych. Mam to gdzieś. W przeciwieństwie do tych, którzy się ze mnie śmieją, ja szanuję pieniądze i nie pozwolę sobie żeby mnie ktoś okradł. Zwłaszcza bezmózgi i bezręki złodziej i zwłaszcza wtedy, gdy zaczyna mi brakować pieniędzy, a wypłata jeszcze daleko przede mną. Szczerze to wolałbym dać te pięć złotych ulicznemu grajkowi bądź żebrakowi niż finansować niezrealizowany bilet autobusowy dzięki zepsutej maszynie. Tu jednak nie chodzi o pieniądze lecz o zasadę. I tego wam również życzę, byście w przyszłym roku nie dali się okradać przez system, szanowali wartość pieniądza, a każdy znaleziony na ulicy grosz był na wagę złota.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5767885164045152685-6838106656617445148?l=littlejacob.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://littlejacob.blogspot.com/feeds/6838106656617445148/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2011/12/prawo-i-bezprawie.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/6838106656617445148'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/6838106656617445148'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2011/12/prawo-i-bezprawie.html' title='Prawo i bezprawie'/><author><name>Jakub</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12117029458729354081</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='30' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sZYtj72cVRQ/TF8CSFOeRYI/AAAAAAAAACY/tC8vXnYVxvA/S220/Bez+nazwy+1+kopia.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5767885164045152685.post-2376569878276394028</id><published>2011-12-07T17:39:00.001+01:00</published><updated>2011-12-07T17:39:28.352+01:00</updated><title type='text'>Trochę kultury!</title><content type='html'>Znienawidzony przez jednych i uwielbiany przez drugich Karol Darwin i jego teoria ewolucji udowodniła nam, że człowiek pochodzi od wcześniejszych form biologicznych, czyli od małpy i jako odrębny gatunek ewoluował przez setki tysięcy lat, aż do formy współczesnej. Wątpliwości co do tego mogą mieć chrześcijanie, a także wyznawcy wszelkich innych religii, którzy się z tym nie zgadzają i wierzą w zupełnie inny początek człowieka. Nie mam zamiaru podważać poglądów, bo jak powszechnie wiadomo racja jest jak dupa i każdy ma swoją. I nie będę prowadził nudnego wykładu o biologii, tylko chciałbym pomówić nieco o kulturze, a także ludzkich zachowaniach, które zamiast iść z duchem ewolucji gdzieś stanęły w miejscu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie chodzi mi o to, że ludzie nie chodzą już do teatru, kina czy nie czytają książek, gdyż jest to medialna bzdura. Kiedy ostatnio (w marcu) byłem w teatrze, sala była wypełniona po brzegi, a ilość wydawanych i kupowanych w ostatnim roku książek przerosła chyba oczekiwania twórców jak i sprzedawców. To akurat wnioskuję po niekończących się nieraz kolejkach w Empiku. Jeśli chodzi o kino to nawet w weekendy, kiedy bilety są droższe ludzie chętnie tam idą. Szkoda tylko, że głównie po to by poszeleścić czipsami, nażreć się popcornu, a nie obejrzeć film w spokoju i zostawić po sobie syf na sali. Chodzi mi o to, że ludzie wokół są tak jakby mniej życzliwi, mniej kulturalni, bardziej zdenerwowani, bez poczucia humoru i własnej wartości. Już mało kto pomaga ślepemu przejść przez jezdnię, bo większość pomyśli, że skoro sam wyszedł z domu to sam sobie poradzi przejść przez ruchliwą jezdnię, a gdy go coś rozjedzie to przynajmniej będzie coś się działo. Już mało kto wrzuca drobne do kubka ulicznemu grajkowi, bo większość myśli, że to złodziej, jeździ najnowszym BMW, a w domu śpi na kasie. Z kierowców także mało kto pamięta o arcytrudnym egzaminie i o przepisach ruchu drogowego i ciśnie jak najmocniej się da, byle by zdążyć na ciemnożółtym, a frajerzy z tyłu niech stoją. Jadąc przepisowo samochodem spotykam się z dźwiękiem klaksonów, wyzwiskami, a w skrajnych przypadkach zajeżdżaniem drogi. Jadąc autobusem spotykam się z tłumem, który przeciska się między sobą środkowymi drzwiami wybijając sobie nawzajem zęby łokciami i nie zważając na to, że nie wszyscy jeszcze wysiedli. Jak bydło do otwartego chlewu pchają się, bo chcą zająć szybko wolne miejsce, albo nie posiadają biletu i w ten sposób kierowca tego nie sprawdzi. W tramwajach spotykam się ze śmierdzącym elementem najniższej klasy, dla którego wino za 10 złotych jest szczytem burżujstwa, a idąc chodnikiem staram się omijać psie gówna i papiery, których nie udało się wrzucić do stojącego obok kosza. W niedoszłej stolicy kultury, czyli Katowicach spotykam się z tym wszystkim naraz.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I nie muszę korzystać ze środków komunikacji miejskiej by dostać w zęby, czy zostać zaczepionym przez menela, któremu brakuje kilkadziesiąt groszy do piwa. Wystarczy, że będę przechadzał się jedną z ulic w centrum miasta. Ludzie nie wiadomo za czym biegną i rozpychają gdzie popadnie, a przejście na drugą stronę ulicy to już nie lada wyzwanie. Nie ma tak, że wszyscy idą prawą stroną w jedną czy drugą stronę. Każdy idzie jak chce i co chwilę lecą epitety. Gdy mam tam jechać samochodem to zabieram ze sobą cierpliwość z żelaza. Centrum i wyloty z miasta są wiecznie zakorkowane, a znalezienie wolnego miejsca parkingowego graniczy z cudem. Wszędzie zakazy i koszmarnie zorganizowane objazdy w związku z niekończącymi się remontami (nie tylko dworca kolejowego) sprawiają, że gdy się pomylę i wjadę w nie tę ulicę co trzeba, to aby wrócić z powrotem tam skąd przyjechałem muszę nadrobić spory kawałek drogi. Już nie wspominam o ilości wyzwisk kierowanych w moją stronę, bo mam na tablicy rejestracyjnej napisane, że jestem z Sosnowca. Nie tak dawno temu wpakowałem się tak solidnie, że chcąc zaparkować samochód na tymczasowym dworcu kolejowym, podążając za drogowskazami i z sugestiami mojego poczucia kierunku znalazłem się jakieś 2 - 3 kilometry od celu i w końcowym efekcie porzuciłem samochód, a pod dworzec udałem się pieszo. Od tamtej pory dowiedziałem się, że zamiast pod dworcem znalazłem się pod jakąś katedrą którą nazwałem kwadratowym kościołem, a właściwa droga na mapie wydawała się banalnie prosta. Następnym razem do Katowic udałem się z nawigacją satelitarną, która jak się okazało również nie miała zielonego pojęcia gdzie mnie prowadzi i musiałem sobie przypomnieć poprzednie wydarzenie, by się zbytnio nie zgubić. Nie wiem co lepsze - deptające mnie po piętach i przepychające się tłumy na chodnikach tonących w śmieciach i psich odchodach, czy piekielny drogowy labirynt.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ślązacy już mnie nienawidzą, ponieważ napisałem takie rzeczy o ich stolicy regionu. Może dla niektórych będzie to ciężkie do przyjęcia, ale właśnie w Katowicach najczęściej spotykam się z takim chamstwem. Ale na drugim miejscu jest Sosnowiec, gdzie również w centrum miasta zaczyna dziać się to samo. Prawdopodobnie w kilku innych dużych polskich miastach można spotkać podobną dzicz. A dlaczego wszystko jest takie brudne i inne od tego, co pokazuje się na zdjęciach publikowanych w internecie? Poniekąd jest to wina społeczeństwa, które nie potrafi się zachować i pcha się całą szerokością chodnika bo piesiowi zachciało się kupkę. Zamiast wyrzucić peta do kosza rzuca go na ziemię i przydeptuje butem. Zamiast udać się do publicznej toalety, większość woli obsikać ścianę budynku czy przystanek autobusowy. I muszę się przyznać, że wczoraj sikałem w krzaki na przystanku tramwajowym, bo mój pęcherz był bliski eksplozji, a w pobliżu nie było żadnej toalety ani toi-toia. Na szczęście było ciemno i nikt mnie chyba nie widział. W większej mierze to zasługa radnych, ponieważ nie zapewnili odpowiedniej ilości koszy na śmieci, wybiegów dla psów, niektóre chodniki i ulice wyglądają jak po bombardowaniu, a publiczne kible albo są płatne, albo wcale ich nie ma. Wkurza mnie ta nieudolność, bo włodarzom marzą się wielkie metropolie, a nie potrafią posprzątać gówna z chodnika. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ja rozumiem, że nie wygląda to wszystko tak jak sobie wymarzyliśmy, ale nie mogę pojąć co by się stało ludziom, gdyby idąc chodnikiem trochę zwolnili i powiedzieli "przepraszam" za każdym razem trącając mnie łokciem. A najlepiej żeby w ogóle mnie nie trącali, bo za każdym razem mam ochotę przywalić takiemu komuś w zęby. Przecież nie jestem taki gruby i nie zajmuję całej powierzchni chodnika i nie rozpycham się jak nie wiadomo kto. Również nie rozumiem tego, że ludzie jak małpy pchają się przez wąskie drzwi do autobusu - przecież każdy i tak wsiądzie. Nie rozumiem szturmu na sklepy wyprzedające produkty kilkadziesiąt procent taniej. I nie rozumiem dlaczego kupując chleb w piekarni sprzedawczyni pyta się mnie "co będzie?", a nie "co podać?". Jajco będzie. Aż sam się nakręcam przez chamskie zachowania innych. No i kultura na drodze, a raczej jej brak często powodują, że przez głupie przejechanie na czerwonym, wpychanie się na chama, a nawet zagapienie się dochodzi do stłuczki czy wypadku, a potem do ogromnego zatoru w którym każdy na każdego przeklina. Czy nie można poczekać tych kilku sekund aż miejsce na wykonanie manewru się zwolni? Czy nie można poczekać kilku minut na czerwonym świetle? W dzisiejszych czasach nie można, bo wszystko jest karalne. I najczęściej agresją, niż mandatem. Nikt nikogo już nie szanuje, ale każdy wymaga szacunku do własnej osoby. Niezbyt to logiczne, ale przyszło mi żyć w takich czasach. W dodatku jestem zgredem i marudą.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5767885164045152685-2376569878276394028?l=littlejacob.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://littlejacob.blogspot.com/feeds/2376569878276394028/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2011/12/troche-kultury.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/2376569878276394028'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/2376569878276394028'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2011/12/troche-kultury.html' title='Trochę kultury!'/><author><name>Jakub</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12117029458729354081</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='30' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sZYtj72cVRQ/TF8CSFOeRYI/AAAAAAAAACY/tC8vXnYVxvA/S220/Bez+nazwy+1+kopia.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5767885164045152685.post-5648049414695058926</id><published>2011-12-02T05:00:00.000+01:00</published><updated>2011-12-07T18:52:59.690+01:00</updated><title type='text'>Z motyką na księżyc</title><content type='html'>Jestem strasznie monotematyczny i mam mało zainteresowań. Doskonale zdaję sobie z tego sprawę i staram się poszerzać granice tego co ciekawe i interesujące. Tylko trudno jest siać warzywka w ogródku kiedy zbliża się zima i dłubać przy samochodzie, kiedy już się go nie posiada.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Człowieka na bezrobociu nachodzą różne myśli. W przerwach od grzebania wśród ofert pracy, dzwonienia i pytania się w kółko o jedno i to samo czy ogłoszenie dalej jest aktualne, po pierwsze częściej odwiedza się kuchnię i zagląda do lodówki by upewnić się, czy światełko dalej się zapala, a półki dalej uginają się pod nadmiarem powietrza. Po drugie traci się ochotę prawie, że na wszystko i od niechcenia się tylko dupa boli, w pokoju jest taki bałagan, że z kurzu ewoluują nowe gatunki bakterii, a pies ciągle zaczepia i domaga się wyjścia na długi spacer. No i po trzecie częściej nachodzą człowieka durne pomysły w stylu co by było, gdyby przemalować dom na różowo, na placu przed domem posadzić palmę rodem z Miami i jak zrobić z zardzewiałego Fiata 126p megaszybkie i lansiarskie Porsche 911 GT3 nie wydając ani złotówki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I właśnie dzisiaj, po 31 dniach od zakończenia pracy, 241 wysłanych CV i 4 odbytych rozmowach o pracę postanowiłem gruntownie posprzątać. A robię już to od wtorku, z tym że jak wspominałem na początku, po chwili mi się odechciewa. Dzisiaj sprzątanie zacząłem w swoich bebechach, czyli różnego rodzaju komputerowym złomie, telefonach i zapomnianych wypalonych płytach. A skończyłem na tym, kiedy znalazłem ufundowaną przez szkołę wyższą do której miałem okazję uczęszczać dwa lata temu, płytę z Windowsem 7. Po pozbyciu się odpowiedniego kompa nie wiedziałem co z nią zrobić i schowałem w oczekiwaniu na lepsze czasy, które jakoś nie spieszą się z nadejściem. Wtedy naszła mnie szatańska myśl, by przypomnieć sobie jak ten system wygląda i zainstalować dla żartu na moim komputerze kupionym parę miesięcy temu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I nie jest to bajecznie ultraszybka konfiguracja - swoje lata świetności komputer miał w 2005 roku kiedy nikomu się o błyszczącym Windowsie nie śniło. I z samego początku katastrofa. Na monitorze pojawiła się pionowa kreska martwych pikseli. W dodatku na samym środku. Spodziewałem się, że kupując cztery lata temu niemarkowy monitor w promocji w hipermarkecie prędzej, czy później to nastąpi. Nie spodziewałem się, że uda mi się to naprawić w tak prosty sposób. Ba! W ogóle nie przypuszczałem, że takie coś da się naprawić, a tu zwykłe przyciśnięcie matrycy rozwiązało problem. Instalację czas zacząć. Płyta w napędzie rozpędziła się do tego stopnia, że hałas w pokoju był taki sam jakbym utknął w załączonym odkurzaczu. Nie wiem ile czasu zajęła cała instalacja, ale zdążyłem przeczytać 60 stron "Jak zostać arktycznym ninja" Richarda Hammonda. Gdy zobaczyłem, że wszystko zmierzało ku końcowi odłożyłem lekturę i przygotowałem się do pierwszego uruchomienia siódemki. Ostatni restart i moim oczom ukazują się błyszczące okienka, ładna tapeta i rozdzielczość 800x600, którą spotkać można obecnie w telefonach komórkowych, a nie na dziewiętnastocalowym monitorze. No tak. Windows nie może zainstalować sobie sterowników. Instaluję je manualnie i wyskakuje komunikat o konieczności ponownego uruchomienia. Nie będę się sprzeczał z maszyną, więc uruchamiam i znowu to samo, tyle że z komunikatem o wyłączeniu urządzenia, gdyż zaraportowano problemy. Spróbuję zainstalować starszy sterownik. Restart i dalej nic się nie zmienia. Ściągnąłem wszystkie dostępne w internecie sterowniki producenta i instalowałem po kolei. Żaden nie chciał zadziałać. Po trzech godzinach walki z wiatrakami postanowiłem wejść ponownie do internetu i dowiedzieć się w czym leży przyczyna. Przecież magiczny "Doradca Uaktualnienia Systemu Windows 7" twierdził, że karta graficzna jest w pełni obsługiwana. Przeczesałem kilkanaście różnych for internetowych, gdzie ludzie tacy jak ja chwalili się podobnym problemem. W każdym wypadku skutecznym rozwiązaniem było... usunięcie tego systemu i/lub zakup nowszej karty. O nie. Ja się nie poddam. 4 godziny bezsensownej walki nie może zakończyć się porażką. W ostateczności to głupia maszyna wygrała, gdyż po instalacji jeszcze innej wersji sterowników w zgodności z Windowsem XP wywaliło mi niebieski ekran śmierci i skończyła się moja zabawa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Uświadomiłem sobie, że jestem nudny jak diabli, a dłubanie w starych komputerach wcale nie jest pożyteczne jak mi się wydaje. Doszedłem również do wniosku, że robiąc coś dla żartu często efekt końcowy jest inny od zamierzonego. Spodziewałem się wywalenia się sprzętu podczas instalacji, a tu proszę - mój apetyt wzrósł w miarę jedzenia. Wszystko bajecznie doszło do końca, że zapragnąłem więcej. Dotarło również do mnie to, że nie naprawia się ani nie ulepsza tego, co działa poprawnie, bo traci się przy tym cenny czas, który mógłbym poświęcić np. na malowanie zewnętrznych ścian domu na różowo. Wracam do sprzątania, bo zamiast efektu czytości mam zupełnie odwrotny do zamierzonego.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5767885164045152685-5648049414695058926?l=littlejacob.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://littlejacob.blogspot.com/feeds/5648049414695058926/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2011/11/z-motyka-na-ksiezyc.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/5648049414695058926'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/5648049414695058926'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2011/11/z-motyka-na-ksiezyc.html' title='Z motyką na księżyc'/><author><name>Jakub</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12117029458729354081</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='30' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sZYtj72cVRQ/TF8CSFOeRYI/AAAAAAAAACY/tC8vXnYVxvA/S220/Bez+nazwy+1+kopia.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5767885164045152685.post-1078187247538093337</id><published>2011-11-25T12:17:00.001+01:00</published><updated>2011-11-25T12:18:56.980+01:00</updated><title type='text'>Droga na EURO 2012</title><content type='html'>&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/-wwvsoE6-av8/Ts95X6JC4kI/AAAAAAAAAEI/lM0I_4hK1B4/s1600/Zdj%25C4%2599cie00158.JPG" imageanchor="1" style="clear: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://2.bp.blogspot.com/-wwvsoE6-av8/Ts95X6JC4kI/AAAAAAAAAEI/lM0I_4hK1B4/s320/Zdj%25C4%2599cie00158.JPG" width="240" /&gt;&lt;/a&gt;Nie mam słów. Nie żeby odjęło mi mowę od przedawkowania wódki z borygo, czy wypalenia ukraińskiego papierosa z siana, bowiem nie piję i nie palę takich wynalazków. Szanowny Panie Prezydencie Miasta Sosnowiec, bo tak chyba powinienem zacząć dzisiejsze pisanie, ponieważ mam ochotę napisać kilka słów o mieście w którym mieszkam.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zacznijmy może od początku. Gdzieś szesnaście lat temu moi rodzice kupili dom na końcu Sosnowca, w spokojnej okolicy i okropnym zadupiu, gdzie psy dupami szczekały, a gdy przejechał samochód to kurz utrzymywał się tydzień. Stało tam kilka domów na krzyż, które ocalały po wojnie i przetrwały, a pozostałych kilkanaście albo się zawaliło, albo nie dało rady dłużej egzystować w demokracji ludowej. Nie chcę pisać tutaj historii rodzinnej, o nie. Stare powiedzenie mówi, że człowiek stojąc w miejscu się cofa i do tego samego wniosku doszli radni, którzy wydali zgodę na budowę centrum handlowego niedaleko domków. W mig stanęły ogromne hipermarkety, wielki plac na którym wylądował papież, zmodernizowano drogi i postawiono nowe przystanki autobusowe. Gdy natężenie ruchu na małym wylocie z miasta zaczęło dorównywać drodze ekspresowej, postanowiono na nowo zorganizować odcinki drogowe. I tak jakieś dwa razy. Gdy ludzie doszli do wniosku, że po wielu latach zbudowany na pobagiennych terenach hipermarket dalej stoi, postanowili się osiedlić w rejonie tych kilku domków na krzyż. Jak grzyby po deszczu wyrosły fińskie domki stawiane w kilka miesięcy, sąsiedztwo się powiększyło i z zadupia zrobiło się osiedle. Pomijam milczeniem postawienie magazynu vis a vis hipermarketu, gdyż dodatkowo obciążyło to wąską jak na dzisiejsze czasy ulicę Sokolską i wyjazd w okolice centrum miasta w godzinach popołudniowego szczytu to teraz nielada wyzwanie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przez te kilkanaście lat zmieniło się prawie wszystko oprócz ulic dojazdowych do domów, które pozostały niezmienione od 1934 roku, kiedy zbudowano pierwszy dom. No może trochę później, nie pamiętam dokładnie - skleroza w moim wieku jest bardzo dokuczliwa. Stara, sprawdzona, wyjeżdżona przez konie, rowery, bryczki, motocykle, a później samochody z betonowych kloców wąska ulica, która w paru miejscach opadła ze względu na miękkość terenu, w paru miejscach betonowe klocki ukradli, a w kilku innych pojawiły się dziury. W okresie ubiegłorocznej powodzi trzeba było budować tratwę, aby dostać się na przystanek autobusowy, gdyż głębokość wody na najniżej położonym fragmencie sięgała kolan. Brak kanalizacji i kratek dopływowych stał się bardzo dokuczliwy i gdy deszcz sobie trochę mocniej popada, albo zrobi się odwilż w zimę to z ulicy robi się rzeka. I nie bez kozery ulice w tej okolicy nazywają się tak, a nie inaczej (Podmokła, Mokra, Łąkowa, Dzika). I w sprawie powstania kanalizacji, a przy okazji wylania niewielkiej ilości asfaltu na dziurawą drogę od kilku lat część mieszkańców pisze listy do Urzędu Miejskiego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I powiem wam, że jakieś 5 lat temu prezydent dumnie przedstawił projekt budowy kanalizacji, dróg, a nawet domów jedno i wielorodzinnych w okolicach ulicy Sokolskiej w Sosnowcu. Do 2012 roku miało powstać Słoneczne Osiedle na niewykorzystanych terenach po drugiej stronie ulicy na przeciwko "osiedla", gdzie obecnie mieszkam. No bomba, fajnie. Zakończyć to miało problemy z odprawą w drodze na przystanek i kłopoty z przepełnionym szambem. Niestety fundusze na realizacje projektu "gdzieś" przepadły, inwestor się wycofał, plany zostały na papierze, a prezydent z radnymi dziś twierdzą, że nic takiego nie było.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kilka miesięcy temu ktoś zajął się prośbami mieszkańców i dziury w drodze zostały załatane mieszanką piasku z kamyczkami, a dojście do centrum handlowego będące przeprawą błotną stało się deptakiem. Też z kamyczków i piasku. Ubłocone spodnie w drodze po zakupy odeszły w zapomnienie, a samochodem można śmielej ulicą przejechać. Kamyczki jednak nie rozwiązały problemu do końca, więc niedawno pojawili się drogowcy, rozłożyli swój ciężki sprzęt i zaczęli mnie budzić codziennie o 7 rano. Hałas i zapach dochodzący zza okien przynosił mi na myśl jedno - ASFALTOWE ULICE. Nareszcie postanowiono zrobić porządek z drogą na lata. To fantastyczne uczucie, gdy widzisz, że pieniądze z podatków które dzień w dzień oddajesz państwu i powiatowi idą na jakiś cel. Zwłaszcza gdy wiesz jak wyglądają zwykłe gumiaki i co to znaczy iść poboczem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Posiwiały mi włosy na klacie, a na głowie zacząłem łysieć, gdy zobaczyłem efekt końcowy dwutygodniowej pracy drogowców. Asfaltowych ulic jak nie było, tak nie ma. Największych dziur i jezior po zimie również najprawdopodobniej nie ma i nie będzie. Wszystko za sprawą głowy projektu modernizacji ulic, który doszedł do dobrego wniosku, że problemy okolicznej ludności najlepiej rozwiązać asfaltem. Szkoda tylko, że w takim wydaniu widocznym na zdjęciu powyżej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdybym miał stworzyć ranking najbrzydszych miast w Polsce w których byłem, moje rodzinne miasto Sosnowiec z pewnością zajęło by pierwsze miejsce. Gdybym musiał stworzyć ranking najgłupszych, nie zabrakło by tam pomysłodawcy, bądź realizatora projektu, bo w tym kraju bardzo trudno wskazać palcem winnego po fakcie. Gdybym... A starczy już tego gdybania. Może powinienem wysłać tę fotkę do Teleekspresu, żeby pokazać polski absurd w dobrym czasie antenowym? Nie wiem, czy dałoby do myślenia radnym Sosnowca, a włodarzom innych miast przykład, że tak dróg się nie robi. Jeśli w taki sam partacki sposób buduje się inne drogi w kraju to ja się wcale nie dziwię z braku obiecanych autostrad i dróg eskpresowych, a na zmodernizowane odcinki dróg krajowych aż boję się spojrzeć. Jeżeli tak wygląda przyszłość Polski to ja chcę stąd jak najszybciej spadać.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5767885164045152685-1078187247538093337?l=littlejacob.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://littlejacob.blogspot.com/feeds/1078187247538093337/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2011/11/droga-na-euro-2012.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/1078187247538093337'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/1078187247538093337'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2011/11/droga-na-euro-2012.html' title='Droga na EURO 2012'/><author><name>Jakub</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12117029458729354081</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='30' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sZYtj72cVRQ/TF8CSFOeRYI/AAAAAAAAACY/tC8vXnYVxvA/S220/Bez+nazwy+1+kopia.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-wwvsoE6-av8/Ts95X6JC4kI/AAAAAAAAAEI/lM0I_4hK1B4/s72-c/Zdj%25C4%2599cie00158.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5767885164045152685.post-1553803344972423973</id><published>2011-11-21T11:45:00.000+01:00</published><updated>2011-12-07T18:49:02.815+01:00</updated><title type='text'>W oparach absurdu</title><content type='html'>No i wreszcie mamy nowy rząd. Oficjalne zaprzysiężenie już za nami. Za nami także expose, oklaski, śmichy hihy i powodzenia dla kolejnej ekipy. Zabrakło rzucania jajkami i pomidorami, na które tak bardzo czekałem. Być może dlatego, że są drogie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp;Nie oglądałem wystąpienia premiera w telewizji. Nie, że gówno mnie to obchodzi, wręcz przeciwnie - chcę wiedzieć, co się dzieje w kraju w którym mieszkam. Nie oglądałem z czystego niechcenia się. W tym czasie czytałem artykuł opublikowany w jednym z największych portali internetowych, który analizował poprzednie wystąpienie z setką obietnic i wytknął te niespełnione (których oczywiście było 98%). Gdy wszystko już się skończyło, prezydent pogratulował, dał szalik zamiast kopa w dupę, dowiedziałem się, że receptą na kryzys będzie zabranie tego i tamtego zwykłym obywatelom, grożenie paluszkiem księżom, a władzy podwyższenie tego i owego. Normalne. Nie obiecali nic dobrego, toteż nie powinno być pretensji typu &lt;em&gt;"a przecież obiecaliście"&lt;/em&gt;. Godzina zajmowania mównicy, gadania o dupie marynie i nic konkretnego z tego nie wyszło.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp;I w końcu wotum zaufania. Nie wiem jak wy myślicie, ale nad wotum zaufania powinni głosować obywatele, a nie obrana większość rządzących. Frekwencja obowiązkowo powinna być powyżej 90%, a jeśli ktoś by się nie stawił powinien dostać coś w rodzaju dawnego kolegium, albo w ryj. Wtedy naród może by się otrząsnął, zobaczył kogo wybrał i pogłówkował &lt;i&gt;"zaraz, zaraz. kolejne 4 lata podwyżek cen, podatków i 500 złotych becikowego? chyba was pojebało. diesel po 6 złotych za litr? no chyba was pojebało. pensja na poziomie 1111 złotych netto? no chyba was już kompletnie pojebało!"&lt;/i&gt;. A tak po raz kolejny sejmowa "większość" zdecydowała, że przez kolejne lata tak właśnie będzie. A może i gorzej, bo premier nie obiecywał zmian na lepsze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp;I tak powstał nowy "stary" rząd. Stanowiska obsadzone wg kryteriów "tego lubię, tego nie lubię" i ministrem zdrowia został zwycięzca reality show od robienia dobrego wrażenia w telewizji, ministrem sportu kobieta która ma niebieski pas w karate i próbuje zabłysnąć medialnie, ministrem sprawiedliwości filozof i kilku innych, którzy powiedzą parę zdań w telewizji, ale niczego znaczącego nie zrobią. A w opozycji? To samo. Sprzeczne poglądy, rozłamy, powroty, kłótnie o krzyż, śmierć kota, spiski i konspiracje. Nic nowego, nic ciekawego, nic dobrego, jednym słowem nic. Z tego wszystkiego zakupiłem egzemplarz znanego brukowca z fotografią premiera na pierwszej stronie. Kupiłem tylko po to, by móc mu dorysować długopisem wąsy, brodę, podbite oczy, perukę, zęby wampira, spuchnięte policzki i zakrwawioną twarz. No, ale w trakcie pisania popsuł mi się bardzo drogi długopis.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Może i coś się zmieni. Tak jak pisałem, spodziewam się kolejnych podwyżek podatków, cen podstawowych produktów, skoku inflacji, dłuższych kolejek do lekarza, braku emerytury, walki z aparatem urzędniczym o zarejestrowanie działalności gospodarczej, braku możliwości posiadania własnego mieszkania z powodów czysto finansowych, a przede wszystkim braku możliwości rozwoju. Mam jedynie cichą nadzieję, że podczas tej kadencji ludzie w końcu zorientują się co jest grane, wyjdą na ulicę i obalą rząd tak jak stało się to w Grecji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp;Aha i jeszcze jedno. Po kilkunastu latach w końcu doczekałem się asfaltu na ulicy która jest dojazdem do domów (w tym także mojego). Szkoda tylko, że asfaltem połatali niegroźne dziury z położonych 77 lat temu ciężkich betonowych kloców jeden obok drugiego i w dodatku w sposób tak partacki, że ja mógłbym to zrobić lepiej, mimo że w ogóle się na tym nie znam. Półtora tygodnia hałasowali mi za oknem ciężkim sprzętem od bladego świtu tylko po to, by wylać kilka metrów kwadratowych masy. Myślałem, że wyasfaltują w końcu wszystkie ulice na całej długości. Myliłem się. Skoro tak wygląda ulica dojazdowa w piętnastym co do wielkości mieście w Polsce, to aż się boje spojrzeć na rzekome drogi ekspresowe, którymi pojadą w przyszłym roku kibice z całej Europy. Pff, przepraszam. Miałem na myśli drogi krajowe, bo na drogi ekspresowe i autostrady obiecane przed czterema laty brakło funduszy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dawno nie było tutaj postu w którym tak często przeklinałem. Przepraszam, jeżeli komuś zrobiło się z tego powodu niedobrze, ale cała ta farsa jaka jest pokazywana od kilku dni w mediach spowodowała u mnie właśnie taki odruch, wielkie niezadowolenie i jeszcze większe wkurzenie. Nie mogę niestety wyjść na ulicę i głośno przeklinać, gdyż zaraz zjawi się policja i w mgnieniu oka mnie zgarnie. A prawdziwi zadymiarze dalej będą bezkarnie demolować przystanki i napadać w ciemnych uliczkach na ludzi. Nie mogę również napisać do Telewizji Polskiej z prośbą o emisję moich bluzgów, gdyż nie płacę abonamentu i mógłbym ściągnąć na siebie kłopoty. Pozostaje mi nabluzgać sobie pod nosem tutaj - na prywatnym, publicznym blogu wolnym od jakiejkolwiek cenzury politycznej, którego nikt nie czyta.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5767885164045152685-1553803344972423973?l=littlejacob.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://littlejacob.blogspot.com/feeds/1553803344972423973/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2011/11/w-oparach-absurdu.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/1553803344972423973'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/1553803344972423973'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2011/11/w-oparach-absurdu.html' title='W oparach absurdu'/><author><name>Jakub</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12117029458729354081</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='30' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sZYtj72cVRQ/TF8CSFOeRYI/AAAAAAAAACY/tC8vXnYVxvA/S220/Bez+nazwy+1+kopia.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5767885164045152685.post-733186732586563975</id><published>2011-10-16T11:43:00.000+02:00</published><updated>2011-10-16T11:43:00.851+02:00</updated><title type='text'>Biegiem na promocję</title><content type='html'>&lt;br /&gt;Organizowane co raz częściej przez wielkie centra handlowe akcje wyprzedaży zmuszają mnie do zagłębienia się w popularny ostatnio społeczny temat promocji i przecen różnego rodzaju produktów. Jeszcze nie tak dawno śmiałem się z krótkiego filmiku umieszczonego w internecie, który przedstawił grupę emerytów biegnących by zakupić mięso w cenie niższej niż zwykle. Dziś z obawą patrzę w przyszłość i gdybym był kimś ważnym i posiadał tytuły dłuższe od mojego nazwiska nazwałbym promocje chorobą cywilizacyjną XXI wieku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kapitalizm daje wiele możliwości. Jeżeli ktoś nie wie co oznacza to słowo, wyjaśnię na prostym przykładzie. Dwadzieścia lat temu za zarobione uczciwie (lub nie) pieniądze ludzie niewiele mogli kupić, gdyż półki sklepowe albo były puste, albo uginały się pod powietrzem. W dodatku wiele podstawowych produktów było reglamentowanych, a reszta była kosmicznie droga więc trzeba było sobie jakoś radzić. I dzielny polski naród robił co mógł, aby żyło się lepiej i dostatniej. W efekcie czego wspólnymi siłami rozmontował poprzedni socjalistyczny ustrój i wprowadził świeży powiew kapitalizmu. Gospodarka centralnie sterowana zamieniła się w wolnorynkową, jak grzyby po deszczu pojawiły się prywatne przedsiębiorstwa, a z zachodu do Polski napływać zaczęły produkty, które kosztowały krocie w Pewexach. I po denominacji stać na nie było w zasadzie każdego. Dzisiaj relatywnie zarabiamy więcej, można kupić znacznie więcej i nie tylko w sklepie spożywczym Społem. Zamiast spożywczaka, czy monopolowego mamy też różnego rodzaju dyskonty, supermarkety i centra handlowe w których jest niemal wszystko.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedyś to człowiek walczył o towar przed sklepem, stojąc niejednokrotnie w ciągnącej się kilometrami kolejce po pralkę, by na końcu kupić lodówkę (lub odwrotnie). Dzisiaj to sklepy walczą o klienta, przy okazji pospolicie nabijając go w butelkę, czy wysysając z jego kieszeni ostatni grosz. A gdy on zostanie wydany, wtedy z pomocą przychodzi atrakcyjny kredyt. A potem kolejny i kolejny... Począwszy od zatłoczonego wiecznie targu na którym oferowane są owoce, warzywa, produkty nieoryginalne i oryginalne, które spadły z transportu, aż po wielkie centra handlowe, które w walce o klienta na noże i widelce ogłaszają promocję na wszystko. Złota teoria głosi, że im produkty są tańsze to klienta będzie stać na więcej i wyda więcej pieniędzy. I rzeczywiście tak jest. Z tej okazji sklepy jeden za drugim organizują akcje promocyjne pod różnymi postaciami. Dwa za jeden, zniżki procentowe, karty na punkty, a za punkty nagrody to tylko niektóre z nich.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wspominałem o gigantycznych kolejkach, które były wizytówką dawnej Polski. Wydawać by się mogło, że dzisiaj jest to zupełnie obce zjawisko. Bzdura. Wielokrotnie widziałem, gdy przed sklepem X oferującym coś taniej niż sklep Y, przed otwarciem układała się duża kolejka. I nie tylko pod supermarketem, mięsnym, czy monopolowym, ale też apteką a nawet sklepem z używaną odzieżą! A gdy drzwi zostaną otwarte, ludzie jak banda kretynów biegnie w stronę przecenionego produktu pchając, przeciskając się między sobą i wybijając łokciami zęby pozostałym. W cywilizowanym świecie zaczyna obowiązywać prawo dżungli, czyli kto pierwszy, ten lepszy. Tworzy to konkurencję nie tylko wśród walczących o klienta przedsiębiorców, ale też pomiędzy klientami. Gdy ktoś kiedyś przesłał mi filmik przedstawiający biegnących emerytów po tańsze niż zwykle mięso, z początku nie dowierzałem, że to działo się naprawdę. Myślałem, że ci ludzie to aktorzy, a sceneria przedstawiająca sklep to studio filmowe. Gdy pojawiłem się w sklepie, który oferował dwa razy tańsze produkty z kończącą się datą ważności za kilka dni, zmieniłem zdanie. Widok biegnących, a potem przeciskających i bijących się babć z powodu kiełbasy za pół ceny spowodował u mnie niekontrolowany atak śmiechu, lecz w głębi duszy wywołał niesmak i utratę chęci robienia zakupów w tym sklepie. To straszna prawda pokazująca, że społeczeństwo potrafi być głupie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Fajnie, gdy coś jest oferowane w cenie niższej niż zwykle, jednak nie zawsze idzie to w parze z jakością. Najczęściej, tak jak wspomniałem przeceniane są produkty, którym upływa już termin przydatności do spożycia, dalej są produkty z defektem, a listę zamykają produkty nisko rotujące, których trzeba się szybko pozbyć. Ale co z tego, skoro zawsze znajdzie się ktoś, kto to kupi. Niefajnie, gdy ludzie na tym punkcie dostają świra. Nie idę do sklepu po to, by oberwać, ale po to żeby kupić coś konkretnego. Owszem, czasami zdarza mi się, że idąc do sklepu po masło i mleko kupuję szczoteczkę do zębów, makaron, zupkę o bliżej nieokreślonym smaku, czy inne niepotrzebne mi pierdoły. Cała ta farsa, że niby kupuje się coś taniej jest jak nałóg, z którym trzeba walczyć. Inaczej zamienia się w chorobę zwaną kryzysem finansowym, która może okazać się nieuleczalna. Nie mogę znaleźć na to zjawisko bardziej odpowiedniego określenia, a ludzi kupujących więcej niż mogą zeżreć, bo przecież jest taniej, muszę nazwać idiotami. Właśnie takie z pozoru niewinne uleganie promocjom i wydawanie większej ilości pieniędzy w sklepie, a potem zaciąganie kredytów pogłębia kryzys finansowy, który szerzy się jak epidemia po całym świecie. Trzeba coś z tym zrobić, bo może się okazać, że jedynym antidotum okazać się może powrót do czasów pustych półek sklepowych. Powrót do przeszłości.&lt;br /&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5767885164045152685-733186732586563975?l=littlejacob.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://littlejacob.blogspot.com/feeds/733186732586563975/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2011/10/biegiem-na-promocje.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/733186732586563975'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/733186732586563975'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2011/10/biegiem-na-promocje.html' title='Biegiem na promocję'/><author><name>Jakub</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12117029458729354081</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='30' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sZYtj72cVRQ/TF8CSFOeRYI/AAAAAAAAACY/tC8vXnYVxvA/S220/Bez+nazwy+1+kopia.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5767885164045152685.post-7498256333736634873</id><published>2011-10-07T12:31:00.004+02:00</published><updated>2011-10-07T12:32:01.457+02:00</updated><title type='text'>Ani be, ani me, ani kukuryku</title><content type='html'>&lt;br /&gt;Sądny dzień już w niedzielę. Za niecałe dwa dni szkoły zamienią się w lokale wyborcze i Polacy dumnie będą mogli wybrać ekipę na kolejną kadencję rządzenia. Skończy się męcząca kampania wyborcza, w telewizji nie będzie już uciążliwych reklam, a z ulic teoretycznie znikną plakaty wyborcze. Obywatele wybiorą tych, którzy wzbudzili największe zaufanie, a całą resztę odrzucą. Czy rzeczywiście tak będzie?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Może jestem jeszcze młody, a to będą pierwsze wybory parlamentarne na które się wybiorę to potrafię się zorientować co się wokół dzieje. Na ulicach widzę śmietnik ulotek wyborczych, każdy słup (przynajmniej w moim mieście i miastach sąsiadujących) został ozdobiony dyktą (bądź dyktami, jeżeli to duży słup) z pazerną twarzą, a nawet niektóre trawniki wzbogaciły się o dekoracyjną tabliczkę wyborczą. Niektórzy posunęli się nawet do tego stopnia, że oblepiają drzewa swoimi głupimi reklamówkami. Legalnie? Oczywiście, że nie. To jest gorsze od letnich komarów, a nawet egipskich plag przedstawionych w Biblii! Nie idzie tego wytępić. Co zrywam jedno ogłoszenie, naklejają następne. Nie tak dawno temu wieszając prywatne ogłoszenie na słupie oświetleniowym zostałem pouczony przez strażaka miejskiego, że latarnia to nie tablica ogłoszeń jak mi się wydaje i ostrzegł mnie, żebym tego nie robił. Przy okazji wskazał, że mogę to powiesić w pobliskim sklepie, albo wykupił powierzchnię na słupie ogłoszeniowym przy przystanku za kilka złotych w Miejskim Zarządzie Ulic i Mostów. Podobno żyjemy w kraju w którym przyjęte prawo i zasady obowiązują każdego. Cóż, skoro kandydaci myślą że są równiejsi i zaczynają od nielegalnych praktyk okradając MZUiM, który działa z podatków odprowadzanych przez mieszkańców miasta, to jaką mam gwarancję, że wybieram uczciwych i budzących zaufanie ludzi, którzy reprezentować będą mój kraj i decydować co się zmieni, a co nie? Żadną.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Drugą grupę kandydatów postanowiłem nazwać "zaplutymi hipokrytami". To wszyscy ci, którzy krzyczą w stylu "głosuj na mnie, głosuj na partię X, bo tylko ona zapewni ci dobrobyt, partia Y to złodzieje i bandyci, zasługujesz na więcej". Nie mam ochoty na tym blogu nikogo popierać lub odrzucać, ale powiem, że znany prezes należy do tej grupy. Spora ilość tych beznadziejnych haseł wyborczych na pewno wzbudza nienawiść i szerzy agresję wśród wyborców. Żyjemy w tolerancyjnym kraju, więc w mordę dostaje się tylko w ciemnej uliczce jakich w moim mieście wiele i nie tylko za poglądy polityczne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Skoro jesteśmy już przy hasłach wyborczych... Zaraz, zaraz. Jakie hasła? Nie wiem jak to się ma w innych tak zwanych okręgach wyborczych, ale u mnie kandydaci nawet się nie wysilają, żeby napisać zdanie o sobie. Więc wisi sobie taki Gall Anonim, który nie wiem skąd się wziął z podpisem "głosuj na mnie". A dlaczego akurat na ciebie? Bo reprezentujesz obecną ekipę rządzącą? Opozycję? Czy dlatego, że masz ładnie zretuszowaną twarz na plakacie? Nawet programy wyborcze partii są tak ubogie, tak utopijne, że się rzygać chce. Zrobimy to, to, to i może jeszcze tamto. Będzie lepiej. Akurat. Jak zwykle przed wyborami posłowie i senatorowie budzą się, że to już koniec, źródełko dużych pieniędzy na miesiąc niedługo wyschnie i wypadało by coś zrobić i obiecać uczciwym ludziom.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wreszcie - ostatnia grupa kandydatów to prezesi dużych przedsiębiorstw, nauczyciele, policjanci, strażacy, lekarze czy ratownicy górscy, którzy najwidoczniej minęli się z powołaniem. Podejrzewam, że obecny zawód albo znudził się tym ludziom tak bardzo, albo mają straszne kredyty i poselskie wynagrodzenie pomoże je szybko spłacić. Myślałem, że wybiera się ludzi charyzmatycznych, udzielających się społecznie i budzących zaufanie. Robiących coś dla środowisk lokalnych, pomagającym biednym i potrzebującym. Może i wśród tych nauczycieli i policjantów których wymieniłem są takie osoby, ale z pewnością jest to mały procent.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Demokracja wywalczona ponad dwadzieścia lat temu zobowiązuje nas do ruszenia tyłka w niedzielę i oddania swojego głosu. Zanim jednak to zrobimy pozostaje zadać sobie jedno pytanie - na kogo? Nie na PO, PiS, SLD, Palikota, Najważniejszą Polskę, Nową Prawicę, czy co tam jeszcze wymyślili za nazwę. Złodzieje, hipokryci, agresywne i nietolerancyjne chamy oraz ci którzy minęli się z powołaniem obiecujący cuda na kiju, a potem bezkarni i nietykalni kandydaci reprezentują wszystkie wyżej wymienione partie. Po co więc ta demokracja, skoro obraz wykreowany przez różne ugrupowania, różne prezentowane programy stawiają taki sam obraz rzeczywistości. Z opowieści wiem, że tak wyglądał poprzedni ustrój. To już nawet nie rozśmiesza, ale przedstawia jacy oni są bezradni i nie mają absolutnie żadnego pomysłu na rządzenie. Doskonałym argumentem jest fakt, gdy jeden z liderów wybrał się w "tour de pologne" by nawoływać, że głos oddany na niego nie jest głosem straconym, liderzy kolejnych partii poszli w ślad za nim z tym samym tekstem. Sondaże prezentowane codziennie przygotowywane przez różne ośrodki badawcze pokazują również to samo. Ci na pierwszym, tamci na drugim, inni na trzecim, a reszta nie wchodzi do korytka. Szkoda, że te wyniki dumnie prezentowane w mediach nie są miarodajne. Gdy do mnie zadzwonili wkurzyłem się jak nigdy. Na mieście śmietnik wyborczy, w mediach wyścig kogutów, a gość do mnie dzwoni, przedstawia się, że jest z największego ośrodka badawczego w kraju i głupio się pyta na kogo ja zagłosuję. Po pierwsze - co go to obchodzi? Po drugie - skąd ma mój numer? Po trzecie - rozumiem człowieka, że znalazł sobie taką, a nie inną pracę, że dzwoni po ludziach po kilkanaście godzin dziennie, ale mógłby być troszkę grzeczniejszy, anie chamsko odpowiadać "cóż, do niczego pana nie zobowiązuję". Po czwarte - dajcie mi do cholery święty spokój i posprzątajcie ten syf.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mimo to pójdę na wybory. Nie wybiorę jednak nikogo z dostępnych list. Ani do sejmu, ani do senatu. Zgłoszę własnego kandydata, który na imię będzie miał Lepsze, a na nazwisko Jutro. I dla mnie nie będzie to głos nieważny, ani zmarnowany.&lt;br /&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5767885164045152685-7498256333736634873?l=littlejacob.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://littlejacob.blogspot.com/feeds/7498256333736634873/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2011/10/ani-be-ani-me-ani-kukuryku.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/7498256333736634873'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/7498256333736634873'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2011/10/ani-be-ani-me-ani-kukuryku.html' title='Ani be, ani me, ani kukuryku'/><author><name>Jakub</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12117029458729354081</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='30' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sZYtj72cVRQ/TF8CSFOeRYI/AAAAAAAAACY/tC8vXnYVxvA/S220/Bez+nazwy+1+kopia.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5767885164045152685.post-7235285750021898779</id><published>2011-10-02T15:24:00.000+02:00</published><updated>2011-10-02T15:25:28.533+02:00</updated><title type='text'>Człowiek kontra autobus</title><content type='html'>&lt;br /&gt;Ponieważ mieszkam na totalnym zadupiu w Sosnowcu, a moja partnerka w cywilizowanym Będzinie, chcąc utrzymać wysoki poziom relacji muszę codziennie jakoś się do niej dostać. Gdy pracuję do 19 to problemu nie ma - wsiadam w tramwaj pod "polmozbytem" i za piętnaście minut jestem. Gorzej jest z domu - gdyż bezpośredniego połączenia autobusowego nie ma, a ja sprzedałem samochód jakiś czas temu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Droga powrotna wygląda tak, że wsiadam w autobus na przystanku znajdujący się na osiedlu, a za paręnaście minut wysiadam na dworcu PKP lub w zajezdni (zależy w jaki autobus wsiądę). Pozostały dystans pokonuję pieszo drogą z prymitywną imitacją chodnika, który kończy się z przekroczeniem granicy miast. Chyba, że mam duże szczęście to ten ciemny pieszy odcinek pokonam autobusem drugiej linii, ale zazwyczaj przyjeżdża gdy ja wysiadam pod dworcem, albo muszę na niego czekać minimum pół godziny. Wczoraj jednak jeden z planowych autobusów nie przyjechał i przyszło mi trochę czekać na następny. Odprowadziwszy ukochaną do samego mieszkania wpadłem na iście diabelski pomysł.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W 2007 roku przy &lt;a href="http://my.gtathegame.net/chaos/blog/?nr=795"&gt;innej okazji&lt;/a&gt;&amp;nbsp;narzekania na komunikację miejską, Przemek mnie zaatakował, żebym szedł na piechotę jeśli mi się nie podoba jazda autobusem.&lt;br /&gt;Pomyślałem, że wcale nie jest to głupi pomysł i postanowiłem sprawdzić, czy zajdę szybciej niż autobus. To co napiszę poniżej nie ma nic wspólnego z narzekaniem, ani marudzeniem. Chcę tylko ośmieszyć przestarzały system z jeszcze starszym taborem komunikacji miejskiej. Niestety do wyścigu potrzebowałem drugiej osoby. Trzy lata temu ścigałem się z popem, a pięć miesięcy temu z herbatą. Oba wyścigi wygrałem. Ze względu na to, że jest już późno dostałem najgorszego przeciwnika jakiego mogłem sobie wybrać - swoje alter ego, czyli Jakuba.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="color: #0b5394;"&gt;Jakub: Cześć! Punkt początkowy to przystanek znajdujący się na osiedlu. Chcąc zachować prywatność nie powiem jak się nazywa. Według rozkładu mój autobus linii 40 przyjeżdża o 21:18, ma dziewięć przystanków po drodze i pod dworzec przyjeżdża o 21:33. Stamtąd biegusiem pod wiaduktem na drugą stronę torów kolejowych i wejście do autobusu 116, który wg rozkładu podjeżdża o 21:29, ale jest duże prawdopodobieństwo, że się spóźni. Pokonanie drogi bez chodnika zajmuje autobusem jakieś dwie minuty, do tego dojście z przystanku, więc w domu będę około 21:40. Wygram z łatwością.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://www.gtathegame.net/my/galeria/d/1317470104.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="300" src="http://www.gtathegame.net/my/galeria/d/1317470104.jpg" width="400" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kuba: Ja natomiast wyruszam z przystanku na piechotę i będę szedł między blokami, aż dojdę pod zamek. Stamtąd wzdłuż rzeki, koło Lidla i Kauflandu, pod dworzec i spod dworca długą ulicą Zagórską prosto do domu. Biorąc pod uwagę średnią prędkość człowieka wynoszącą 5 km/h do domu dojdę po 22. Mój dystans wynosi jakieś 5 kilometrów, Jakub ma do pokonania dwa kilometry więcej, ale autobus porusza się o tej porze ze średnią prędkością 50 km/h. Na papierze moje szanse są małe, ale zazwyczaj teoria nie równa się praktyce.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ponieważ moje alter ego to zupełny leń i tłumok, wyścig rozpoczynamy o 21:07 przy wejściu do bloku. Jakub idzie na przystanek znajdujący się trzysta metrów dalej i będzie miał jeszcze czas na poczytanie przystankowych ogłoszeń. Ja nie marnuję czasu i od razu idę przed siebie ciemnymi osiedlowymi uliczkami. Wystarczyły mi cztery minuty i już mijam przystanek tramwajowy. Bardzo chcę wygrać, więc przyspieszam tempo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="color: #0b5394;"&gt;Jakub: Tymczasem ja znalazłem się na przystanku autobusowym i oglądam słup ogłoszeniowy w kształcie walca na którym powiesili się kandydaci na posłów i senatorów. W dodatku obok mnie stoi jakiś niedorozwój w kapturze i pali śmierdzącego papierocha. Jednak za chwilę podjedzie autobus i zacznę się przemieszczać z prędkością dziesięć razy większą niż idzie Kuba, który myśli że ma ekstra kondycję. Co z tego, że codziennie chodzi do pracy na pieszo, jak większość czasu spędza przed komputerem. Pomacham mu gdy zobaczę jak będzie się topił w morzu własnego potu z zadyszką maratończyka.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kuba: Minęły kolejne cztery minuty i znajduję się już koło zamku. Teraz tylko przeprawa ciemnym przejściem podziemnym na drugą stronę ulicy i długa prosta wzdłuż rzeki. Muszę przyspieszyć tempo, bo zaraz zobaczę nadjeżdżający jego autobus. Jest 21:15 więc teoretycznie już wyjechał z zajezdni. Powinien być punktualnie. Nie jest dobrze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="color: #0b5394;"&gt;Jakub: Zastanawiam się jak głupim trzeba być, żeby podjąć próbę pieszego wyścigu z autobusem. Jeszcze na tak krótkim odcinku. To miałoby sens gdyby przeciwnikiem autobusu była deskorolka, hulajnoga albo rower. Ale nie, bo ten debil musiał sprawdzić idąc na pieszo. Założę się, że w tej chwili wchodzi do sklepu i błaga o butelkę wody mineralnej, bo nie może złapać oddechu.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kuba: Owszem, jestem koło sklepu, ale jest już zamknięty. Nie mam zadyszki, nie bolą mnie nogi, nie przewracam się ze względu na zawał serca, a tempo mam doskonałe. Mijam Lidla i wchodzę na wspólną trasę z autobusem. Widzę zbliżające się oślepiające światło kolosa. Mrużącymi oczyma dostrzegam numer. Tak, to 40! Jest spóźniona! 21:21 a autobus wyjeżdża dopiero ze swojego pierwszego przystanku koło sklepu! Ja za jakieś pięć minut powinienem być koło dworca. Mam przewagę nad autobusem o jakieś siedem minut!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="color: #0b5394;"&gt;Jakub: To nic, że autobus się spóźnia. O tej godzinie są puste ulice, więc pomknie jeszcze szybciej niż zwykle. Powinienem zdążyć i być o wpół do pod dworcem. Chociaż mam do przejechania dwa kilometry więcej. Wierzę w to, że się uda. Jeśli będzie się wlókł to porwę autobus niczym w Grand Theft Auto i nie będę się zatrzymywał na żadnym przystanku. O nadjeżdża. Wchodzę, pokazuję kierowcy bilet i mogę zająć wygodne miejsce siedzące warte 2,80 zł. Jedziemy. Autobus pusty, jestem jedynym pasażerem.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kuba: Wchodzę na ulicę Bema na której końcu znajduje się dworzec PKP. Jest 21:24. Ze względu na to, że wyścig jest poważny, a stawka jest wysoka muszę zaczekać aż przejedzie samochód i przejść na drugą stronę drogi. A ten jedzie tempem spacerowym. Szybciej człowieku! 21:26 i jestem na końcowym przystanku na którym wysiada Jakub i od tego momentu on idzie na kolejny autobus, a ja idę dalej pieszo. Nie próżnując i nie rozwodząc się nad tym, że już wygrałem idę na drugą stronę torów. O! Jedzie jego autobus 116, dziś zgodnie z planem, haha. A on teraz pewnie znajduje się gdzieś w połowie trasy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="color: #0b5394;"&gt;Jakub: Ależ ten autobus się wlecze. W dodatku na każdym przystanku wsiadają ludzie. Obecnie jestem nie wiem gdzie, bo ktoś zdemolował tablicę z nazwą przystanku. I jeszcze jakiś zabłąkany kupuje bilet u kierowcy. No dalej! Jedźmy już!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kuba: Jest 21:32, idę już 25 minut. Do pokonania zostało mi jeszcze 2,1 kilometra, więc jestem w ponad połowie drogi. Pewny wygranej udam się jeszcze do piekarni po chleb, która jest obok przystanku z którego odjechała przed chwilą ostatnia nadzieja Jakuba. I tutaj wszedłem na minę przeciwpiechotną. Katastrofa. W piekarni jest kolejka. O wpół do dziesiątej wieczorem! Cóż, a coś na kolację przed snem zjeść trzeba.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="color: #0b5394;"&gt;Jakub: Czterdziestka zjeżdża już z górki i za chwilę będzie pod Lidlem. Potem już tylko pod dworzec PKP z którego pobiegnę na autobus 116. Kuba pewnie minął już sklep, więc autobus powinien go wyprzedzić przy skręcie w ulicę Bema.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kuba: 21:37, masakra. Trzy minuty w piekarni. Muszę nadrobić stracony czas i przebiec długi odcinek ulicy Zagórskiej. Muszę uważać, gdyż jest to bardzo ruchliwa ulica - na granicy miasta znajduje się magazyn, a za chwilę rozpoczyna się nocna zmiana. Pełno będzie spóźnionych wariatów, a jeszcze więcej tirów. Przeciętnie przejście tego odcinka zajmuje jakieś 25 minut. Myślę, że uda w piętnaście. Wyścig trwa już pół godziny. Podciągam spodnie i szybkim marszem zaczynam przemierzać pozostałą drogę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="color: #0b5394;"&gt;Jakub: 21:37 - wysiadam. Cztery minuty spóźnienia. Muszę przebiec na drugą stronę. 21:40 i już jestem na przystanku z którego odjeżdża 116. Chyba nie powinienem robić sobie dużych nadziei na to, że przyjedzie. I tak pewnie już wyprzedziłem tego grubasa, mogę spokojnie udać się do domu.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kuba: Nie jest łatwo. Co chwilę oślepiają mnie światła nadjeżdżających samochodów. Zaraz wyjdę z Będzina i skończy się chodnik. Zamiast tego będę miał drzewa stojące bezpośrednio przy drodze, za którymi będę musiał się ukrywać, by nie zostać potrąconym przez nadjeżdżający samochód. A z daleka widzę rząd światełek. Szybki marsz zamienia się w trucht, a gdy droga staje się pusta to biegnę. Muszę wygrać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szczęście było po mojej stronie, gdyż od momentu przekroczenia granic miast droga była zupełnie pusta. Widzę już latarnie oświetlającą ulicę przy której położony jest mój dom. Zostało mi jakieś 700 metrów. Popełniłem błąd, bo od godziny 9 nic nie jadłem, więc mój organizm zaczyna trawić samego siebie. Mimo to dalej biegnę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;44 minuty i 10 sekund. Jestem w domu. Nie widzę mojego alter ego. Znając jego poczucie kierunku gdzieś się pewnie zgubił. Muszę mu wysłać smsa, że jest do tyłu 2,80zł i stracił mnóstwo czasu. Komunikacja miejska została pokonana przez głodnego i spragnionego człowieka. Cenna rada - jeśli przypomniałeś sobie, że zostawiłeś włączone żelazko w domu, a znajdujesz się 5 kilometrów od niego, najszybciej dostaniesz się tam pieszo.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5767885164045152685-7235285750021898779?l=littlejacob.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://littlejacob.blogspot.com/feeds/7235285750021898779/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2011/10/poniewaz-mieszkam-na-totalnym-zadupiu-w.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/7235285750021898779'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/7235285750021898779'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2011/10/poniewaz-mieszkam-na-totalnym-zadupiu-w.html' title='Człowiek kontra autobus'/><author><name>Jakub</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12117029458729354081</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='30' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sZYtj72cVRQ/TF8CSFOeRYI/AAAAAAAAACY/tC8vXnYVxvA/S220/Bez+nazwy+1+kopia.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5767885164045152685.post-7906893140356541514</id><published>2011-09-29T09:57:00.003+02:00</published><updated>2011-09-29T09:57:57.971+02:00</updated><title type='text'>O książkach i czytaniu</title><content type='html'>&lt;span class="Apple-style-span" style="color: #aaaaaa;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-family: inherit;"&gt;Ponieważ otrzymuję mnóstwo listów krytykujących moje zrzędzenie i marudzenie na łamach tego bloga, postanowiłem sobie, że kolejny post nie będzie miał nic wspólnego z narzekaniem i opisywaniem absurdalnie absurdalnych rzeczy...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No dobra, skłamałem. Od sześciu lat mojego blogowania (a czterech tutaj) nie dostałem ani kawałeczka papieru od żadnego czytelnika. Może to i dobrze, że po przyjściu z pracy nie wita mnie kupa listów i nieprzeczytanych maili z nagłówkiem "jestem twoim największym fanem". Nie lubię być popularny. Szczerze powiedziawszy to wolę mieć grupkę stałych czytelników, aniżeli tysiąc jednorazowych. Jednak słowa krytyki, zwłaszcza do ostatniego wpisu naprawdę się pojawiły. I to od osoby tak szczególnej, że obecny wpis postanowiłem zadedykować właśnie dla niej - mojej ukochanej partnerce, Karolinie. Dzisiaj padło stwierdzenie, że jestem strasznym zgredem, a to co tutaj wypisuje to ciężkie jak ołów bzdury i ogólnie ciężko już ze mną wytrzymać. Trzeba coś z tym zrobić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie będzie więc będzie ani słowa o zbliżających się wyborach, polityce, psujących się telefonach, drogich samochodach na które mnie nie stać (niestety 56 milionów w kumulacji Lotto nie powędrowało do mnie), ani o nudnej pracy, czy punktualnej komunikacji miejskiej. Niemożliwe? A jednak.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Badania przeprowadzone przez niezależnych naukowców z niezależnych uniwersytetów, które przedstawiają media co jakiś czas jasno ukazują ogrom problemu, z którym boryka się współczesna cywilizacja. I wyobraźcie sobie, że nie jest to problem otyłości i nie dotyczy tylko Zjednoczenia Amerykańskich Stanów. Dotyczy sporego odsetka ludzkości. Nie będę się jednak posiłkował konkretnie przeprowadzonymi ankietami, gdyż większość z nas odpowiadając na pytania zadawane przez ośrodki badawcze po prostu kłamie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mowa o książkach, których to społeczeństwo czyta coraz mniej. Zdziwieni? Oczywiście, teraz każdy mówi, że regularnie czyta i kupuje ciekawe lektury. Nie zaprzeczę, bo nie wytykam paluchami i nie oskarżam, że ty, ty i ty nie przeczytałeś żadnej książki w ostatnich pięciu latach. Sam nie byłem zwolennikiem czytania. Zdecydowanie zamiast tego zawsze wolałem w wolnym czasie pograć w pełne przemocy gry lub pooglądać gangsterskie filmy. Nawet gdy byłem młodszy i miałem do wyboru szlaban na komputer czy przeczytanie lektury, wybierałem to pierwsze. Koniec końców i tak lekturę w podstawówce przeczytać musiałem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Swoją pierwszą książkę dostałem w wieku dwóch lat i był to duży zbiór baśni Andersena. Czytać wtedy za bardzo nie potrafiłem, ba - nawet nie rozróżniałem poszczególnych liter. Byłem natomiast uzdolnionym plastycznie dzieckiem i postaciom umieszczonym na rysunkach dorysowywałem wąsy i zwisające z nosa gile. Baśnie czytała wtedy mi mama, ale i tak niewiele z tego rozumiałem. Gdy trochę podrosłem i zacząłem odróżniać literkę "m" od literki "w", oraz gdy poznałem znaczenie słów "dupa", "głupek" i "śturmok", zacząłem poszerzać swoje horyzonty językowe poprzez czytanie. Szczególnie upodobałem sobie wtedy książkę kucharską i telefoniczną. Pierwszą książką, którą przeczytałem od początku do końca okazała się lektura w pierwszej klasie podstawówki. Potem pamiętam Kubusia Puchatka, Dzieci z Bullerbyn, Psa który jeździł koleją i kilka innych opowiadań dla dzieci. Z biegiem czasu i rozwojem internetu moja chęć do czytania książek malała, a lektury wypożyczałem tylko po to, by mieć na lekcji w razie kontroli. Dodam, że przez całe liceum wypożyczyłem tyle książek, że razem ze świadectwem dostałem dyplom "największego czytelnika". Super, no nie? Owszem, zdarzyło mi się parę z nich przeczytać np. Zemstę Fredry, Świat według Clarksona którego nawet kupiłem,Świętoszka Moliera, czy Pan Tadeusza Mickiewicza, który uratował mi dupę na maturze, bo gdybym go nie tknął to moje wypracowanie wyglądałoby mniej więcej tak, jak wygląda pusta kartka papieru. Stos coraz większej ilości nieprzeczytanych lektur był wprost proporcjonalny do ilości ocen niedostatecznych z języka polskiego. A to mogło wydłużyć moją edukację w liceum (młodsi pewnie nie wiedzą o czym pisze, ale kiedyś z jedynką na koniec się nie zdawało do następnej klasy). Nie czytałem dlatego, że byłem leniwy, czy coś, ale uważałem, że lektury są nudne, beznadziejne i do niczego nie potrzebne - np. takie Dziady.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nauczyciele alarmują, że dzisiejsi uczniowie poszli w moje ślady i również nie czytają lektur, a pod koniec semestru skomlą, że przecież się starali i należy im się ocena dopuszczająca. Zamiast powtarzać w kółko jedno i to samo, że szkoły produkują idiotów, należałoby zbadać przyczynę tego problemu. Nawet dorośli wolą w wolnym czasie obejrzeć film w telewizji niż przeczytać książkę. Obwiniać można wszystko i wszystkich - rodziców, za bezstresowe wychowanie, ministrów, za program nauczania i kanon lektur, nauczycieli za podejście, księgarnie za wysokie ceny książek, internet, Radio Maryja, czy antykwariaty za to, że sprzedają potargane i poplamione kawą egzemplarze za krocie. Może należy spojrzeć na to w inny sposób i zacząć obwiniać siebie? Pomyśleć "o rany, jestem wielkim pieprzonym niedorozwojem, a mój zasób słownictwa jest ograniczony, a zdania pełne przekleństw i błędów". Zadać sobie pytanie - dlaczego zamiast czytania wybieram oglądanie "supersłodkich urodzin" na MTV. I nie mówię tu o lekturach, bo poza nimi istnieje milion różnych tytułów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeszcze kilka miesięcy temu i ja należałem do tej sporej grupy obywateli, którzy do książki podchodzili z kijem. Ale przekonałem się dzięki wspaniałej osobie, której dedykuję ten post i mam nadzieję, że go właśnie czyta, że nie taki diabeł straszny jak go malują i książki wcale nie są takie złe. Właśnie od niej kilka miesięcy temu dostałem wspaniałą publikację Jamie Olivera, która nie dość, że przywróciła u mnie chęć czytania to jeszcze rozwinęła zainteresowania związane z gotowaniem. A jak! Teraz idzie mi coraz lepiej i sądzę, że jestem coraz silniejszym kandydatem na męża. Kilka lat przestoju w czytaniu spowodowało jednak, że nie potrafię szybko czytać. Czasami jakiś czas zastanawiam się nad sensem zdania i kontekstu, by stwierdzić - jak się okazuje - pominąłem wiersz przechodząc z końca jednego na drugi. Mimo to, nawet książka o gotowaniu rozbudza moją wyobraźnię i pokazuje jak smażyć frytki bez pożaru. Kolejną książką, którą też dostałem jest lektura Richarda Hammonda, który opisuje podróże emitowane w Top Gear z innej perspektywy. Czytając w tamtym roku recenzje i zapowiedzi spodziewałem się pamiętnika typu "tego dnia widziałem niedźwiedzia polarnego, a tamtego złamałem nogę". Pomyliłem się. Publikacja jest wciągająca do tego stopnia, że przenosi mnie właśnie tam, gdzie bohater się znajduje - w moim przypadku na biegun północny. Spodziewałem się też, że zamiast liter w książkach występują jakieś chińskie znaczki. Jednak język jest tak prosty, że nawet kilkuletnie dziecko nie miałoby problemu i zawstydziłoby mnie w szybkości czytania. Bogatszy o kolejne doświadczenie kolejną lekturę kupiłem sobie sam. Podsumujmy - książki wcale nie są pisane po chińsku, rozbudzają wyobraźnię, poszerzają zainteresowania, ani nie są koszmarnie drogie. Przede wszystkim są wciągające do tego stopnia, że nie mam do czego tego porównać - huragan pustoszący wioski, czy odkurzacz wciągający kurz z dywanu to przy tym pikuś. No i nie ocenia się książki po okładce. W dodatku odkąd czytam, odnotowałem znaczy spadek mojego wkładu w przeklinanie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie rozumiem więc o co ta awantura i dlaczego księgarnie są wypełnione po brzegi nowościami, a biblioteki tak rzadko odwiedzane. Nawet jeśli ktoś nie lubi czytać, to jesteśmy w dobie audiobooków. Spacery, podczas których znany lektor z telewizji czyta ciekawą powieść przez słuchawki mogą co prawda skończyć się pod kołami ciężarówki, ale warto zaryzykować. A jeśli ktoś uważa, że nie będzie czytał, bo książka jest wielka i niewygodna zachęcam do zgrania jakiegoś ciekawego tytułu na telefon komórkowy. Produkowane teraz wyświetlacze są duże, więc czytanie nie będzie męczące. A bibliotek elektronicznych jest coraz więcej. Zamiast brukowca, jako lekturę na sedes proponuję zabrać książkę. W końcu w tym pomieszczeniu skupiamy się najbardziej. Najlepiej jest się przekonać na własnej skórze, bo ja tak mogę opowiadać bez końca. W sumie jest to przyszłość, bo umiejętności czytania trudno będzie się oduczyć (aczkolwiek są tacy, którym się to udaje). Ksiązki zawsze były i będą inspiracją reżyserów i innych wielkich artystów, którzy albo ładnie przeniosą powieść z papieru na srebrny ekran, albo koncertowo to spartaczą. Ciągle będą powstawać biografie wielkich osobistości, czy kroniki wielkich wypadków. A jaki biznes niektórzy na tym robią. Widzieliście ile książek ukazało się po tym jak prezydencki samolot spadł pod Smoleńskiem w tamtym roku? A ile gdy papież zmarł? I ta przyszłość pochodzi sprzed ponad 2000 lat.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A Ty? Ile książek przeczytałeś w tym roku?&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5767885164045152685-7906893140356541514?l=littlejacob.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://littlejacob.blogspot.com/feeds/7906893140356541514/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2011/09/o-ksiazkach-i-czytaniu_29.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/7906893140356541514'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/7906893140356541514'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2011/09/o-ksiazkach-i-czytaniu_29.html' title='O książkach i czytaniu'/><author><name>Jakub</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12117029458729354081</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='30' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sZYtj72cVRQ/TF8CSFOeRYI/AAAAAAAAACY/tC8vXnYVxvA/S220/Bez+nazwy+1+kopia.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5767885164045152685.post-8931513766161578010</id><published>2011-09-25T21:58:00.001+02:00</published><updated>2011-09-25T22:02:07.657+02:00</updated><title type='text'>Telefony w mojej głowie, bez przerwy "trrrrrrrrrr"</title><content type='html'>&lt;br /&gt;Szybki rozwój telekomunikacji w naszym kraju po 1990 roku niewątpliwie zapisał się na kartach historii, ułatwił komunikację międzyludzką oraz wpłynął na przyzwyczajenia narodu. Kto by pomyślał dwadzieścia lat temu, że telefon będzie w każdym domu, a słowo "komórka" nabierze zupełnie innego znaczenia. Dziś samo słowo "telekomunikacja" wkroczyło w nowy wymiar bo mamy nie tylko przestarzałą już komunikację głosową, tekstową, ale komunikację przez bluetooth, dzięki łączności WiFi i całą masę innych powstających, z którymi nie jestem na bieżąco.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chciałbym się jednak skupić na samych telefonach. Doskonale pamiętam dzień w którym dostałem swoją pierwszą komórkę. Niestety nie była to innowacyjna jak na owe czasy Nokia 3310, którą chciałem mieć bo miała fajną reklamę w telewizji (tę dostałem w spadku 2 lata później i mam ją do dzisiaj). Nie był to też malutki Ericsson którego reklamowała Angelina Jolie ani żaden inny telefon wypatrzony w gazecie. Dostałem Siemensa. Był to długi jak pilot do telewizora, ciężki jak cegła w dodatku z antenką model S6. Już wtedy wiedziałem, że nie jest to najlepszy telefon dla jedenastoletniego dziecka, który jadąc na kolonie ma pozostać w kontakcie z rodziną. Był wielki i ciężki, a jego żywot poza ładowarką ograniczał się do dwóch godzin. No, ale nie musiałem biegać po kioskach po kartę i stać w kolejce do budki telefonicznej jak inne dzieciaki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na koloniach to byłem gościu, na osiedlu również. Co prawda nie mieściła się do kieszeni, ale w zupełności nie było to przeszkodą by zabrać ją na dwór i powykręcać parę numerów. Celowo piszę "parę", gdyż połączenia wtedy były niesamowicie drogie (~ 2,50 zł / min) i nie było naliczania sekundowego. No i w końcu mogłem wysyłać smsy do telegry lub do Wielkiego Brata. To był szpan. Większym szpanerem okazał się kolega z osiedla, który był posiadaniu bodaj pierwszego telefonu z kolorowym wyświetlaczem. Piszę to śmiertelnie poważnie. Pewnie myślicie, że był multimilionerem i posiadał prototypową Nokię 3510i lub inne ustrojstwo. Nie, nie zgadliście. Posiadał on Siemensa S11, który wyświetlał aż 6 kolorów (chociaż w instrukcji było napisane, że 4). No i miał dyktafon i 16 dzwonków, czego ja niestety nie miałem. Popularność telefonów komórkowych była wtedy praktycznie żadna - w klasie na 32 osoby, aż 2 miały własny telefon komórkowy. Więc o ułatwieniu komunikacji międzyludzkiej nie może być tutaj mowy. Poza tym, że rodzice nie musieli się do mnie wydzierać z okna na dziesiątym piętrze żebym kupił ziemniaki i sól gdy będę wracał z dworu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Od tamtej pory zacząłem śledzić nowinki ze świata techniki. Pamiętam debiut Nokii 5510 i Siemensa SL45i, które potrafiły odtwarzać muzykę. To było dopiero coś. Komunikacji to nie ułatwiło, wręcz przeciwnie. Ludzie przestali wychodzić z walkmanami doczepionymi do tylnej kieszeni, bądź odtwarzaczami CD ukrytymi w torbie, tylko elegancko szpanowali słuchawkami kończącymi się w kieszeni spodni. No i ginęli pod kołami samochodów, autobusów i ciężarówek, bo mając słuchawki na uszach nie mogli usłyszeć pisku opon hamowania lub trąbienia. Te telefony były świetne. Nie tylko dlatego, że były wielkie, a Siemens miał antenkę. Miały jedną bardzo ważną cechę - muzykę mogły odtwarzać przez dołączone słuchawki. Nikt nie rzępolił żałosną muzyką w autobusie lub na dworze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W 2002 roku zobaczyłem prototypowego Sony Ericssona T68i z doczepianym aparatem fotograficznym. Na początku zastanawiałem się jak oni zmieścili kliszę w takim małym ustrojstwie, dopiero później dowiedziałem się, że to aparat cyfrowy. Nasuwało się też wtedy pytanie - po co komu aparat fotograficzny w telefonie. Założeniem producenta było to, żeby nie trzymać zdjęć bliskich w portfelu narażając ich na zniszczenie tylko w telefonie. Problem w tym, że wbudowana pamięć wystarczała na zapisanie kilku zdjęć. Kogoś trzeba było więc wykluczyć. No i jakość zdjęć jak i telefonu pozostawała wiele do życzenia. Zdjęcia robione były w rozdzielczości 320x200 pikseli, a telefon wykonany był chyba z cieniutkiej porcelany. Dwa lata później stałem się posiadaczem tego modelu, którego miałem całe... 2 dni. Obudowa się rozleciała, a upadek ze stolika zakończył żywot telefonu. Również i w tym przypadku nie mogę nic powiedzieć o ułatwieniu komunikacji międzyludzkiej. Ale został mi doczepiany aparat, który pasował do innego modelu Sony Ericssona którego zakupiłem - modelu T230. Do tego momentu miałem wiele telefonów, ale tylko jeden z nich przetrwał. I była to Nokia 3310, która spokojnie leżała w szafie i była używana jako telefon zastępczy w przypadku gdy któryś z telefonów nawali. Czyli dość często.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Koniec roku 2004 zmusił mnie do zmiany telefonu i operatora. Stało się to za sprawą darmowej prostej aplikacji, która korzystała z protokołu gadu-gadu i dzięki technologii GPRS znacznie ułatwiła kontakt między ludźmi. Doskonale pamiętam dzień w którym siedziałem z kumplem w jednym pokoju i rozmawiałem z nim przez gg. Do tej pory nie widzę w tym sensu, ale samo posiadanie GG w telefonie sprawiało, że czuliśmy się lepszymi od innych. Do czasu, gdy sprawdziłem swój stan konta, który wyniósł jakieś 40 złotych. Na minusie. Mimo, że komórka łączyła się z internetem przez GPRS, operator bezkarnie naliczał stawkę za WAP. Tak o to zmieniłem kolor operatora z niebieskiego na żółty. Nie pożałowałem tego. Żółty oferował znacznie tańsze połączenia, mimo że ludzkość znała wtedy sekundowe naliczanie i minutę za mniej niż złotówkę. No i telefon zaczął magicznie łapać zasięg u mnie w kiblu. I to pełny! Pozostaje jeszcze kwestia wymiany telefonu. Jak to się stało? Otóż w prosty sposób - chciałem wyczyścić środek z kurzu i skręcając telefon nie trafiłem śrubokrętem w śrubkę tylko w wyświetlacz. Następcą SE T230 okazała się Nokia 5510, którą kupiłem na giełdzie za ogromne pieniądze (ponad 250 złotych).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po kilku miesiącach Nokia stała się mało praktyczna, a w ofercie pojawiło się coś takiego jak mix - abonament i karta w jednym. Przekabaciłem rodziców i zakupili mi Nokię 3100. Niesamowity telefon. Od tamtej pory inne marki dla mnie nie istnieją. Nie posiadał aparatu, mp3, kosiarki do trawy i maszynki do golenia. Zaliczył mnóstwo upadków, zalałem go herbatą i nauczyłem latać. Nawet przeżył rebranding Idei na Orange. Cały czas działał. Posiadałem go do końca trwania umowy. Serio. Wtedy już zdecydowana większość znajomych posiadała komórki, pojawił się pakiet SMS za 1 grosz i doładowania za 5 zł. Komunikacja międzyludzka poprzez telefony komórkowe nabierała sensu. Niektórzy zamieniali spotkania przy kawie na długie pogaduchy przez telefon. No i skoczył w górę współczynnik rozwodów, gdyż żony mogły kontrolować mężów wyjeżdżających w delegację.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kolejny telefon z aparatem wylądował w mojej kieszeni w 2007 roku. Była to niesamowita Motorola E398, która robiła zdjęcia w rozdzielczości VGA, ale nie to było jej najlepszą zaletą. Lepsze były dwa potężne głośniki, które grały niezwykle głośno i czysto, oraz możliwość wgrywania własnego oprogramowania. Dzięki niej zacząłem robić głupie zdjęcia i rzępoliłem nowymi utworami ściągniętymi nielegalnie z internetu. W międzyczasie stałem się posiadaczem ślicznej Nokii 6230i, gdyż ujrzałem ją w ofercie operatora za złotówkę. Ten telefon również był niezawodny i również miałem go do końca umowy. Oprócz mp3, aparatu, kamery, miałem zainstalowaną Operę Mini, dzięki której przeglądałem internet na nudnych lekcjach. Wtedy zaczęto się zastanawiać nad nową definicją "telefonu komórkowego".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak już wspomniałem nie uznaję innych telefonów jak Nokia. Przez dziesięć lat mojej historii z telefonami komórkowymi miałem dwa Siemense, Boscha, Philipsa, dwie Motorole, jakiegoś Alcatela, telefon Sony którego zgubiłem, dwa Samsungi i trzy Sony Ericssony. Oprócz tego byłem posiadaczem dwunastu Nokii, z czego trzy sprawne mam do tej pory, jedną zgubiłem parę dni temu, jedną rozwaliłem o chodnik, jedna bez baterii, jedną bez włącznika, a pozostałe sprzedałem. Bez chwili zastanowienia mogę stwierdzić, że najlepsze telefony jakie obecnie posiadam to te, które są już antykami. To te w których głośniczki działają elegancko i nie muszę się domyślać co mówi osoba po drugiej stronie połączenia. To te w których nic nie trzeszczy, ani nie bzyczy. To te modele, które łapią pełny zasięg i w których baterie trzymają nawet tydzień. Muszę przyznać, że większość nowoczesnych telefonów które posiadałem z aparatem iluśtam megapikseli, pomimo stalowej obudowy były do kitu, bo po jakimś czasie zawsze coś się zaczęło psuć. Nie łapały zasięgu, odpadały gumowe przyciski, czy miały słabą baterię, która starczała na jeden dzień, gdyż telefonu używałem do zabawy w robienie głupich zdjęć i słuchania muzyki, a gdy miałem ochotę zadzwonić to czytałem komunikat o rozładowanej baterii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A i tak istnieją jakieś dotykowe telefony, błyszczące IPhone'y z terabajtami pamięci i głupimi aplikacjami, które są do niczego, chińskie telefony odbierające telewizję naziemną i wejściami na trzy karty sim. Dzięki telefonom nie tylko relacje międzyludzkie uległy poprawie. Ktoś kiedyś powiedział, że ludzka egzystencja na Ziemi jest łatwiejsza i przyjemniejsza. Bo nie trzeba już stać w kolejce do budki telefonicznej i szukać numeru w książce by skontaktować się z najbliższymi. A gdy nie chcemy gadać to można przecież wysłać smsa. Nie trzeba już wkładać i przewijać kliszy w aparacie - zdjęcia robimy telefonem bez obaw, że film zostanie naświetlony. W dodatku telefonem można sobie porobić nagie zdjęcia i potem wrzucić na facebooka, co spodobało się sporej rzeszy ludzi. Dzięki temu ludzie tracą intymność i prywatność na rzecz nie wiem czego. Tak naprawdę nie potrzebujemy już komputera, ani telewizora. Dzięki nowoczesnym telefonom można oglądać filmy, sprawdzać pocztę i robić wiele innych rzeczy. Co z tego? Nie potrzebuję tego wszystkiego. Potrzebuję telefon, który będzie mógł mnie teleportować w przyszłość lub przewidzi numery lotto na wtorek. Może być jednorazowy.&lt;br /&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5767885164045152685-8931513766161578010?l=littlejacob.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://littlejacob.blogspot.com/feeds/8931513766161578010/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2011/09/telefony-w-mojej-gowie-bez-przerwy.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/8931513766161578010'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/8931513766161578010'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2011/09/telefony-w-mojej-gowie-bez-przerwy.html' title='Telefony w mojej głowie, bez przerwy &quot;trrrrrrrrrr&quot;'/><author><name>Jakub</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12117029458729354081</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='30' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sZYtj72cVRQ/TF8CSFOeRYI/AAAAAAAAACY/tC8vXnYVxvA/S220/Bez+nazwy+1+kopia.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5767885164045152685.post-326553955351976355</id><published>2011-08-14T11:21:00.002+02:00</published><updated>2011-08-14T11:30:11.995+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='praca'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polska rzeczywistość'/><title type='text'>Żadna praca nie hańbi?</title><content type='html'>Kiedy trzy lata temu wychodziłem do mojej pierwszej poważnej pracy, jeszcze w trakcie trwania długiego sierpniowego weekendu zarówno w święto jak i w sobotę i niedzielę spodziewałem się, że dostanę odpowiednie wynagrodzenie, za moje chęci do pracy i zgłoszenie się na ochotnika. Sam dojazd do Siemianowic Śląskich zajmował mi ponad godzinę, a powrót grubo po 22 komunikacją miejską nie należał do najprzyjemniejszych. Nawet oczekiwanie na autobus pośrodku pola w trakcie nawałnicy z postrzępionym parasolem nie zmywał ze mnie optymizmu, że w końcu zarobię własne pieniądze, które potem spożytkuję na ważny cel. Zdenerwowałem się bardzo, gdy w poniedziałek po 7 dniach ciągłej harówki zadzwonił telefon i odezwał się głos kierownika z poleceniem przyjścia dzisiaj do pracy. Dopiero wtedy coś we mnie drgnęło.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Błędem naszej natury jest to, że człowiek do wszystkiego może się przyzwyczaić. Tak jak ja wtedy przyzwyczaiłem się do ciężkiej codziennej pracy fizycznej, za którą myślałem że zostanę odpowiednio wynagrodzony. Gdy zobaczyłem mój stan konta, który wynosił 900 złotych to uświadomiłem sobie, że nie będę tanią siłą roboczą. Aczkolwiek postanowiłem pracodawcy dać "drugą szansę" i po należytym odpoczynku znowu pojawiłem się w pracy. Nie na długo. Po kilku dniach kolejnej harówki zrezygnowałem. Do dziś uważam, że była to słuszna decyzja. Jeżeli ktoś wykorzystuje mnie jako tanią siłą roboczą jest to równoznaczne z brakiem szacunku do mojej osoby. A gdy pracodawca nie szanuje pracownika, pracownik odwdzięcza się tym samym. Jak Kuba bogu tak bóg Kubie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wydarzenia sprzed trzech lat nauczyły mnie wyrażać głośno swoje zdanie. Dzisiaj, gdy coś mi się nie podoba mówię o tym otwarcie i głośno. Nawet w obecnej pracy, gdzie pracodawca robi dokładnie to samo, czego uświadczyłem trzy lata wcześniej. Pochwały za dobre wyniki w pracy i obiecanki o premii już mnie nie ruszają, skoro dostaję najmniej, a robię najwięcej. Dlaczego tak jest? Przez ostatnie miesiące starałem się wywrzeć jak najlepsze wrażenie na pracodawcy i od stycznia moje wyniki sprzedażowe i wskaźniki zadowolenia klientów są najwyższe, pomimo mojego małego doświadczenia. Po ostatniej wypłacie poczułem podobne ukłucie jak trzy lata temu i nagle zgasłem. Po co mam się starać, skoro szef tego nawet nie zauważa, a koledzy z pracy mnie nienawidzą?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jest powiedzenie, że żadna praca nie hańbi. Dodać do tego muszę, że każda praca może obedrzeć człowieka z godności i szacunku do samego siebie. Wytłumaczę to na prostym przykładzie. Mógłbym zostać kierowcą śmieciarki i krążyć po mieście w kamizelce odblaskowej od śmietnika do śmietnika, gdyby tylko było takie zapotrzebowanie. Praca niczego sobie. Dniówki od 6 do 14, odpowiedzialność za zbierany "towar" znacznie mniejsza jak przy pracy z klientem, stała posada bez żadnych niespodzianek, płaca ponad 2 tysiące na rękę z ekwiwalentem za pracę w ciężkich warunkach. Co z tego, że ułomne dzieci z piaskownicy, czy przeciętni pracownicy zarabiający najniższą krajową nabijali by się ze mnie, że jestem śmieciarzem? Różnica taka, że ja na śmieciach zarabiałbym więcej niż pani z okienka na poczcie. Ważne jest, by praca dawała satysfakcję, a pracodawca traktowałby pracownika z należytym szacunkiem. A tak jestem doradcą serwisowym klienta w jednym z autoryzowanych serwisów znanej marki samochodowej. Teoretycznie praca za biurkiem i wypełnianie papierków, praktycznie kupa obowiązków i wielka odpowiedzialność za każdego klienta, który przychodzi z problemem. I ciągłe polecenia przełożonego "zrób to, zrób tamto". I z dnia na dzień czuję jak się wypalam, jak każdego dnia wracam do domu wypompowany z życia i jedynym miejscem do którego się kieruję jest łóżko. Przyzwyczaiłem się do tego. I to był wielki jak wdepnięcie w psią kupę błąd.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ktoś powie, że zamiast siedzieć i marudzić tutaj na tym blogu wziąłbym się za siebie i poszukał innej pracy. Uprzedzając oskarżenia otwarcie przyznaję, że szukam. Od roku. Aktywnie i przez internet. Staram się nie przyzwyczajać do monotonii codziennych obowiązków i codziennie się zmieniać. Pracuję nad sobą. Ze względu na to, że robię to uczciwie i bez żadnych znajomości zaproszono mnie dopiero na kilka rozmów kwalifikacyjnych, które kończyły się zawsze tym samym "oddzwonimy do pana". Codziennie patrzę jak ten kraj zmierza do samozagłady. Widzę mnóstwo pracodawców, którzy zatrudniają magistra marketingu na stanowisko czyściciela powierzchni gładkich, a znajomego z niepełnym zawodowym na stanowisko dyrektora. Widzę tysiące ogłoszeń na stanowisko akwizytora na umowę agencyjną, telemarketera na umowę zlecenie po południu, czy przedstawiciela handlowego z wymaganym wykształceniem wyższym magisterskim, własnym samochodem typu pickup najlepiej białym, 20 letnim doświadczeniem w branży i własną działalnością gospodarczą. Widzę, jak zdzierają z uczciwych ludzi ostatni postrzępiony skrawek godności i krzyczą "co z tego, że zarabiasz 600 złotych, ciesz się, że w ogóle masz pracę!" Gdybym miał już zakładać własną działalność gospodarczą (o czym codziennie myślę szukając niszy rynkowej) pracowałbym dla siebie, a nie dla kogoś, kto by ode mnie wymagał nie wiadomo czego i mówił, że dostanę tyle ile uda mi się zarobić minus kilkadziesiąt procent. A gdy coś się nie uda, będą same straty to oczywiście "pracodawca" się wyprze zostawiając mnie z długami. A gdy już znajdę wiarygodne ogłoszenie w odpowiedzi na które wyślę swoją aplikację, często okazuje się że firma wcale nie poszukuje pracowników, tylko powiększa swoją bazę danych rzekomych "klientów". Paranoja.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wolny rynek dał swobodną rękę przedsiębiorcom. Od ponad dwudziestu lat każdy może otworzyć własną firmę i zatrudnić pracowników. Rynek zalewa milion różnych przedsiębiorstw, które przez kilka lat konkurują ze sobą, by potem ogłosić bankructwo, bądź sprzedać udziały komuś innemu żeby się martwił długami. O pracę w dzisiejszych czasach, tak jak wspominałem jest trudno, nawet z wykształceniem wyższym. Chętnych do pracy jest wielu, ale niewiele jest pracodawców szukających pracownika na dłużej. Najczęściej oferowane są trzy, bądź półroczne staże. I to wszystko. Nawet urzędy pracy, które teoretycznie są od tego, żeby pomogły znaleźć zatrudnienie bezrobotnym, bezradnie rozkładają ręce.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nasuwa się wiele pytań. Jak młodzi ludzie, którzy skończyli edukację mają się usamodzielnić? Przecież synuś nie będzie wiecznie mieszkał z mamusią. Musi się w końcu kiedyś wyprowadzić, nauczyć się obsługi urządzeń AGD, prania własnych skarpetek i gotowania, by wszystko szło do przodu. By mógł zbudować dom, założyć rodzinę, posadzić drzewo i porobić dzieci. By mógł w końcu się rozwijać. Ci co mają więcej szczęścia powołują się na wpływowych znajomych i dostają ciepłą posadkę z pominięciem testu kompetencji i kwalifikacji, a inni zostają gwiazdami telewizji lub politykami. Większość postanawia się pogodzić z losem, że po skończonych studiach z wyróżnieniem pracuje w McDonaldzie serwując frytki. Z pełną świadomością, że emerytury nie dostanie, gdyż państwowy system nie wydala. Inni biorą się za handel narkotykami, by zarobić na tyle, by móc zacząć własne życie. Inni kradną, zbierają złom, bądź siadają z gitarą w centrum miasta, kładą przed sobą kubeczek i zaczynają śpiewać popularne dołujące piosenki. A pozostały procent "zbuntowanego" społeczeństwa? Ucieka za granicę w poszukiwaniu alternatywy, gdyż w Polsce za 1384 złote brutto w zamian za miesiąc harówki ciężko opłacić wynajmowaną kawalerkę. O zakładaniu rodziny, czy finansowaniu sobie edukacji nie wspominając.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co zrobić żeby było lepiej? Zachęcam do skorzystania z demokracji i odpowiedzi na to pytanie w komentarzach. Chyba, że ktoś się bardzo wstydzi, to niech weźmie kartkę papieru i długopis. Odpowiedź na kartce niech głęboko schowa i wyciągnie za kilka lat. Będzie to zarazem odpowiedzią na pytanie, czy coś na przestrzeni lat się może zmienić.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5767885164045152685-326553955351976355?l=littlejacob.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://littlejacob.blogspot.com/feeds/326553955351976355/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2011/08/zadna-praca-nie-hanbi.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/326553955351976355'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/326553955351976355'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2011/08/zadna-praca-nie-hanbi.html' title='Żadna praca nie hańbi?'/><author><name>Jakub</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12117029458729354081</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='30' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sZYtj72cVRQ/TF8CSFOeRYI/AAAAAAAAACY/tC8vXnYVxvA/S220/Bez+nazwy+1+kopia.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5767885164045152685.post-7596728440134287403</id><published>2011-06-12T13:50:00.003+02:00</published><updated>2011-09-26T09:37:43.558+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='pieniądze'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='marzenia'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polityka'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polacy'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polska rzeczywistość'/><title type='text'>Pieniądze nie śmierdzą</title><content type='html'>Porozmawiajmy o pieniądzach. Na temat, który w dobie wzrastających cen i podatków, czy szalejącego bezrobocia powoli robi się swojego rodzaju tabu. O tym, o czym jakieś 19% społeczeństwa polskiego żyjącego poniżej progu ubóstwa wolałaby nie mówić. Potwierdziły to różnego rodzaju ankiety, które wykazały, że Polacy chętniej rozmawiają o seksie, pornografii niż o kasie. Dlaczego?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W tym celu udałem się do internetu i przeczytałem tysiące komentarzy dotyczących średniego miesięcznego wynagrodzenia. Okazuje się, że ponad 80% wypowiadających się oceniło kwotę 3 359 zł brutto jako nieśmieszny żart. Miesięczne wynagrodzenie nie podoba się również posłom na Sejm Rzeczypospolitej Polskiej (około 12 000 zł), a także niektórym polskim eurodeputowanym (około 7 700€). Nazwisk nie wymienię, gdyż nie jest to stricte polityczny blog. Z kolei płaca minimalna wynosząca 1 384 zł brutto, którą miesięcznie otrzymuje prawie 1/3 obywateli nie podoba się... Solidarności, która z ogromnym trudem usiłuje przeforsować projekt określający płacę minimalną na poziomie 1 500 zł. Niestety nie znalazłem konkretnej odpowiedzi na pytanie dlaczego zarabiający najwięcej protestują, że zarabiają mało, a ci co zarabiają najmniej nie podnoszą głosu. Skoro jest tak źle i zarabiamy mało, to dlaczego nie zmienimy pracy? Dobre pytanie. W dzisiejszych czasach pracy się nie znajduje, tylko ma się znajomości. Dlatego ludzie z wykształceniem wyższym są bezrobotni, jeśli im się poszczęści obsługują kasę fiskalną w Biedronce, a ci co mają wpływowych tatusiów czy znajomych oglądają facebooki i pornografię siedząc w pokoju w jednym z urzędów miejskich czy skarbowych. Z drugiej strony Polakom musi być z tym dobrze, skoro większość i tak swoje poparcie udziela tym samym ekipom rządzącym. Posłowie są jak komary - sprytnie i zwinnie wysysają z obywateli krew zostawiając strasznie swędzące bąble. Zamiast szukać skutecznego rozwiązania i wysmarować się sprayami tępiącymi komary, Polacy wolą się drapać, a niektórzy kupują żel po ukąszeniu. A stara zasada mówi, że lepiej zapobiegać, niż leczyć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z powodu, że coraz więcej zarabia coraz mniej, Polacy zaczęli kombinować na różne sposoby jak przeżyć do "dziesiątego". Są tacy, co wrzucają drobne do świnki (tzw. fundusz rezerwowy) i wybierają, kiedy zaczyna brakować pieniędzy. Inna grupa bierze pożyczkę i spłaca z dużymi odsetkami (lub nie), bądź odzyskują część pieniędzy sprzedając niepotrzebne rzeczy. Są też tacy, co idą na łatwiznę i kradną. Jeszcze inni grają w totka i marzą, że kiedy uda im się wygrać więcej niż 8 zł to życie się polepszy. Każdy sposób jest dobry jeżeli jest skuteczny. Oszczędni, sknerusy, dłużnicy, biedni, sprzedawcy, złodzieje, hazardziści, marzyciele - trudno w to uwierzyć, ale tacy jesteśmy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zatrzymajmy się na chwilę przy marzeniach. Kto z nas nie marzył, żeby wygrać główną wygraną w lotto? O spadku po zmarłym wuju, którego nigdy się nie widziało? O dużej ilości pieniędzy, które odmieniłyby życie? Zdecydowana większość z nas takowe posiada. Niektórym udaje się je spełnić nie robiąc prawie nic, jeszcze innym poprzez umiejętne zarządzanie budżetem firmy, czy budżetem domowym, przez oszczędzanie, czy przez pospolity życiowy fart. Ja także od zawsze marzyłem, żeby mieć dużo pieniędzy. Tak, żeby portfel mi się nie zamykał i tyle, że liczenie ich byłoby niezwykle czasochłonne. I wiecie co? Spełniło się. Przez ciężką pracę u wyzyskiwaczy i oszczędzanie. Od miesiąca wrzucam do świnki drobne, które często zostają jako reszta ze sklepu. Wczoraj rozbiłem świnię i odzyskałem parę kilogramów monet (o nominałach od 1 gr do 5 zł), a także udałem się do bankomatu, żeby wypłacić większą ilość gotówki (jakieś 3/4 mojej wypłaty), gdyż jestem na urlopie i wypadałoby się udać na jakieś wakacje, pierwsze od pięciu lat. Podszedłem do ściany płaczu, włożyłem niezwykle nowoczesną kartę, wpisałem kod pin i zażyczyłem sobie wypłacić gotówkę. Po dłuższej niż zwykle chwili maszyna wydała z siebie charakterystyczny dźwięk liczenia banknotów i trwał on tak długo, że od stania zabolały mnie nogi. Wyświetlił się komunikat, że mogę już odebrać pieniądze, a z dziurki wyjechało mnóstwo banknotów po 20 złotych i kilka po 10. Nie zaprzeczę, że dotyk i widok pliku banknotów nie jest fajny. Fajniejsze było liczenie, czy wszystko się zgadza, a najfajniejsze jest to, że z kilkoma kilogramami bilonu i kilkudziesięcioma banknotami mój portfel nie chciał się domknąć i zmieścić w kieszeni. Taką ilość pieniędzy na raz widziałem tylko w telewizji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przekonałem się, że marzenia się spełniają. Potrzeba na to dużo czasu i nie spodziewałem się tego, że spełni się właśnie w sobotnie czerwcowe popołudnie. Doszedłem również do wniosku, że marząc ludzie nie zawsze wiedzą czego chcą. Następnym razem zamarzy mi się duża wartość pieniędzy, a nie kupa forsy. Dochodzę również do wniosku, że stare przysłowie o tym, że pieniądze szczęścia nie dają można wyrzucić do kosza. Widząc niedomykający się portfel i wysypujące się z niego drobne byłem przez chwilę szczęśliwym człowiekiem. Dopóki nie zobaczyłem stanu konta bankowego, którym się zbytnio nie przejąłem. Lepiej mieć pieniądze w rzeczywistości, w portfelu, czuć ich zapach i dotyk, niż spoglądać na wirtualne cyferki na koncie.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5767885164045152685-7596728440134287403?l=littlejacob.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://littlejacob.blogspot.com/feeds/7596728440134287403/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2011/06/pieniadze-nie-smierdza.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/7596728440134287403'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/7596728440134287403'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2011/06/pieniadze-nie-smierdza.html' title='Pieniądze nie śmierdzą'/><author><name>Jakub</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12117029458729354081</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='30' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sZYtj72cVRQ/TF8CSFOeRYI/AAAAAAAAACY/tC8vXnYVxvA/S220/Bez+nazwy+1+kopia.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5767885164045152685.post-2024262359621534609</id><published>2011-05-01T22:00:00.000+02:00</published><updated>2011-06-12T13:50:06.999+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kierowca'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='herbata'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polskie drogi'/><title type='text'>Tea Who You Yeah Bunny</title><content type='html'>Jakieś dwa i pół roku temu podjąłem się rozwiązania naprawdę trudnego problemu nurtującego współczesną ludzkość. Mianowicie sprawdziłem którym autobusem dojedzie się szybciej z jednego końca Sosnowca na drugi. Od kilku tygodni zacząłem się zastanawiać dlaczego w ofertach dużych sieci oferujących pizzę na zamówienie nie ma pozycji herbaty, czy kawy na gorąco.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kto z nas nie ma czasem ochoty zamknąć się w pokoju, zaparzyć sobie dobrej herbaty bądź kawy i powolutku popijając ją, zapomnieć o codziennych problemach i troskach? Owe napoje mają to do siebie, że podczas delektowania się smakiem, można poruszyć wszelkie problemy codzienności, czy to we własnych myślach, czy z osobą towarzyszącą. Może w dzisiejszych czasach głupie wydaje się zapraszanie kogoś na filiżankę herbaty i ciasteczko, ale uwierzcie mi, że jest popularniejsze od wypadów na piwo. Już wyjaśnię dlaczego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zapraszając znajomego na piwo do lokalnej knajpy, narażamy się na działanie wielu czynników zewnętrznych, które mogą nam wyjście popsuć. Na przykład tacy sąsiedzi, którzy z miłą chęcią poplotkują na temat alkoholizmu, czy lokalni pijaczkowie, którzy staną nawet na rękach, byle tylko dać im parę złotych na butelkę browaru. Poza tym w pubach przeważnie jest duszno, ciemno i głośno, co sprawia, że szanse porozmawiania na ważne problemy ludzkości spadają do zera, a zaczyna się rozmowa o pierdołach przy kolejnych kuflach piwa. Z kolei pogadanka przy butelce mocniejszego alkoholu typu wódka, czy spirytus (to dla twardszych zawodników) praktycznie nie ma sensu, gdyż na 101 proc. żaden z rozmówców nie będzie jej potem pamiętał.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Popijając dziś Earl Grey'a z ulubionego kubka zastanawiałem się: "A co, jeśli ktoś nie posiada w domu czajnika, albo gdy w jego wnętrzu zadomowił się kamień?" Albo co z tymi, którzy z powodów religijnych, ekonomicznych, społecznych, albo prześladowań politycznych, pozbawieni zostali smaku gorącej herbaty z cytryną? Czy istnieje dla nich jakiś ratunek, który nie jest automatem stojącym na najbliższym dworcu kolejowym? Próbowałem znaleźć alternatywne rozwiązanie, które nie wymaga nakładu finansowego, ani nie przysparza dylematu w lokalnym hipermarkecie, która herbata ma ładniejsze pudełko. Przyznam się, że nie szło mi dobrze. Wypijając ostatni łyk gorącego napoju poczułem, że nagle mnie olśniło. Czułem się tak jak Asterix i Obelix po zażyciu magicznej mikstury. No więc co zrobisz, gdy nabierzesz ochoty na owocową herbatkę, a akurat takiej nie masz w porcelanowym pudełeczku stojącym na półce w kuchni? Albo gdy dopadnie cię mordercza biegunka, uznasz trucie się tabletkami za absolutny bezsens i potrzebna będzie torebka mięty?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To proste. Wystarczy mieć znajomego, na którego zawsze możesz liczyć. Zamów u niego herbatę, na którą aktualnie masz ochotę i cierpliwie czekaj na dowóz. Dobrze by było, gdyby znajomy wyposażony był w samochód osobowy, gdyż transport kubka gorącej herbaty w autobusie, czy na skuterze wydaje się dość kłopotliwy. Tak, dobrze myślicie. Nie mówię tu o całym termosie, do którego można wlać litr zaparzonego napoju i wrzucić byle gdzie do samochodu bez obaw, że wystygnie. Zastanawiałem się, czy można przetransportować kubek gorącej herbaty z punktu A, do punktu B tak, żeby substancja zachowała jak najwyższą temperaturę. W końcu przez telefon możemy zamówić pizzę, kebab, a do tego butelkę napoju, czy nawet piwo, ale w menu na zamówienie nie ma pozycji herbata / kawa na gorąco. Czy to jest tak trudne?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;By poznać odpowiedź na to nurtujące ludzkość pytanie, sam musiałem to sprawdzić. Do porcelanowego kubka o pojemności 0,3 litra wrzuciłem torebkę herbaty, wsypałem łyżeczkę cukru, a do smaku ukroiłem plaster cytryny. Aby napój zachował jak największą temperaturę, naczynie postanowiłem przykryć spodeczkiem. Moje zadanie nie będzie należało do najłatwiejszych. Punkt A od punktu B dzieli 5,9 kilometra typowo dziurawej polskiej drogi, na której jest parę zakrętów w prawo, a także w lewo. Temperatura na zewnątrz również nie jest po mojej stronie, gdyż wynosi marne 5 stopni Celsjusza, a dodatkowo od głównej drogi dzieli mnie 400 metrów jazdy po kocich łbach. Nie przetransportuję herbaty w luksusowym Mercedesie klasy S ze strasznie miękkim zawieszeniem. Znacznie ułatwiłoby mi to sprawę, gdyż każde wjechanie w dziurę byłoby nieodczuwalne. I postawmy sprawę jasno - nie będę siedział na miejscu pasażera. To ja będę prowadził, a samochodem, którego użyję do przeprowadzenia tego doświadczenia będzie szesnastoletni, skrzypiący, niekomfortowy, stary, klekoczący Peugeot 106, który nie znosi jazdy po dziurach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z momentem wlania wrzącej wody do kubka stoper zaczął odliczanie. Bez zbędnej zwłoki chwyciłem kubek za uszy i pobiegłem z nim do samochodu. I tu pojawił się kolejny problem. Stawiając go na fotelu pasażera, może dojść do rozlania herbaty po całym samochodzie, która może być powodem tego, że się oparzę i wjadę w najbliższe drzewo. Stawiając kubek pomiędzy moimi nogami sprawię, że będzie stabilny, ale wjechanie w głębszą dziurę może okazać się katastrofalne w skutkach - herbata może się wylać i poparzyć moje genitalia. Stawiając zaś na dywaniku obok fotela pasażera ryzykuję tylko rozlaniem, co zaowocuje nieprzyjemnym zapachem pleśni herbacianej tydzień później. Musiałem podjąć szybką decyzję, gdyż mój samochód nie jest wyposażony w klimatyzację, a temperatura herbaty zaczęła szybko spadać. Umieściłem więc kubek na desce rozdzielczej, która niestety nie okazała się tak stabilna jak myślałem. Naczynie było nieco pochylone, więc aby niczego nie rozlać musiałem jechać bardzo ostrożnie i gładko. Nie zaczęło się dobrze. Podczas jazdy po kocich łbach potrzaskał się spodeczek i napój został jeszcze bardziej narażony na spadek temperatury. Sprawy nie ułatwiały podjazdy pod górkę i zakręty. O ile pokonanie pierwszego zakrętu poszło mi zaskakująco dobrze, to na drugim kubek zaczął przemieszczać się po desce rozdzielczej z jednego końca na drugi, rozlewając coraz to więcej kropel herbaty. Nie szło mi najlepiej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W połowie drogi czekała mnie sygnalizacja świetlna. Dojeżdżając do niej z przepisową prędkością liczyłem, że zdążę jeszcze na zielonym. Niestety światła szybko się zmieniły zmuszając mnie do użycia pedału hamulca. Zbyt energiczne zahamowanie skutkuje rozbiciem się kubka o przednią szybę wylewając wszystko. A wtedy koniec gry. Odetchnąłem z ulgą, gdy udało mi się zahamować bez uronienia się kropli napoju. Postój na światłach kosztował mnie trzy cenne minuty oraz spory ubytek temperatury. Sprawy nie ułatwiło również ponowne ruszanie, gdyż robiąc to zbyt gwałtownie spowodowało to przewrócenie się kubka z herbatą. A bardzo trudno jest ruszyć płynnie samochodem, w którym sprzęgło łapie tuż przy końcu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Starałem się nie zwracać na siebie większej uwagi na drodze, ale próba pozostania dyskretnym okazała się nieskuteczna. Wielu kierowców patrzyło ze zdziwieniem co robi ceramiczny kubek na mojej desce rozdzielczej i dlaczego wydostaje się z niego para. Mam szczęście, że nie wzbudziło to zainteresowania wśród stróży prawa, gdyż tłumaczenia że chciałem umilić sobie podróż samochodem poprzez picie herbaty na niewiele by się zdały. Wjeżdżając w przedostatni zakręt wiedziałem, że mi się uda dowieść napój do wyznaczonego punktu. Pytanie brzmiało, czy będzie wystarczająco ciepły. Od linii mety dzieliło mnie tylko zaparkowanie samochodu. Moje skupienie sięgało zenitu, a normy testosteronu i adrenaliny zostały przekroczone dziesięciokrotnie. Jeden głupi błąd na parkingu osiedlowym oznaczałby porażkę i poparzone krocze. Nawet na nauce jazdy parkowanie nie szło mi tak dobrze jak dzisiaj. Koniec jazdy. Gaszę silnik i sprawdzam jak się ma mój napój. Nie jest bardzo gorący, ani nie jest zbyt zimny. Udało się. Sukces.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To był najdłuższy kwadrans w moim życiu. Jadąc samochodem musiałem uważać nie tylko na pieszych, którzy uwielbiają niespodziewanie wchodzić na jezdnię, na znaki drogowe, sygnalizację świetlną, prędkość oraz niesamowicie głębokie dziury, w których podejrzewam można zostawić koło. Jednak udowodniłem, że da się przetransportować kubek herbaty z jednego miejsca na drugie bez zbytniego rozlewania i aby zawarta w nim herbata pozostała gorąca. Teraz śmiało mogę odpowiedzieć na pytanie czy da się to zrobić nawet w starym samochodzie z przebiegiem sięgającym dwustu tysięcy kilometrów. Moim doświadczeniem udowodniłem również, że najwyższy czas na przełom i dopisanie do oferty restauracji prowadzącej dowóz gorącej herbaty, czy kawy. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dla mięczaków zawsze pozostaje termos lub kubek termiczny, ale radość z transportowania takiej herbaty jest zerowa.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5767885164045152685-2024262359621534609?l=littlejacob.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://littlejacob.blogspot.com/feeds/2024262359621534609/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2011/05/tea-who-you-yeah-bunny.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/2024262359621534609'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/2024262359621534609'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2011/05/tea-who-you-yeah-bunny.html' title='Tea Who You Yeah Bunny'/><author><name>Jakub</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12117029458729354081</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='30' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sZYtj72cVRQ/TF8CSFOeRYI/AAAAAAAAACY/tC8vXnYVxvA/S220/Bez+nazwy+1+kopia.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5767885164045152685.post-1237315390460462067</id><published>2011-04-17T11:32:00.001+02:00</published><updated>2011-04-17T11:33:41.407+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='spisek'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='przesądy'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zabobony'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polska rzeczywistość'/><title type='text'>Przesądy, zabobony, bujda</title><content type='html'>Głowa mnie boli, gdy pomyślę sobie jakie pranie mózgu potrafią zrobić człowiekowi różnego rodzaju media. Wystarczy przedstawić małą spekulację, czy plotkę w jednym z czołowych programów telewizyjnych, czy radiowych, a niektórzy uwierzą, że ta informacja będzie prawdziwa. I takim sposobem, ponad 10% narodu polskiego wierzy, że tragedia pod Smoleńskiem była zamachem, a Jarosław Kaczyński jest wielkim guru, który zna świętą prawdę na temat rzekomego spisku Donalda Tuska z Dimitrim Miedwiediewem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; Inną rzeczą jest polityka i mydlenie oczu obywatelom. Wybory parlamentarne zbliżają się wielkimi krokami, ale nie ma się co łudzić, że będzie lepiej, czy gorzej. Wybrane zostaną te same ekipy co rządzą teraz, czy rządziły wcześniej. To za sprawą pięknie napisanej kampanii wyborczej, która przez następne cztery lata zostanie zrealizowana w najwyżej 5 procentach, którą przedstawiciele rządu i największych partii politycznych przedstawią jesienią za pomocą telewizji, radia, internetu i ulotek. To wystarczy, żeby większość poszła do urn i postawiła krzyżyk przy tych twarzach, których najwięcej było na billboardach, czy brudnych ulotkach wiszących na latarniach, przystankach, czy po prostu bez trosko walających się po ulicach miast. Pozostali jak zwykle nie wyjdą zagłosować ze względu na ten sam wybór co cztery lata temu i tę samą szopkę, co odstawiają politycy. O tym postaram się napisać jesienią, gdy jeszcze będę miał równie wysoki zapał do pisania. Jeszcze inne pranie mózgu potrafi zrobić polski Kościół, kler i znana rozgłośnia pewnego bogatego księdza, ale o tym również nie wspomnę, gdyż szkoda mi na to cennego miejsca i wypisanych słów. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt; Dziś podzielę się refleksją, jak zawrócić w głowie mogą przesądy starsze od demokracji w Polsce i telewizji. Za niecały miesiąc w kalendarzu wypadnie piątek 13. Uważa się, że jest on dniem pechowym, a wszyscy, którzy zamkną się wtedy w domu popadają w chorobę zwaną paraskewidekatriafobią (strasznie trudny wyraz, prawda?) Dla niektórych sama liczba 13 jest oznaką nieszczęścia. Dodajmy do tego czarne koty, przechodzenie pod drabiną i heksakosjoiheksekontaheksafobia (jeszcze trudniejszy wyraz oznaczający strach przed liczbą 666), to przewiduję na drugi piątek maja niezłą kumulację. Niezłym zabobonem jest również liczba 7, która dla wielu jest oznaką szczęścia i dobrobytu. Wywodzi się to z tego, że Grecy wyliczali siedem cudów świata, w chrześcijaństwie występuje siedem cnót, grzechów głównych i siedem sakramentów, w hinduizmie znanych jest siedem matek, a tydzień podzielono na siedem dni. To samo można zrobić z dowolną liczbą, na przykład oglądając film "Liczba 23" możemy być świadkiem, co może z człowiekiem zrobić mania na punkcie obranych cyferek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; Istnieją jeszcze gesty i przedmioty, które doprowadzić mają do szczęścia takie jak trzymanie kciuków, czterolistna koniczyna, czy magiczny amulet po praprapraprapraprababci. Podobno również sny podpowiadają nam, czy osiągniemy szczęście, czy spotka nas pech, ale jesteśmy zbyt głupim gatunkiem, żeby móc w 100% zinterpretować to, co nam się śniło. O tym, że to wszystko to pic na wodę i totalny idiotyzm przekonałem się na własnej skórze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; Od kilku nocy męczą mnie sny o magicznych cyferkach, które przedstawiają mi wygraną w loterii. Wszystkie znaki na ziemi podpowiadają mi, żebym poświęcił kilka złotych i wysłał totka. Między innymi zapłaciłem wczoraj w sklepie 7,77 zł, znajduję dużo czterolistnych koniczynek, regularnie zdarza mi się wysypywać cukier, a głos wewnętrzny podpowiada, że tym razem mi się uda. Zaryzykowałem i posłuchałem samego siebie. Gdy ponownie przyśniły mi się cyferki, zapamiętałem większość z nich, spisałem na karteczkę i pobiegłem do kolektury łapać szczęście za ogon. Nie uwierzycie co się stało. Nie trafiłem ani jednej! Wszystko to na nic i tylko straciłem trzy złote, za które mógłbym kupić sobie piwo, albo 0,59(4059) litra benzyny bezołowiowej do mojego samochodu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; Z dnia na dzień dochodzę do wniosku, że żadne liczby, przedmioty czy gesty nie mają jakiegokolwiek wpływu na pomyślność losu. Wyżej wymienione zabobony jak i media, oraz religia nieraz zasłaniają oczy człowiekowi gatunku homo sapiens, przez co traci zdrowy rozsądek, oraz wiarę w swoje możliwości. Również pogląd, że ktoś jest w czepku urodzony, czy pod ciemną gwiazdą nie ma żadnego znaczenia. Po prostu gdy wmówisz sobie, że masz pecha to podświadomie będziesz dążył do tego, że tak będzie i nawet w drewnianym kościele spadnie ci cegła na głowę. A uwierz mi, że to naprawdę boli.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; Ps. Ten post miał 4444 znaków, ale zdecydowałem się dopisać coś jeszcze...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5767885164045152685-1237315390460462067?l=littlejacob.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://littlejacob.blogspot.com/feeds/1237315390460462067/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2011/04/przesady-zabobony-bujda.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/1237315390460462067'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/1237315390460462067'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2011/04/przesady-zabobony-bujda.html' title='Przesądy, zabobony, bujda'/><author><name>Jakub</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12117029458729354081</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='30' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sZYtj72cVRQ/TF8CSFOeRYI/AAAAAAAAACY/tC8vXnYVxvA/S220/Bez+nazwy+1+kopia.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5767885164045152685.post-7153373778293986935</id><published>2011-04-03T17:05:00.002+02:00</published><updated>2011-04-03T17:06:08.570+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='spisek'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='facet w kuchni'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polska rzeczywistość'/><title type='text'>Kuchenne Rewolucje volume three</title><content type='html'>Jakoś miesiąc temu naszła mnie straszna ochota na karpatkę. Wybrałem się do pobliskiego sklepu, którym jest centrum handlowe i w którym można znaleźć dosłownie wszystko i nic. Bracia Blues z pewnością byli by zachwyceni, gdyby wjechali tam swoim Dodge'm Monaco, ja natomiast pchając wózek sklepowy byłem dość poirytowany.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zasada hipermarketu jest taka - idziesz po torebkę proszku do pieczenia, a wychodzisz z wyładowanym po brzegi wielkim wózkiem. Zamiast wydać złotówkę z groszami zostawiasz miliony. Tak było tym razem. Wszechobecny tłum uniemożliwił mi znalezienie proszku do pieczenia; przy dziale z mąką stały dwie starsze kobiety które otwierały każdą paczkę po kolei i sprawdzały czy nie ma robaków, a na stoisku z budyniami stała hostessa, która namawiała mnie do degustacji czegoś tam. Dodatkowo uśmiechała się i bezczelnie robiła słodkie oczka, próbując mnie naciągnąć na włożenie tego produktu do koszyka. Ale nie. Byłem twardy jak Margaret Thatcher i nie dałem się przekabacić. Zamiast tego przeszedłem na drugi koniec sklepu i znalazłem ładne kolorowe pudełka z jeszcze ładniejszą fotografią ciasta na wierzchu. Pomyślałem, że to jest właśnie to i bez zastanowienia włożyłem do koszyka. Skoro w dzisiejszych czasach smaczną zupę po której wątroba chce wyjść da się przygotować w trzy minuty, to samo musi być z ciastem. Nabyłem jeszcze parę produktów tak jak zalecali w przepisie dołączonym do pudełka, czyli mleko, dwie kostki margaryny i 6 jajek. Za wszystko zapłaciłem 113,45 zł.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jakież było moje zdziwienie, kiedy dotarłem do domu i okazało się, że żadna forma nie pasuje do piekarnika. A w czymś przecież ciasto trzeba upiec. Zdenerwowałem się, pudełko z cudowną miksturą schowałem i przeszła mi ochota na karpatkę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do pomysłu wróciłem dzisiaj, gdy w tym samym centrum handlowym zobaczyłem formy do pieczenia w promocji. I okazało się, że owe formy idealnie pasują do mojego piekarnika. Bez zastanowienia wziąłem kilka i pobiegłem do domu znaleźć schowany proszek na ciasto. Zabieramy się do roboty. W przepisie jest tylko 6 kroków więc pójdzie szybko, sprawnie, a na widok załączonego obrazka ślinka sama cieknie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Początki były trudne. Kazali zagotować 125 gram margaryny ze szklanką wody. Absurdalne, prawda? No ale konsekwentnie trzymałem się przepisu. Oczywiście odkrojony kawałek zważyłem, bo nie wiem ile to jest 125g tłuszczu ani na oko, ani na czuja. Upieprzyłem przy tym wagę kuchenną, która i tak była z tamtej epoki. Do gotującej się paćki wsypałem proszek z napisem "ciasto". I tym razem nie obyło się bez komplikacji, gdyż opakowania nie dało się otworzyć. Musiałem do tego użyć ostrych nożyc ogrodowych. Po wsypaniu i wymieszaniu wyszła żółta papka, którą nazwać można było surowym ciastem. Cwany sposób, nie powiem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W międzyczasie, gdy ciasto się studziło zabrałem się za przygotowanie kremu. Zagotować 250 ml mleka, a kolejne 250 ml wymieszać z proszkiem "krem". Łatwizna. Do gotującego się mleka wlać podejrzaną substancję i mieszać. Tak też zrobiłem i... nic się nie dzieje. Mieszam, mieszam i dalej mieszam, a to nie chce się zrobić gęste. Oszukańcze jakieś. Zdjąłem więc garnek z gorącej płyty indukcyjnej i udałem się zobaczyć jak się ma moje ciasto. Wspaniale. Zabieram i wracam do kuchni, a tam czuć spaleniznę. Zaglądam do garnka z kremem, a tam gęsta jak wymieszany cement z wodą masa. W dodatku z kluchami w środku i przypalonym spodem. Tragedia. W panice zacząłem szukać trzepaczki do jajek, a następnie zacząłem reanimację kremu. Na szczęście udaną.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dobra, nadeszła pora na pieczenie. Zaledwie po 30 minutach. Moje marzenia o cieście w trzy minuty już dawno się rozpłynęły. Do ciasta należało wbić 4 jajka i wszystko zmiksować. Wrzuciłem to do michy z duraleksu i zacząłem wiercić mikserem. Kolejno dodawałem jajka uprzednio sprawdziwszy, czy któreś nie jest popsute. Cała masa raczej była na ścianach, szafkach, lodówce i mojej koszulce niż w misce. Ale dalej twardo trzymałem się przepisu i po pięciu minutach zacząłem zbierać ciasto po całej kuchni. Następnie należało ciasto równo wyłożyć na dwie blaszki uprzednio nasmarowane tłuszczem i mąką. Uwierzcie mi, że smarowanie blachy margaryną to naprawdę świetna zabawa. Po tym, gdy nie udało mi się nasmarować jej za pomocą łyżki stołowej, zabrałem się za smarowanie paluchami. No i następnie wyłożenie ciasta, które za nic nie chciało się rozłożyć równo na blaszce. I do tego musiałem użyć moich zwinnych paluszków. Wszystko należy włożyć do rozgrzanego na 220 stopni piekarnika i piec przez pół godziny. Okej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Włożyłem więc moje dzieło i w międzyczasie gdy temperatura robiła swoje zacząłem sprzątać cały syf. Ciasto było wszędzie. Nawet w butelce z płynem do mycia naczyń. Nie wiem jak się tam dostało. Posprzątane, wszystko znowu błyszczy jak przed moją inwazją. Idę sprawdzić jak się miewa mój krem. Hm... Smakuje w miarę dobrze. Przynoszę więc go z dworu celem zmiksowania z 80 (słownie osiemdziesięcioma - trudne słowo, prawda) gramami margaryny. Otwieram drzwi do kuchni a tam... PALI SIĘ!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co robić? Gdzie jest gaśnica? Gdzie telefon? Starałem się nie popaść w panikę. Otworzyłem drzwiczki piekarnika, by wpuścić trochę powietrza i zmniejszyłem temperaturę z 220 na 120. Uff... Jedna z blach zaczęła się po przepalać od spodu, ale na szczęście przybyłem w porę i nie musiałem demonstrować mojego strażackiego skilla. Zająłem się dokańczaniem kremu czyli miksowaniem margaryny z budynio - podobną masą. Spodziewacie się, że uświnię ściany kuchni tak jak wcześniej, gdy robiłem ciasto. Tym razem było gorzej. Wszystko w momencie rozbryzgało się na moją twarz. Na szczęście trochę tego kremu zostało, więc będę mógł wysmarować nim ciasto.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdy doprowadziłem się do porządku, mój uroczy minutnik skończył odliczanie, a ciasto zrobiło się prawdziwie karpatkowe i złociste po wierzchu. Pyszności. Wyłączam więc piekarnikowego diabełka i wyciągam ciasta celem ostudzenia. Kiedy już zrobiło się zimne zacząłem układać krem. Dla tych, co nie wiedzą jak wygląda karpatka, wyjaśniam że jest to coś w rodzaju półfrancuskiego ciasta przekładanego kremem, więc ciasto jest w podstawie i na wierzchu, a w środku jest krem. Odklejając ciasto z formy, celem ułożenia go na wierzch odkryłem wielką czarną plamę. Tak, to była spalenizna. Tragedia. To koniec. Tuż przed przekroczeniem linii mety zawodnik nie wytrzymał.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale nie. Ja się nie poddam. Wykorzystując fakt, że ciasto na podstawę urosło trochę bardziej wziąłem nóż rzeźniczy i odkroiłem spalone części. Pozostałości ułożyłem tak, jak powinno być. Trochę wyszło inaczej jak na obrazku, ale nikt się nie zorientuje. Chyba... &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jestem niesamowicie dumny z wyniku końcowego, który nie wygląda najlepiej. Jednak po tym co przeszedłem w kuchni, w jakich bólach i cierpieniach przygotowywałem tę karpatkę po prostu przeszła mi na nią ochota. To jest najgorsze. Włożyłem ciasto do lodówki, może ktoś dziś do mnie wpadnie, to zobaczę czy moje ciasto jest jadalne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wniosek? Jeśli masz ochotę na karpatkę, udaj się do cukierni i poproś o kawałek za dwa złote. Szybciej, taniej i łatwiej niż przygotowywanie samemu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wniosek 2? Robienie ciasta z "gotowego pudełka" wcale nie jest takie proste i krótkie jak przygotowywanie zupy z plastikowym makaronem. Myślałem, że uda mi się zrobić to w trzy minuty. Robiłem półtorej godziny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wniosek 3? Po kawałku ciasta kupionego w cukierni zostanie tylko wspomnienie, które wydzielisz z siebie siedząc kilka godzin później na sedesie. Po zrobieniu całego ciasta według przepisu zostanie duma, a twój cooking skill gwałtownie wzrośnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wniosek 4? Nawet jeżeli efekt końcowy będzie daleki od fotografii załączonej do przepisu to wcale się tym nie będziesz przejmować. Będziesz mieć także pewność, że do ciasta nikt nie dodał czegoś ekstra od siebie.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5767885164045152685-7153373778293986935?l=littlejacob.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://littlejacob.blogspot.com/feeds/7153373778293986935/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2011/04/kuchenne-rewoulcje-volume-three.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/7153373778293986935'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/7153373778293986935'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2011/04/kuchenne-rewoulcje-volume-three.html' title='Kuchenne Rewolucje volume three'/><author><name>Jakub</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12117029458729354081</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='30' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sZYtj72cVRQ/TF8CSFOeRYI/AAAAAAAAACY/tC8vXnYVxvA/S220/Bez+nazwy+1+kopia.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5767885164045152685.post-6934803992374044529</id><published>2011-03-24T12:56:00.000+01:00</published><updated>2011-03-24T12:57:35.229+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polityka'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polska rzeczywistość'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zakupy'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='reklamy'/><title type='text'>O tępoto!</title><content type='html'>Nic już nie będzie takie jak dawniej. Odkąd Kaczyński kupił cukier po 6,60 i stał się numerem jeden w mediach, część narodu polskiego przeraziła się, wrażliwsi dostali ataku serca, a normalni mieli to w dupie. Czy słodki produkt przekroczy magiczną barierę 7 złotych? Ludzie mają dość częstych podwyżek i z dnia na dzień są wkurzeni. Spodziewałem się, że wybuchnie cukrowa rewolucja, a wszyscy ci, co twierdzą, że jest drogo pojadą na pielgrzymkę do Warszawy strajkować. Naród jednak zrobił to, co potrafi najlepiej - zaczął marudzić i narzekać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A sami sobie jesteśmy winni, że cukier tyle kosztuje. Po nieznacznej podwyżce producentów, wynoszącej kilkadziesiąt groszy wybuchła panika. Tępy naród szturmem pobiegł do sklepów i zaczął wykupywać cukier. Niektórzy nawet pojechali do Niemiec, by pozornie zaoszczędzić kilkadziesiąt groszy. Producenci zaczęli się cieszyć, że sprzedaż cukru znacząco poszła w górę i podnieśli ceny, by zwiększyć wpływy. Normalne, w końcu mamy gospodarkę wolnorynkową. To samo zrobiły markety, bo gdy coś się dobrze sprzedaje, to dlaczego by nie podnieść ceny o kilkadziesiąt groszy więcej? Ludzie i tak to kupią, a obroty się zwiększą. Swoje trzy grosze dorzucili też "ekonomiczni eksperci", którzy przewidywali cenę cukru sięgającej 100 złotych za paczkę. I w ten oto sposób prezes K. zakupił cukier za tyle ile kupił. A komu się za to oberwało?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Oczywiście rządowi. Starsze pokolenia pamiętają jeszcze podwyżki z 1970, 1980 i 1990 roku, kiedy rynkiem sterował rząd. Wtedy strajki były jak najbardziej uzasadnione, gdyż wszystko podrożało, a wypłaty pozostały takie same. Nie rozumiem dlaczego tym razem oberwało się rządowi za cukier, skoro sami obywatele swoją głupotą doprowadzili do takich cen? Rząd można winić za wysoką cenę paliwa, fajek, gazu i prądu, gdyż te produkty są nafaszerowane akcyzami i podatkami, ale za cukier? Istna paranoja.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tendencja zwyżkowa cen cukru powoli się stabilizuje. Ale nie za sprawą tego, że Kaczyński stwierdził, że jest drogo i obsmarował za to rząd, ale dlatego, że obywatele porobili zapasy na najbliższe dziesięć lat i nie mają potrzeby kupować więcej cukru. Sklepowe półki znowu zapełniły się białymi kryształkami, a ceny poszły w dół. Pamiętacie 2004 rok, gdy Polska wstąpiła do Unii Europejskiej? Wtedy też ceny cukru zwyżkowały z 1,50 na 4,50 za kilo, bo ludzie zaczęli panikować, że teraz będzie coraz drożej i jak dzikie małpy pobiegli do sklepu robić zapasy. Tak naprawdę to wszystko zdrożało tylko dlatego, że się dobrze sprzedawało, a ciemny naród o tym nie wie, mimo że mówią o tym w gimnazjum. Zabawny jest również fakt, że zdrożał tylko zwykły cukier, a cena pudru i cukru waniliowego pozostała bez zmian.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zostawmy aferę cukrową w spokoju, gdyż temat powoli robi się nudny. Wpływ na ludzkie myślenie mają również markety, które z dnia na dzień kuszą nie lada promocjami. Weźmy na tapetę kretyńskie reklamy radiowe popularnego dyskontu oferującego jabłka za 3,99 i mięciutki, pachnący i różowiutki papier toaletowy w kwiatuszki za 6,66. Myślałem, że większość obywateli gdy słyszy gościa czytającego tę cholernie wkurzającą reklamę stroi odbiornik radiowy na inną stację. Bo co mnie interesuje jakim papierem podcieram zadek? Chyba większość obywateli również tak myśli. Myliłem się. Przejeżdżałem dziś obok tego sklepu przed 8 rano, a przed budynkiem ustawiła się kolejka jak w tamtej Polsce. Tylko, że wtedy stało się za szarym papierem, a gdy już dostało się rolkę to była radość, że hej. A sklep nie był jeszcze otwarty. Inna sytuacja, znana z internetu - tłum składający się głównie z emerytów biegnący przez cały sklep, bo akurat trwa promocja mięsa. Przyznam się szczerze, że wielokrotnie byłem świadkiem takich sytuacji. W jednym z hipermarketów ludzie zabijali się o serki waniliowe za 59 groszy, a w innym rzucili się jak małpy do bananów za 1,59, gdzie pracownik nie zdążył jeszcze ustawić palety. Nie wiedziałem czy mam się śmiać, czy płakać. To traumatyczne przeżycie utkwiło w mojej pamięci i już nigdy nie kupię bananów dziesięć groszy tańszych niż zwykle.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zacząłem się zastanawiać skąd nadszedł ten trend. Nie wiedziałem, czy mam winić Stany Zjednoczone, rząd Tuska, czy żenująco niski poziom edukacji w szkołach. Po głębokich refleksjach i namysłach wywnioskowałem, że wszystko przez wszechobecne reklamy. Od wielkich billboardów, których pełno na ulicach po wkurzające wyskakujące flashowe animacje na wszystkich stronach internetowych. W dzisiejszych czasach reklamuje się dosłownie wszystko, wykorzystując polską głupotę i naiwność. Wszystko, oprócz podstawowych produktów. Gdy czytam ciekawy artykuł na popularnym portalu i klikam na następną stronę wyskakuje mi reklama suplementu diety przyspieszającego erekcję. Mam 21 lat, mój maszt jest zdrowy, więc nie potrzebuję tego. Zamykam reklamę, czytam dalej, klikam kolejną stronę i moim oczom pojawia się reklama banku, która namawia mnie do zainwestowania na lokacie 350%. W złości przerywam czytanie interesującego artykułu i udaję się na inną stronę w celu zabicia nudy w pracy. Tam już na wejściu pojawia się reklama ultranowoczesnego szamba wykorzystującego technologię komputerową, której jak na złość nie da się zamknąć. Nawet oglądając materiały video natrafiam na reklamy gumy do żucia o wiosennym smaku trawy. To samo w radiu. Coraz częściej jadąc do pracy natrafiam na pasmo reklamowe na mojej ulubionej stacji. I jak na złość na wszystkich innych albo grają wkurzającą "muzykę" polskich gwiazdeczek, albo również idzie reklama. Myślałem, że gdy pozbędę się telewizora i przestanę oglądać telewizję Polsat to skończą się reklamy i przestanę się denerwować. Nic z tego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I właśnie to jest jeden z głównych powodów, dlaczego Polacy marudzą że są biedni, nie mają pieniędzy, a w sklepach jest drogo. Przez cholerne reklamy, które wykorzystują ludzką głupotę i za pomocą impulsu kierują większość do sklepów po banany za 1,59. Dochodzę do wniosku, że obowiązujący zakaz reklamowania piwa przed 22 w telewizji i całkowity zakaz reklamowania papierosów jest dobrym pomysłem. To sprawia, że moje ulubione piwo od kilku lat kosztuje 3 złote. Dobrze, że nie reklamuje się również chleba ani szarego papieru toaletowego. Tak sobie myślę, czy jest jeszcze jakiś ratunek dla milionów rodaków, którzy pod wpływem jednej głupiej reklamy wydają miesięczną pensję na pierdoły. I czy ktoś wyłączy w końcu te cholerne reklamy? Na litość boską, chcę posłuchać muzyki, a nie faceta oferującego srajtaśmę za sześć sześćdziesiąt sześć.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5767885164045152685-6934803992374044529?l=littlejacob.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://littlejacob.blogspot.com/feeds/6934803992374044529/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2011/03/o-tepoto.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/6934803992374044529'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/6934803992374044529'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2011/03/o-tepoto.html' title='O tępoto!'/><author><name>Jakub</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12117029458729354081</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='30' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sZYtj72cVRQ/TF8CSFOeRYI/AAAAAAAAACY/tC8vXnYVxvA/S220/Bez+nazwy+1+kopia.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5767885164045152685.post-100690685414602492</id><published>2011-03-18T23:09:00.002+01:00</published><updated>2011-03-18T23:10:32.462+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='facet w kuchni'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='gotowanie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='stereotypy'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polska rzeczywistość'/><title type='text'>Chaos w kuchni</title><content type='html'>Ponad cztery lata temu upadłem na głowę z wysokości dywanu i wpadł mi do głowy niezbyt mądry pomysł. Zachciało mi się upiec ciasto. A co! Nie wiem czego się jeszcze wtedy nawąchałem na chwilę przed upadkiem, ale owa idea wydawała się tak absurdalna jak obserwacja mrówek pod dużym mikroskopem w środku zimy. Tym bardziej, że nie miałem bladego pojęcia o gotowaniu, pieczeniu, a największym osiągnięciem w kuchni było zrobienie sobie kanapki z serem i keczupem. Miałem wtedy szesnaście lat i wiedziałem jakie kamienie leżały na kuli ziemskiej w czasach paleolitu, wiedziałem jak rozmnażają się grzybki i ziemniaki, oraz mniej więcej rozróżniałem Krasickiego od Krasińskiego. W szkole wbijali mi do głowy wiedzę, która do niczego mi się w przyszłości nie przyda. Nie miałem okazji rozwijać swoich umiejętności kucharskich, a szkoda. Podejrzewam, że do dziś program nauczania się w szkołach nie zmienił, gdyż budki z fast-foodami są stawiane na każdej ulicy, a społeczeństwo staje się coraz bardziej otyłe i leniwe. Wszystko przez to, że nikt ich nie nauczył przyrządzić czegoś więcej niż kanapka z serem i keczupem. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ja nie miałem takiego szczęścia i nie urodziłem się w rodzinie wybitnych kucharzy. Co więcej nigdy mnie nie interesowało stanie przy garach i robienie czegoś ambitniejszego do jedzenia. Gdy mama przyrządzała obiad na niedzielę, ja zawsze miałem coś innego do roboty. Do tej pory pamiętam moment, kiedy pierwszy raz postanowiłem przygotować coś do jedzenia. Stojąc we własnej kuchni czułem się zagubiony - nie potrafiłem znaleźć żadnego garnka, a nawet podstawowych narzędzi. Nie wiedziałem nawet jakie ciasto upiec, bowiem nie znałem kompletnie żadnego przepisu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O tym na co wpadłem, jak udało mi się to zrobić i co mi z tego wyszło napomknąłem dawno, dawno temu. Obraziłem się wtedy śmiertelnie i była to ostatnia rzecz, którą zrobiłem do jedzenia dla ogółu, bowiem moje ciasto nikomu nie smakowało. Szkoda było wyrzucić więc wpierniczyłem je sam, co zaowocowało później długim posiedzeniem na kiblu. Mijały miesiące, a ja dalej pamiętałem o mojej gastronomicznej porażce. Do tego stopnia, że gdy miałem ochotę na coś dobrego to biegłem na drugą stronę ulicy po hamburgera lub kebaba. To by tłumaczyło dlaczego miałem wtedy taki wielki brzuch.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zła passa musiała kiedyś minąć i pewnego zimowego dnia, w dwa lata po ostatniej porażce z powrotem spróbowałem moich sił. Tym razem ubzdurałem sobie, że przygotuję ryż z warzywami po meksykańsku. Zajęło mi to 4 godziny z czego szukanie podzespołów w sklepie zabrało mi 2 godziny. Efektem końcowym było również to, że sam jadłem przyrządzony obiad dla całej rodziny. Nie smakowało, bo wsypałem za dużo chilli i każdemu obracało twarz.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I znowu nadeszły ciemne dni i tym razem moja abstynencja od gotowania wynosiła nie dwa, lecz trzy lata. Odkąd się wyprowadziłem z rodzinnego domu najczęstszym obiadem była zupka w proszku z plastikowym makaronem. Nie mam bladego pojęcia jak przeżyłem tę cudowną dietę. Mam nadzieję, że po tym nie świecę teraz w nocy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do gotowania powróciłem za sprawą pewnej wspaniałej osoby, która nie tak dawno odmieniła moje życie. Nie lubię gotować dla siebie. Po prostu mi się nie chce. Często nachodzą mnie myśli, że jest to czasochłonny i nudny proces, a efekt końcowy i tak będzie niezadowalający. Jednak gdy przyjdzie mi coś przygotować dla kogoś, mój tok myślenia się zmienia. Wtedy gotowanie staje się przyjemnością. Nawet proces selekcji półproduktów w pobliskim hipermarkecie staje się interesującym przeżyciem. Ogólnie rzecz biorąc to panuje fałszywe przekonanie, że przygotowanie obiadu zajmuje kilka godzin i zabiera człowiekowi masę energii. O tym jak duże jest to zakłamanie, przekonałem się przygotowując kilka tygodni temu obiad dla dwojga. Chciałem wtedy pokazać, że jestem dobrym kandydatem na męża i potrafię gotować. Przyrządzenie spaghetti po bolońsku zajęło mi zaledwie 40 minut. Troszkę dłużej męczyłem się z lasagne, gdyż nie mam możliwości włożenia czegokolwiek do piekarnika. Przekonałem się, że gotowanie to naprawdę fajna sprawa. Muszę się jeszcze pochwalić sałatką z tuńczyka, którą skończyłem przyrządzać paręnaście minut temu. Nie wiem, czy jednak odkryłem w sobie iskierkę do gotowania, czy jest to przypadek, ale wszystko do tej pory udało mi się przygotować bez żadnego przepisu. Co ciekawe, gdy robiłem coś z przepisem w ręce to gotowe danie smakowało jak kocie odchody, a na jego widok zachciewało mi się rzygać. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedyś uważałem prace w kuchni za jedne z tych bardziej "niemęskich". Okazuje się, że podziały na to czego nie powinien robić mężczyzna, a co bardziej powierzyć kobiecie i odwrotnie znikają. Będąc kiedyś w internecie natknąłem się na typowo kobiecą stronę na której wyczytałem, że prawie 60% Polaków lubi gotować, z czego 45% to właśnie faceci. W telewizji emitują coraz więcej programów dotyczących gotowania, a książka Jamiego Oliviera "Każdy może gotować" rozchodzi się jak świeże bułeczki. To dobra wiadomość. Może w końcu ludzie zadbają o siebie i swoje drugie połówki. Pomyśl sobie co się bardziej opłaca - wyjście na kebab z kota na drugą stronę ulicy i spożycie go w mało romantycznym miejscu, czy przygotowanie jakiegoś mega zarąbistego dania? Mało przekonywujący jestem? To wyobraź sobie, że do owego kebabu z kota napluł uśmiechający się pod nosem Turek, który go zaserwował, a ty chwalisz go za to, że przygotował ci zajebisty posiłek. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wniosek? W najnowszym numerze Focusa znalazł się artykuł, że przez powstające jak grzyby po deszczu budy z fast-foodami polskie społeczeństwo z roku na rok tyje i obecnie odsetek obywateli z nadwagą wynosi 52,2%.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wniosek 2? Gotowanie wcale nie jest męczące, nudne i nieprzyjemne jak się może wydawać. Z biegiem czasu staje się to coraz fajniejsze, a pasek "cooking skill" systematycznie się powiększa. Mniej fajne jest tylko zmywanie garów. Czas zacząć odkładać na zmywarkę.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5767885164045152685-100690685414602492?l=littlejacob.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://littlejacob.blogspot.com/feeds/100690685414602492/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2011/03/chaos-w-kuchni.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/100690685414602492'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/100690685414602492'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2011/03/chaos-w-kuchni.html' title='Chaos w kuchni'/><author><name>Jakub</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12117029458729354081</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='30' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sZYtj72cVRQ/TF8CSFOeRYI/AAAAAAAAACY/tC8vXnYVxvA/S220/Bez+nazwy+1+kopia.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5767885164045152685.post-4490628138953607724</id><published>2011-03-15T10:50:00.011+01:00</published><updated>2011-03-15T11:58:41.318+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='gej'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='fotograf'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='idiota'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polska rzeczywistość'/><title type='text'>Uśmiechnij się chłopczyku</title><content type='html'>Wszystko jest jakieś chore. Nie dziwi mnie już ładna pogoda na dworze na początku marca, głupie pomysły Polskiej Platformy Robotniczej, benzyna po pięć złotych za litr, cholernie drogi cukier, trzęsienia ziemi, wybuchy wulkanów i inne opowieści o rzekomym końcu świata. Nawet nie dziwi mnie to, że siedzę teraz w majtkach w czerwone paski przed komputerem, a powinienem być w pracy, której ostatnio nienawidzę. Przestałem się czepiać moherowych babć, Rydzyka i Jarosława Kaczyńskiego. Na chwilę, bo idzie wiosna, a niedługo minie rok od tzw. "zamachu na polski naród" jak twierdzi pan prezes. A Kuba to wyspa jak wulkan gorąca, więc pewnie niedługo wybuchnę i znowu zacznę się ich czepiać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie tak dawno temu (w zasadzie to dawno bo dwa miesiące to długi odcinek czasu) wspominałem o ludziach, którzy legalnie mogą zrobić z człowieka idiotę. Na celowniku znaleźli się wtedy fryzjerzy i fryzjerki do których wypada od czasu do czasu się przejść, żeby nie wyglądać jak Neandertalczyk, czy współczesna kudłata małpa. Oprócz wyżej wymienionych jest jeszcze parę grup, którzy mają monopol na robienie z obywatela kretyna. Nie, źle myślicie. Tym razem nie napiszę o politykach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dziś parę słów o fotografach. Lubicie zdjęcia? Pewnie tak. Większość z was, drodzy internauci, posiada zapewne profil na jakimś portalu społecznościowym, na którym są miliony zdjęć. Śledząc internet przez ostatnie 3 lata (w 2008 rozpoczął się istny boom na te portale) widziałem wiele fotek, na których ludzie robią z siebie idiotów. Ktoś uwiecznił moment w którym siedzi na kiblu, ktoś inny gdy bierze kąpiel pod prysznicem, a jeszcze ktoś inny sikał na radiowóz. Kiedyś nawet natknąłem się na portal społecznościowy, gdzie ludzie bez ograniczeń wysyłali swoje nagie fotki. Załamałem się. Ale przynajmniej administratorzy owego portalu i innych porno-pochodnych mieli sztywno w slipach i bogaty materiał zdjęciowy, który najprawdopodobniej wylądował na ostrych stronach dla dorosłych. Zakompleksionych dorosłych. Prawie wszystkie fotografie uwieczniły ludzką głupotę, a ja zacząłem się zastanawiać do czego ten świat zmierza. Jedynym rozwiązaniem było skasowanie swojego konta w społeczności internetowej, oraz omijanie wyżej wymienionych stron z daleka, żeby tego nie oglądać, co też uczyniłem. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie mam nic przeciwko zdjęciom. Lubię pstrykać i uwieczniać momenty. Lubię także od czasu do czasu zrobić sobie głupie zdjęcia. Ale nie po to, żeby wysłać fotki w internet i zrobić z siebie idiotę roku. Lubię wspominać. Wchodząc do folderu ze zdjęciami wsiadam do jedynego istniejącego współcześnie wehikułu czasu i przenoszę się w przeszłość. Ci, którzy robią sobie fotki do lustra, czy z wysuniętej ręki, a następnie wysyłają je gdzieś daleko do internetu pewnie mają mnie teraz za idiotę. W epoce demokracji każdy ma prawo do własnego zdania. A kto będzie się śmiał ostatni? Ja. Gdy wejdę w Google i zobaczę współczesnych internautów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pamiętacie jeszcze zakłady fotograficzne, które w dobie aparatów cyfrowych umieszczanych nawet w kubku do kawy powoli bankrutują? Sporo takowych jeszcze istnieje. To takie miejsce, gdzie możesz sobie zrobić ładną fotkę do dowodu osobistego, paszportu czy modnej ostatnio legitymacji inwalidy. To zdjęcia które nigdy nie będą ci się podobać, dla twojej dziewczyny zawsze będą śliczne, a pokazywanie ich znajomym grozi wyśmianiem i stwierdzenie, że wyglądasz jak gej. To drugie miejsce po zakładach fryzjerskich do którego boję się chodzić. Naprawdę. Nikt nigdy nie zrobił mi takiego zdjęcia, które by mi się podobało. I za które płaciłem dość duże pieniądze, za które mogę dziś kupić 1/5 aparatu cyfrowego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cofnijmy się do roku 1997, kiedy nie było jeszcze aparatów cyfrowych i fotograf posiadał najbardziej wypasiony aparat na osiedlu z mega dużą lampą błyskową, której moc potrafiłaby oświetlić ulicę. Wybierałem się wtedy do szkoły i pojawił się problem ze zdjęciem do legitymacji szkolnej. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie robiłem, więc nadszedł ten pierwszy raz. Najlepsze jest to, że nie miałem wtedy zębów, gdyż wszystkie mleczaki mi wypadły i nienawidziłem robienia fotek. Nie mogłem się uśmiechnąć jak inne dzieci, co spowodowało że ze efektu końcowego którego dostałem później śmiali się niemal wszyscy. Cztery lata później wyrabiałem sobie kartę rowerową, czyli tzw. prawo jazdy dla nieletnich. Wtedy kompletnie zapomniałem o zaplanowanej wizycie u fotografa (tak, wtedy się planowało wizyty!) i prosto z męczącego wf-u pobiegłem do zakładu strzelić sobie słit focie. Stwierdziłem, że nie ma sensu się przebierać w ładną, wyprasowaną, białą koszulę, tylko pobiegłem w przepoconej koszulce. Zdjęcie do poważnego dokumentu wcale nie było takie poważne, ale grunt, że było. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z biegiem czasu przyzwyczajałem się do chodzenia do fotografa. Lata mijały, pojawiały się aparaty cyfrowe w których dało skasować się śmieszne zdjęcie i wizyty w zakładzie przestały być straszne. Najgorsze jednak zdjęcie jakie mi zrobiono było to fotka z 2008 roku, gdy poszedłem sobie pstryknąć fotkę do prawka. W zakładzie był zupełnie ktoś inny, niż w poprzednich latach. Fotograf amator zrobił mi 4 fotki, które sam zrobiłbym sobie umieszczając aparat na wysuniętym kiju od szczotki. Z rozbrajającym uśmiechem stwierdził "proszę sobie wybrać najlepsze". Miałem ochotę go zabić. To ja się tyle męczyłem w doborze koszuli, uczesaniem odpowiedniej fryzury, a nawet podprowadziłem mamie jakiś podkład do makijażu by zatuszować młodzieńczy trądzik, a on ma czelność zrobić takie brzydkie zdjęcia? Kompletna tragedia. Obraziłem się wtedy śmiertelnie i wychodząc trzasnąłem drzwiami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nigdy nie wróciłem do tego zakładu. Gdy potrzebowałem ładnego legitymacyjnego zdjęcia to jeździłem po mieście i szukałem kogoś, kto się dobrze na tym zna. Odwiedziłem nawet tych elitarnych "artystów-fotografików", którzy za jedno zdjęcie do dowodu śpiewali sobie 40 złotych, a wcale nie byli tacy zajebiści. Z każdego zakładu wychodziłem niepocieszony, że na zdjęciu które mam umieścić w dokumencie wyglądam albo jak idiota, albo jak gej. Doszedłem do wniosku, że po prostu tak musi być i tego nie zmienię. A za godzinę ponownie wybieram się do fotografa strzelić sobie kolejną "słit focię". Tym razem do dowodu osobistego, gdyż ważność poprzedniego się skończyła i teoretycznie przestałem istnieć.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5767885164045152685-4490628138953607724?l=littlejacob.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://littlejacob.blogspot.com/feeds/4490628138953607724/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2011/03/usmiechnij-sie-chopczyku.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/4490628138953607724'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/4490628138953607724'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2011/03/usmiechnij-sie-chopczyku.html' title='Uśmiechnij się chłopczyku'/><author><name>Jakub</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12117029458729354081</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='30' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sZYtj72cVRQ/TF8CSFOeRYI/AAAAAAAAACY/tC8vXnYVxvA/S220/Bez+nazwy+1+kopia.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5767885164045152685.post-7092538122292546529</id><published>2011-02-18T11:28:00.002+01:00</published><updated>2011-02-18T11:30:01.539+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='spisek'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='internet'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='orange'/><title type='text'>Władcy myśli</title><content type='html'>Internet kompletnie zdominował życie na większym obszarze kuli ziemskiej. Nie ma się co oszukiwać, jest prawie wszędzie - począwszy od wypłacania gotówki w bankomacie, kończąc na rewolucji w Egipcie. Nawet ciągle powiększająca się obecność hotspotów umożliwiających komunikację z bezprzewodowym internetem poprzez prymitywne kiedyś urządzenie, które nazywamy dziś telefonem, ułatwia nam życie. Nie straszny już jest zdewastowany rozkład na przystanku autobusowym, czy zablokowany dostęp do stron porno w miejscu pracy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Porozmawiajmy o internecie, który użytkujemy w domowym zaciszu. W końcu po ciężkim dniu pracy należy nam się chwila relaksu i spokojnie możemy dowiedzieć się o rozwodach i nowych związkach na Facebooku lub odmóżdżyć się oglądając idiotyczne obrazki z jeszcze głupszym podpisem. No i tu pojawia się swojego rodzaju problem, gdy nie złapie sieć bezprzewodowa - któremu usługodawcy powierzyć tak odpowiedzialne zadanie dostarczania nam internetu przez kabel lub drogą bezprzewodową? Do wyboru mamy wiele opcji. W dzisiejszych czasach internet płynie nawet z prądem dostępnym z gniazdka. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Od momentu przeprowadzki miałem nie lada problem kogo wybrać. W poprzedniej lokacji przez jakieś 8 lat korzystałem z dobrodziejstw internetu, które oferowała mi kablówka. Przy podzielonym sygnale na ileś tam urządzeń nie był specjalnie szybki sygnał, ale co najważniejsze - działał. I dość rzadko się sypał. Chyba, że ktoś podpierdolił kable z serwerowni, czy podpalił pomieszczenie. Potem musiałem dokonać wyboru i związać się umową z kimś innym. Była to cholernie trudna decyzja. Serio. Usługodawcę należy dokładnie obserwować, przeglądać oferty z lupą w poszukiwaniu malutkich gwiazdeczek i ukrytych baboli. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I mój wybór padł wtedy na Play'a. Wybrałem bezprzewodowy dostęp, gdyż chciałem doświadczyć nowych wrażeń, a czasami zabrać internet do kibla. Prymitywnie łączyłem się za pomocą telefonu podpiętego do komputera. Skusiłem się na tę usługę ze względu na łatwość zawierania umowy - wystarczył tylko dowód osobisty. No i to by było na tyle pozytywów. Ten internet to była kompletna porażka, gdyż prędkość była wysoce niezadowalająca (przy dobrych wiatrach aż do 1 Mbps). Pewnego razu czekając na załadowanie całego filmu na YouTube moje włosy urosły o kolejne 10 centymetrów. O załadowaniu filmu na dostępnych platformach VoD nie było już mowy. No i te przeklęte limity. Dałem się namówić na 10 GB miesięcznie i wyobrażacie sobie na ile to starczało? Kilka razy zdarzyło się go przekroczyć, mimo że telefon pokazywał zużycie dwa razy mniejsze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niedawno wygasła umowa z Gay'em i na nowo musiałem podjąć decyzję co robić. Wybierać coś innego, czy żyć jak Amisz? Przejrzałem milion ofert od Telekomunikacji poprzez nieznane sieci radiowe, skąd kradnie się internet wiadrami. Nawet pewnego wieczoru zadzwonił do mnie gościu z Netii i oferował ich Zlaty Internet. Nie było łatwo. Po kilku dniach wziąłem dupę w troki i udałem się do salonu Orange w celu zamówienia usługi dostępu do internetu przez kabel telefoniczny...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pamiętam internet sprzed 10 lat z użyciem kabla telefonicznego wpinanego do modemu zainstalowanego w komputerze, który wydawał z siebie dźwięki przypominające rozwścieczonego bachora, co rozwalił swoją ulubioną zabawkę. Wiele razy mnie zdradził, że próbuję połączyć się w środku nocy i hałasował na całe mieszkanie. Dostęp ten był bardzo drogi (3 zł/h) i zabójczo szybki (56 kbps), ale jak na tamte czasy dość rozpowszechniony. Ale gdy przychodził rachunek za telefon, już nie było tak kolorowo... :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wróćmy do internetu ze stajni orangutanów. Mam telefon na kartę z Orange, przez cały czas użytkowania telefonu najmniej narzekałem na tę sieć, więc to było głównym powodem podpisania z nimi umowy na internet, co zrobiłem ponad tydzień temu. Konsultantka robiąca do mnie ładne oczka, która tak naprawdę podczas rozmowy ze mną liczyła sobie w głowie wysokość prowizji od umowy zapewniała mnie, że do około 7 dni usługa będzie aktywowana. Nie myliła się. Dziś bladym świtem (około 8 rano) zadzwonili do mnie eksperci z Orange informując, że można już instalować modem. Ok, chwila moment panowie. Wstanę, podrapię się po jajkach, strzelę sobie mocną herbatę i się tym zajmę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Początki były trudne. Najpierw ciągnięcie kabla z parteru na pierwsze piętro, rozdzielanie sygnału, oraz dylemat na której półce położyć modem i w którą stronę go obrócić, żeby było ładnie. Potem płytka instalacyjna i jedziemy z koksem. Pojawiło się okienko proszące o login i hasło do usługi, znajdujące się na pierwszej stronie umowy. Wpisujemy i klikamy "dalej" i... nic się nie dzieje. Kilka minut później wywaliło mi piękny błąd, że wprowadzone dane są niepoprawne. O co tu chodzi? Znowu jakiś spisek przeciwko mnie? Czy może jednak się pomyliłem wpisując literkę "l" zamiast "I"? Pewnie tak, więc wprowadziłem dane ponownie i "dalej". I dalej to samo. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po 26 próbach zrezygnowałem. Postanowiłem zadzwonić na pomoc techniczną, żeby zrobili to za mnie. Wszystkie linie zajęte. To wkładam spodnie, myję zęby, wsiadam w auto i jadę do salonu, który nie jest tak daleko. Tam konsultantka z którą podpisałem umowę już nie robiła ładnych oczek. Stwierdziła, że nie potrafi rozwiązać mojego problemu i poradziła, żebym próbował się dodzwonić do ekspertów z działu technicznego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zły jak Dmitrij Miedwiediew wróciłem do domu. Stwierdziłem, że nie będę sobie targał nerwów przed wyjściem do pracy, strzelę sobie herbatkę i przeczytam ostatni numer mojego ulubionego czasopisma. Jednak moją uwagę zwrócił niepokojący szczegół, którym był windowsowski balonik informujący o dostępnym połączeniu. Musiałem to sprawdzić. I nie mogłem uwierzyć własnym oczom - jestem online!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do tej pory nie rozumiem jak Orange rozwiązał mój problem. Przecież na linię techniczną nie mogłem się dozwonić, a z salonu mnie wywalili. A może wchodzimy w nową erę, gdzie komputery czytają w naszych myślach i wiedzą, czego chcemy? Nie... To trochę głupie. Nadmierna aktywność słoneczna zza chmur, o której mówili wczoraj w radiu? Raczej wątpię. Szczerze to gówno mnie to już obchodzi, ważne że jestem w internecie i moje problemy z ograniczonym limitem na ściąganie danych się skończyły. Mam nadzieję. :)&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5767885164045152685-7092538122292546529?l=littlejacob.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://littlejacob.blogspot.com/feeds/7092538122292546529/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2011/02/wadcy-mysli.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/7092538122292546529'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/7092538122292546529'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2011/02/wadcy-mysli.html' title='Władcy myśli'/><author><name>Jakub</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12117029458729354081</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='30' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sZYtj72cVRQ/TF8CSFOeRYI/AAAAAAAAACY/tC8vXnYVxvA/S220/Bez+nazwy+1+kopia.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5767885164045152685.post-8130923676703263966</id><published>2011-02-02T18:04:00.004+01:00</published><updated>2011-02-02T18:56:23.169+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='spisek'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kierowca'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polityka'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='david hasselhoff'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polska rzeczywistość'/><title type='text'>Chory kraj</title><content type='html'>Za jakieś kilkanaście minut Amerykanie zaczną obchody swojego prawie już narodowego święta jakim jest Dzień Świstaka (właściwie to Dzień Świszcza jak sugeruje Wikipedia, ale ona ostatnio robi mnie w balona). Polega ono na tym, że tysiące obywateli odwiedza wielkozębnego i kudłatego gryzonia o imieniu Phil, który mieszka sobie w norce gdzieś w Pensylwanii. Akcja jest taka, gdy wiewiór wyjdzie z nory i zobaczy swój cień to wszyscy płaczą, bo jak głosi przepowiednia zostało jeszcze 6 tygodni zimy. Zaś gdy nie zobaczy swojego cienia to na twarzach pojawia się wielki banan - wiosna tuż, tuż. Powiem skromnie - zawstydziłem Amerykanów i ich świstaka. Wiem kiedy będzie wiosna! A właściwie kiedy zrobi się mokro i przyjdzie odwilż. Odkąd pamiętam zawsze przed zimą i wiosną choruję, a z nosa zwisa mi śpik sięgający jaj. I tak samo jest od wczoraj - kaszlę tak jak dwudziestopięcioletni maluch, kicham jak epileptyczny alergik, czuję się tak jakby przejechał po mnie radziecki czołg z pełną załogą, temperatura mojego ciała wynosi jakieś 70 stopni, mój mózg przestał dawno funkcjonować, a mój mocz jest tak gorący jak David Hasselhoff w Słonecznym Patrolu. W dodatku jest mi koszmarnie zimno. Zdecydowanie jest coś nie tak.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wytarłwszy zwisającego śpika udałem się do mojego doktorka rodzinnego z zapytaniem o co tu kurna chodzi. Przed udaniem oczywiście próbowałem się z nim skontaktować, lecz bez pozytywnego rezultatu. I tutaj cenna rada - prowadzenie samochodu z wysoką gorączką nie należy do najfajniejszych czynności. Jadąc 20 km/h na godzinę wydawało mi się, że zapierdzielam jak australijski tajfun, a zbliżając się do przeszkody w postaci zderzaka innego samochodu hamowałem w ostatnim momencie i charakterystycznym odgłosem blokowania się kół na wilgotnym asfalcie. Byłoby naprawdę zabawnie, gdyby na drogę niespodziewanie wyskoczył pieszy. Biorąc pod uwagę szybkość mojej reakcji, zahamowałbym wtedy, gdy gość leżałby daleko za moim samochodem. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po długiej trasie wynoszącej jakieś 9 kilometrów udało mi się zajechać na miejsce. Parkując po warszawsku na okolicznym osiedlowym parkingu udałem się do poradni rodzinnej. Na miejscu powitał mnie tłum chorych stojących w kolejce do lekarza. Nie napawało to optymizmem, ale nie dałem za wygraną. Podszedłem do kobiety siedzącej na recepcji i zapytałem, czy jest opcja wizyty u pana doktora. Kobieta z rozbrajającym uśmiechem oznajmiła, że jest. Uff... Co za ulga. Dostanę się do lekarza. Po czym dodała, że jutro o 8 rano pierwszy wolny termin. A do innego? Też. Zgodnie ze starym systemem, funkcjonującym jeszcze w poprzednim ustroju, zapisu do lekarza dla dorosłych kobieta poleciła mi, żebym jutro zadzwonił o 8 i się zapisał, a jeśli jest to coś pilnego to mam przyjechać o 7 i ustawić się w kolejce.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie pocieszyło mnie to w ogóle. Oznacza to, że muszę sobie wybrać dzień z mojej puli urlopu, która jest na wagę złota. To jakiś absurd chorować na urlopie, ale nic na to nie poradzę. Być może ZUS dogadał się z rządem oraz z NFZetem by odsyłać petentów do domu i maksymalnie ich zniechęcać do wizyt u lekarza? To nie byłoby wcale takie głupie. Przychodnia wypisuje mniej najbardziej pożądanych przez Polaków latynosów - elCztery (L4). Korzysta na tym zarówno budżet państwowy, ZUS oraz NFZ. Te kilka ładnych zaoszczędzonych milionów na pewno nie trafiają do puli przeznaczonej na zdrowie, ani emerytury. W żaden sposób nie polepszają naszego obywatelskiego życia w Polsce. Zbliża się koniec kadencji Sejmu - skądś trzeba wziąć na odchodne dla tych, którzy nie zostaną wybrani na kolejne 4 lata i premie dla tych, którzy zostaną.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Spróbuję jutro. Jeśli recepcjonistka będzie miała krzywą minę i będzie dla mnie bardziej niemiła niż zwykle, będzie to oznaczać, że moja teoria spiskowa jest prawdziwa. Mam nadzieję, że do jutra nagle nie wyzdrowieję.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5767885164045152685-8130923676703263966?l=littlejacob.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://littlejacob.blogspot.com/feeds/8130923676703263966/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2011/02/chory-kraj.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/8130923676703263966'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/8130923676703263966'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2011/02/chory-kraj.html' title='Chory kraj'/><author><name>Jakub</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12117029458729354081</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='30' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sZYtj72cVRQ/TF8CSFOeRYI/AAAAAAAAACY/tC8vXnYVxvA/S220/Bez+nazwy+1+kopia.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5767885164045152685.post-4297356383664076433</id><published>2011-01-26T12:33:00.003+01:00</published><updated>2011-01-27T12:04:19.800+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='fryzjer'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='gej'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='idiota'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polska rzeczywistość'/><title type='text'>Dramat fryzjerski</title><content type='html'>Ostatnie posty pamiętają jeszcze ubiegłoroczną jesień, a było wtedy w miarę ciepło, że pomykanie po dworze w letniej kurteczce było wręcz wskazane. Dziś za oknem leży tona śniegu, jest zimno i wieje nieprzyjemny wiatr. Dwa miesiące to naprawdę dużo czasu. Wstyd. Wstyd i hańba.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jedynym moim wytłumaczeniem jest jak zwykle to, że nikt dziś nie ma ochoty czytać długich na stronę A4 wpisów, a ja nie miałem nic mądrego do powiedzenia. Aż do przedwczoraj. Postanowiłem więc wykorzystać natchnienie i przypływ weny twórczej na odświeżenie nieco tego bloga.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Boję się chodzić do fryzjera. Tak jak do dentysty. Od dziecka. Gdy byłem mały bałem się tej warczącej maszynki, która zawsze łaskotała mnie za uchem. Gdy trochę podrosłem bałem się, że pan lub pani obetnie mnie nie tak jak chciałem. I salon fryzjerski odwiedzałem z przymusu, gdy włosy zasłaniały mi całą twarz, a ja przypominałem mopa. I bez żadnych ogródek szło hasło "na jeża". Kiedyś nawet (nie tak dawno temu) ubzdurałem sobie, że chcę mieć długie włosy jak James May i przez bite dwa lata nie wpadłem pod kosiarkę. Owszem, posiadanie długich włosów jest fajne - czujesz się wtedy oryginalnie, bo żaden facet nie ma takich zajebistych włosów jak ty. Dodatkowe plusy zbierasz od pań, które zazdroszczą ci prostych włosów (o ile nie masz kręconych rzecz jasna). Niestety posiadanie długich włosów to również udręka - mycie raz lub dwa razy dziennie, rozczesywanie oraz odkąd nastała moda emo to również narażanie się na drwiny i pośmiewisko.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I wtedy pojawił się problem. Za CHINY nie chciałem iść do fryzjera. Bałem się, że wystrzygnie mnie tak, że z salonu będę wychodził w czapce. Najlepsze było to, że chciałem się tych włosów pozbyć. Niestety próba samoobcięcia zakończyła się tragicznie, gdyż pewnego wieczoru odpalając papierosa od kuchenki gazowej podpaliłem sobie pół grzywy. Konieczna była pomoc fryzjerska. Na szczęście nie było tak tragicznie jak myślałem. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Następnym razem udałem się do fryzjera z kumplem. Brzmi trochę gejowsko, prawda? Gość polecał i wychwalał fryzjerkę pod niebiosa. Pierwszy i ostatni raz dałem się namówić. Okazało się, że kobieta nie ma pojęcia o obsłudze nożyczek i maszynki. Męczyła się z moimi włosami godzinę, a łatwiej i szybciej byłoby jej wsadzić garnek na moją głowę i ciąć wzdłuż. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Fryzjerzy myślą, że mają prawo zrobić z człowieka idiotę. Ale nie ze mnie. Szczęście było po mojej stronie, gdyż wyczaiłem zajebistą fryzjerkę (i nie mówię tu o jej cechach wyglądu, ani technicznym wykształceniu). Kobieta miała fach w ręku i obcinała tak, jak sobie zażyczyłem. Wydawało mi się, że trauma odeszła w zapomnienie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niedługo później salonik splajował, co było normalnym zjawiskiem w dobie kryzysu ekonomicznego i miejsce kobiety zajął przystojny i opalony Michał. Tak, dobrze myślicie - gość był innej orientacji seksualnej i jedyne co potrafił to ostrzyc na kilka milimetrów i postawić włosy na żel. Do tej pory pamiętam dreszcz, który spływał mi po plecach, gdy on dotykał moich włosów. Obraziłem się wtedy śmiertelnie na fryzjerów i długi, długi czas wyglądałem jak małpa. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pomijając dalsze poszukiwania fryzjerów, którzy nie robią z ludzi idiotów, dzięki wspaniałej osobie wylądowałem w poniedziałek w małym saloniku w centrum miasta. Wyłożyłem kobiecie jasno, że nie jestem gejem, nie śledzę najnowszych trendów fryzjerskich, nie znam się na tym i nie chcę się wstydzić po wyjściu z salonu. Byłem pod wrażeniem, pomimo że w środku siedziały trzy inne kobiety, które gadały z fryzjerką która się mną zajmowała o facetach i damskich problemach. Przyznam się, że uszy ledwo wytrzymały ten seans, ale oczy miały niezłą ucztę patrząc w lustro. Za 13 złotych kobieta zrobiła ze mnie zupełnie inną osobę. Grejt sakces!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W dzisiejszych czasach trudno o dobrego fryzjera. Moje bolesne i traumatyczne doświadczenia to potwierdzają. Wniosek jest jeden - trzymać się zaufanego fryzjera i za nic nie iść do konkurencji. A pamiętam, że jeszcze nie tak dawno temu, w latach dziewięćdziesiątych najlepszym fryzjerem był tata, najlepszym urządzeniem była maszynka phillipsa od ruskich, a najlepszą fryzurą było "na jeża".&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5767885164045152685-4297356383664076433?l=littlejacob.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://littlejacob.blogspot.com/feeds/4297356383664076433/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2011/01/dramat-fryzjerski.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/4297356383664076433'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/4297356383664076433'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2011/01/dramat-fryzjerski.html' title='Dramat fryzjerski'/><author><name>Jakub</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12117029458729354081</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='30' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sZYtj72cVRQ/TF8CSFOeRYI/AAAAAAAAACY/tC8vXnYVxvA/S220/Bez+nazwy+1+kopia.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5767885164045152685.post-3804505077682139011</id><published>2010-11-11T14:14:00.000+01:00</published><updated>2010-11-11T14:15:28.260+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='rzeczy z duszą'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='technologie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='internet'/><title type='text'>Miłość, ból, rozpacz i happy end</title><content type='html'>Muszę o tym napisać, bo w przeciwnym wypadku będę chory. Poniżej przedstawiona historia o wielkiej miłości, bólu, rozpaczy i happy endzie wydarzyła się naprawdę i nikomu nie życzę, żeby przeżył coś podobnego. Jeśli macie słabe nerwy, albo nie trawicie filmów o miłości lepiej tego nie czytajcie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie tak dawno temu ktoś wpadł na pomysł, by wprowadzić do codziennego użytku urządzenie, które wszyscy dziś nazywają laptopem. Mały, poręczny komputer, którego możesz zabrać wszędzie - chwaląc się przy tym wszystkim, że możesz oglądać porno siedząc na kiblu, albo grając w najrozmaitszego FPSa siedząc na nudnym wykładzie. Gdy coraz większa ilość znajomych zaczęła emigrować ze standardowego towera na przenośnego laptopa, pomyślałem sobie, że i może ja skuszę się na to cacko. Stanąłem wtedy przed ważnym wyborem - modernizacji starej budy, czy zakupie nowego gówienka. Zdecydowałem się na modernizację i byłem przekonany, że tylko ja postąpiłem słusznie, a ludzi którzy sprzedali komputer stacjonarny w który włożyli poczet zielonych i pomarańczowych królów polskich i zamienili na laptopa miałem za kompletnych kretynów. Aż do niedawna.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdy ja walczyłem z cholernym intercoolerem Intela, który ot tak odmówił współpracy, kumple lansili się mega sprzętem w plastikowej obudowie. Gdy ja zmuszony byłem oddać sprzęt na gwarancję i pracowałem na przestarzałym sprzęcie, kumpel odkrył, że jego laptop gubi darmowego hotspota, kiedy złoży klapę. Szybko znienawidziłem przenośne komputery nie dlatego, że byłem zły, wściekły i zazdrosny, ale dlatego, że okazały się mniej awaryjne od składanego standardowego sprzętu, na tamte czasy były okropnie drogie i po trzecie, nigdy nie potrafiłem obsłużyć touchpada, stając się przy tym pośmiewiskiem wśród znajomych. Zawsze ceniłem sobie mobilność, ale w bardziej prymitywnej formie - telefonu z symbianem, laptop wydawał się dla mnie zbyt duży, ciężki i co gorsze ekologiczny. A ja z zasady sprzeciwiam się wszystkiemu z naklejką "eco friendly".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pod koniec października postanowiłem zakupić laptopa dla siebie. Wziąłem się w garść i postanowiłem, że zakończę rozdział drwin z tego, że muszę dosypywać węgla do pieca, bo mój dysk w komputerze za 50 złotych nie chce wystartować. Nie pojechałem do sklepu, bo tam mają drożyznę i mega najnowsze laptopy. Nie byłem również na giełdzie, bo tam większość handlowców to żydy, którzy szukają frajera by wcisnąć mu komputer z procesorem, który teraz montują w komórkach za kilkaset złotych. Wybrałem się na Allegro i po długich poszukiwaniach znalazłem sprzęt dla siebie. Oczywiście wybrakowany, bo za 150 złotych można poskładać laptopa, którego potem można spokojnie opchnąć za 500. I właśnie chęć zarobku była pierwszym powodem. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W pierwszym dniu od razu spotkała mnie przykra niespodzianka, gdyż komputer dostałem w potarganym pudełku po butach, a za przesyłkę zapłaciłem 30 złotych. Głupia kobieta, która mi go wysłała dołączyła również pamięci DDR2, gdy laptop obsługuje zwykłe DDR. Zabawne były jej tłumaczenia i zapewnienia, że komputer działał i nic się z nim nie działo, ale pominę to milczeniem. Trochę to trwało zanim dopasowałem pamięci, skołowałem jakiś dysk i zasilacz jak najmniejszym kosztem. W końcu mam go w najbliższym czasie przehandlować. Moje plany szybko uległy degradacji po tym, gdy udało mi się bez problemu zainstalować system i wszystko pracowało jak należy. No prawie, bo zawiasy potrafią opuścić klapę pod kątem 180 stopni i czasami musiałem korzystać z książek jako podpórki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Wszystko działa, mogę oglądać filmy porno na kiblu, gadu-gadać i fejsbukować się leżąc w łóżku i w końcu mogę nauczyć się używać tego cholernego touchpada. Naprawdę fajna sprawa. W dodatku nie ma kabli, które zawsze mnie denerwowały tym że po prostu są. Czar miłości jednak szybko zgasł, bowiem kilka dni później skończyło się głaskanie kochaniutkiego laptopika, a zaczął się pokaz przekleństw polskich. Pewnego wieczoru Windows wywalił blue-screena i sam z siebie się zawiesił. Kilka razy udało się uruchomić komputer, jednak po 2 - 3 minutach wszystko zgasło i po kilku razach w ogóle nie dało się gnoja odpalić. Poczułem się jakbym dostał w twarz i wydawało mi się, że to koniec związku. Rozpłynęły się również moje plany o szybkim wzbogaceniu się. Totalna katastrofa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie dałem jednak za wygraną i powiedziałem sobie, że gówno w plastikowej obudowie nie może mnie pokonać. Korzystając z chwili wolnego położyłem pacjenta na stół i zacząłem operować, gdyż wszystkie inne próby odpalenia zakończyły się fiaskiem. Moim nowym celem była reanimacja bez żadnych przeszczepów, bo nie mam już kasy na takie zabawy. Samo rozkręcanie obudowy zajęło mi prawie 2 godziny. Nie wiem, czy producent zrobił sobie kiepski, żart z użytkowników umieszczając każdą inną śrubkę, czy to ta kobieta, co wcisnęła mi laptopa opisując, że wszystko jest ok i cacy. Mniejsza z tym. Mając doświadczenie w serwisowaniu stacjonarnych komputerów pomyślałem sobie, że przedmuchanie go sprężonym powietrzem i przeczyszczenie wszystkich styków pomoże. Czyścimy więc dokładnie wszystkie podzespoły i składamy. Kolejne dwie godziny wyjęte z życiorysu. No i wypadałoby dokręcić te zawiasy od klapy. Na to mi zabrakło już dnia i siadłem do tego dzisiaj. Prymitywna regeneracja zawiasów zakończyła się fiaskiem, gdyż nie znalazłem śrubokręta do obudowy matrycy. Poskręcałem wszystko tak jak leci, robiąc przy tym dziurę w obudowie laptopa. Podłączam zasilacz i przytrzymałem przycisk POWER moim brudnym paluchem. Nic. Cisza. Tyle rozkręcania na darmo. Laptop totalnie zdechł. Amen.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zdenerwowałem się. Zdjąłem klawiaturę, odkręciłem panel z wentylatorkiem i zacząłem dociskać wszystkie układy i luty śrubokrętem, zapominając że komputer cały czas podłączony jest do prądu. Zszedłem na okropny zawał, gdy grzebiąc tym śrubokrętem pomiziałem coś i laptop okropnie wydarł się swoim głośnym "PIIIIIIIIIIIIIP". Gdy doszedłem do siebie moim oczom ukazał się piękny widok obrazu na ekranie, a moje uszy pieściła muzyka działającego wentylatora. Poczułem się jak Dr Frankenstein. Mój laptopik znowu żyje, a w mojej głowie brzmiała piękna, ckliwa muzyczka Vangelisa. Pytanie tylko na jak długo?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Wniosek?&lt;/span&gt; Oszczędziłbym sobie tyle nerwów i włosów, gdybym zakupił laptopa 2 lata temu, zamiast modernizacji komputera stacjonarnego. Pozory mylą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Wniosek 2?&lt;/span&gt; Oszczędziłbym sobie trochę mniej nerwów, gdybym sprzedał samochód i kupił coś z wystawy w Media Markt z dwuletnią gwarancją i ładniejszym opakowaniu. Idiotyczny wniosek, ale prawdziwy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Wniosek 3?&lt;/span&gt; Myślałem, że jestem cwaniakiem, ale wycwaniakowałem się trochę za bardzo.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5767885164045152685-3804505077682139011?l=littlejacob.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://littlejacob.blogspot.com/feeds/3804505077682139011/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2010/11/miosc-bol-rozpacz-i-happy-end.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/3804505077682139011'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/3804505077682139011'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2010/11/miosc-bol-rozpacz-i-happy-end.html' title='Miłość, ból, rozpacz i happy end'/><author><name>Jakub</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12117029458729354081</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='30' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sZYtj72cVRQ/TF8CSFOeRYI/AAAAAAAAACY/tC8vXnYVxvA/S220/Bez+nazwy+1+kopia.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5767885164045152685.post-4613544788661026972</id><published>2010-11-07T23:12:00.000+01:00</published><updated>2010-11-07T23:13:34.076+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='postanowienia'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polityka'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polska rzeczywistość'/><title type='text'>Do kosza z tą polityką</title><content type='html'>Nie mam pomysłu na dobry początek, więc standardem będzie gdy napiszę o tym, że jest już późno, a ja właśnie kładłem się spać starając się nie myśleć jak dobry będzie jutrzejszy początek tygodnia. Ale o tym będzie dopiero jutro, a jeszcze dzisiaj skorzystam z tego, że nie jestem jeszcze aż tak bardzo śpiący i wyleję z siebie wszelakie gorzkie żale nabyte podczas minionego tygodnia. Nie zamotałem trochę?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wkurza mnie polityka. Polityka w sensie rząd w składzie sejm, senat, rada ministrów i samorządy, a właściwie sposób jak można zarabiać krocie pierdząc w sejmową ławę i czytając gazetkę. Nasi politycy są w tym najlepsi na świecie. Zapewne wiecie, że statystyczny poseł do tej pory głosował jakieś 5 razy, odzywał się raz, pół raza był przed kamerą, a skasował dziesięć razy większą wypłatę niż ja w ciągu niezwykle pracowitego miesiąca. Poprzedniego oczywiście, bo w październiku miałem przymusowe wakacje, podczas których równie dobrze mogłem poczuć się jak poseł siedząc i pierdząc w stołek, tylko że w przeciwieństwie do faceta z brzydką gębą i paskudnym garniturze ja robiłem to za darmo. Podobnie jest w samorządach. Biorę tutaj autentyczny przykład sosnowieckiej rady miejskiej. Sesja na której teoretycznie wszyscy powinni się zebrać wyglądała tak, że połowa przyszła, powydzierali się na siebie, każdy każdemu powiedział, że jest głupi i się na niczym nie zna, prezydent wyszedł i przeczytał z kartki ten sam tekst z obietnicami, który trzyma w kieszeni od ładnych paru lat i nikt nie potrafił odpowiedzieć na pytania gości z sali. Na głosowaniu nikt nie głosował, bo jak się obsługuje ten skomplikowany pilot zawierający dwa guziki "TAK" i "NIE"? Koniec końców nic się nie udało załatwić, nie wprowadzono żadnych ważnych projektów, a obywatele wyszli z sali z jeszcze większą wściekłością.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jakiś miesiąc temu w głowie obecnego prezydenta zapaliła się lampka z tekstem "O! za niedługo wybory, trzeba poszukać tej kartki z napisem [obietnice na wybory], no i... coś w końcu zrobić. Ale coś taniego!" I tak powstała długo oczekiwana... informacja miejska ulokowana w samym centrum. Jeszcze z niej nie korzystałem, ale gdy będę miał chwilę to strzeżcie się urzędasy, bo zapytać się o drogę umiem w pięciu językach. Przez cztery ostatnie lata nie zauważyłem żadnych znaczących zmian w mieście. Dopiero teraz śmiecący po mieście ulotkarze z mordami kandydatów przypominają mi o nadchodzących wyborach samorządowych. O coś się święci.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ulice zaczęły tonąć w ulotkach, a słupy oświetleniowe zamieniły się w ogłoszeniowe. Każda ulica jest zawalona mordami większości kandydatów na których i tak nie zagłosuję. Bo nienawidzę śmiecenia. Co prawda nie robią tego sami kandydaci, bo oni są zajęci czytaniem mega obietnic, z których i tak nic nie będzie na konferencjach prasowych, ale i tak im się z mojej strony oberwie. Nie rozumiem tego zjawiska. Czy nie można walnąć wszystkich kandydatów na jednym billboardzie, tylko wywalać tysiące tych ulotek? Gdybym ja zaczął smarować klejem po słupie zaraz zjawiłby się nie wiadomo skąd strażnik miejski i wysmarowałby mi piękną kwotę na mandacie za śmiecenie. Pomijam fakt, że 90% kandydatów startuje do Rady Miejskiej tylko dlatego, że chcą mieć stałą pensję w wysokości 3000 zł przez najbliższe cztery lata i nie zrobią niczego dobrego dla miasta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co innego kandydaci na prezydenta. Szczerze powiem, że jestem znudzony gębą i obietnicami obecnie urzędującego włodarza. Ba, chętnie skopałbym mu tyłek, gdybym go spotkał na ulicy. Kiedyś na maturze z Wiedzy o Społeczeństwie napisałem, że polityk powinien być osobą odpowiedzialną i powinien ponosić konsekwencje za to co mówi. Obecny gospodarz Sosnowca właśnie dostałby po dupie za to co obiecał, a czego nie zrobił. Czyli jednym zdaniem mówiąc miałby dupę siną i zieloną. Żeby efekt został na dłużej, skonsultowałbym się z Marsellusem Wallacem i posłałbym do niego chłopców z palnikiem i obcęgami. Dlatego w tym roku zacząłem na serio interesować się tym, który z kandydatów na prezydenta otrzyma moje poparcie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W tym celu napisałem długi i przejmujący list jaki to obecny prezydent jest nieudolny i kłamliwy, a Sosnowiec ponury, brzydki i niebezpieczny. No i dlaczego żyjąc w jednym z większych miast w Polsce w XXI wieku idąc do sklepu, czy na przystanek autobusowy mam spodnie ubrudzone błotem do kolan. Przekopałem cały internet w poszukiwaniu jakiegoś kontaktu do kandydatów. Do obecnego nie wysyłam z wiadomego powodu, do dwóch delikwentów nie znalazłem, jeden uczył mnie Wiedzy o Społeczeństwie w gimnazjum i go również nie lubię, a do dwóch szczęśliwców mój list doszedł. Zaznaczyłem w liście, że oczekuję konkretów w odpowiedzi, a nie wykrętów w stylu "zapraszamy na konferencję". Kliknąłem na magiczny przycisk "wyślij" i pozostało mi tylko czekać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na pierwszą odpowiedź nie musiałem długo czekać. Zawiodłem się, bo dostałem właśnie coś w stylu "zapraszamy we wtorek o 18.00 na spotkanie". Na odpowiedź od drugiego w dalszym ciągu czekam. Pewnie się nie doczekam, bo gość jest tak ważny, że szaremu obywatelowi nie odpowie bo jest posłem, a najchętniej zaśmieci mu ulicę pod domem ulotkami z jego facjatą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I tak jak podczas tegorocznych wyborów prezydenckich doszedłem do wniosku, że większość kandydujących to raczej betony, których twarz na ulotkach została zretuszowana, niż jakieś konkrety. A szkoda, bo myślałem, że są na tym świecie ludzie, którym jednak zależy, żeby Sosnowiec był Sosnowcem, a nie Sosno - wsią. Nie oznacza to jednak, że na wybory nie pójdę, o nie. Pójdę. Na karcie z nazwiskami kandydatów na prezydenta napiszę swoje, bo skromnie uważam, że grając w Sim City 4 moja populacja miała wyższy wskaźnik zadowolenia niż obecni mieszkańcy Sosnowca. A na drugiej karcie kandydatów do Rady Miejskiej postawię krzyżyk przy osobie, której nazwiska nigdy nie słyszałem, bo albo jest szanującą się osobą, która nie śmieci ulic ulotkami, albo jest biedna i nie stać jej na wydrukowanie miliona papierków z jej gębą i zatrudnienie emerytów do śmiecenia miasta. Bo nie dość, że mam dość rządów i nieudolności obecnej ekipy, to jeszcze muszę znosić przykry widok sterty śmieci na ulicach. Nawet idąc na autobus, czy do sklepu, czyli tam gdzie nie ma chodnika jest wiele plakatów wyborczych i ulotek, co jest dla mnie czystym chamstwem. Dobrze, że wybory są w listopadzie, kiedy noce są długie, bo mam więcej czasu na zrywanie plakatów ze słupów i umieszczanie ich tam gdzie jest ich miejsce, czyli w koszu. Bo w piecu ten papier raczej się nie pali.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5767885164045152685-4613544788661026972?l=littlejacob.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://littlejacob.blogspot.com/feeds/4613544788661026972/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2010/11/do-kosza-z-ta-polityka.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/4613544788661026972'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/4613544788661026972'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2010/11/do-kosza-z-ta-polityka.html' title='Do kosza z tą polityką'/><author><name>Jakub</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12117029458729354081</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='30' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sZYtj72cVRQ/TF8CSFOeRYI/AAAAAAAAACY/tC8vXnYVxvA/S220/Bez+nazwy+1+kopia.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5767885164045152685.post-6431863869666289478</id><published>2010-10-21T23:07:00.004+02:00</published><updated>2010-10-22T09:03:51.346+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kierowca'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='katowice'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polska rzeczywistość'/><title type='text'>Chaos i zamieszanie</title><content type='html'>Jest już po 23, grzeczne dzieci poszły dawno spać i śnią o pierdołach, uczniowie szkół średnich zamiast się uczyć do ważnych sprawdzianów oglądają porno w sieci, studenci piją, a Jarosław Kaczyński pisze kolejne plany jakby tu zawładnąć światem. Uczą się tylko Ci, którzy przygotowują się do ważnego jak diabli egzaminu na prawo jazdy, bo jak powszechnie wiadomo skuteczność zdania za pierwszym razem w naszym kraju jest żenująca. A wszystko za sprawą wtyków, znajomości, ewentualnie "koperty". Ale nie ma co się martwić, jest jeszcze garstka wojowników, którzy dają z siebie wszystko bo wiedzą, że uda im się w końcu uczciwie zdać ten nieuczciwy egzamin.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niecałe dwa lata temu i ja byłem tym wojownikiem. Siedziałem nad książkami, które dostałem gratis w promocji na kursie, a nocą podkradałem rodzicom samochód i szlifowałem technikę jazdy. Do tej pory nie wiem, który tramwaj ma pierwszeństwo na którym torze i dlaczego nie należy zrzucać na luz dojeżdżając do świateł. Mniejsza o to. Przyszedł czas egzaminu - zimno jak w psiarni w tym ośrodku było i tylko przez szybę widziałem wracających niedoszłych kierowców na prawym siedzeniu. Zawiodłem się, gdy przyszła moja kolej, bowiem musiałem improwizować podręcznikową jazdę. Udało mi się, ale po dwóch latach dalej czuję niedosyt i mam wrażenie, że zdałem to nieuczciwie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dlaczego? Tydzień po odebraniu papierka musiałem porzucić nawyki obrane podczas kursu, oraz podręcznikową jazdę. Nie dało się po prostu tak jeździć po naszych polskich drogach, co chwilę bujało moim małym samochodzikiem, gdy ktoś mnie wyprzedzał. Bardziej dobijające było, gdy ktoś uparcie siedział mi na tylnym zderzaku. Wiele razy się doigrałem jeżdżąc przepisowo, no ale o tym już było. Teraz miejsce lewego łokcia jest na lewych drzwiach, a prawa ręka obraca kierownicą. No i otwarcie się przyznaję - często nie jeżdżę 50 km/h bo po prostu się nie da. Chyba, że przechodzi tajfun, śnieżyca, wyskakuje jakieś zwierzątko na drogę czy inna globalna katastrofa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wiem, gdyby każdy jeździł przepisowo to nie byłoby tylu wypadków ani ofiar. Ale jak można jeździć przepisowo, skoro również drogi na to nie pozwalają? Co należy zrobić widząc przed sobą ogromną dziurę na drodze poza terenem zabudowanym? Podręcznikowo należy zahamować, włączyć kierunkowskaz, zjechać na przeciwny pas i w miarę możliwości ominąć niebezpieczeństwo na drodze. I dzięki tej technice w nasz samochód przypiernicza przedstawiciel handlowy. Tak się składa, że Polacy to strasznie zabiegany naród więc albo zwalniają i przejeżdżają przez dziurę ryzykując samochód, albo się nie pierdolą ładnie mówiąc i od razu zjeżdżają na drugi pas. Również książkowe techniki nie sprawdzają się przy wyprzedzaniu. Nasza kultura jazdy na to nie pozwala. Jadąc czteropasmówką wiele razy zdarzyło mi się, że kogoś legalnie wyprzedzałem, a z nienacka parę centymetrów przede mną pojawiał się samochód przedstawiciela handlowego. O rondach już nie wspomnę. Zauważyłem, że większość jeździ po nich jak się komu podoba. A to z lewym kierunkiem, a to z prawego pasa w lewo sobie jadą, a z lewego w prawo, a niektórym zdarza się przejechać przez środkową wysepkę. Najbardziej porąbane rondo widziałem w Krakowie - nie dość, że trójpasmowe to jeszcze ze światłami. Rozumiem, na takim to można się zgubić, ale żeby jeździć z prawego pasa w lewo na rondzie w Katowicach to już trzeba naprawdę nie mieć oleju w głowie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przyznam się otwarcie, że dwa lata po odebraniu prawka nie jestem mistrzem kierownicy jak Steve McQueen z Bullitta ani jak Kowalski ze Znikającego Punktu. Nie jeżdżę również jak Krzysiu Hołowczyc, który podkłada głos w nawigacji samochodowej. Codziennie staram się podnosić mojego driving skilla, bo codziennie inni kierowcy potrafią mnie zaskoczyć czymś nowym. Zwłaszcza przedstawiciele handlowi, malujące się blondynki, albo Katowice i tamtejsze jednokierunkowe ulice - codziennie inne. Sam również siebie zaskoczyłem - wczoraj prowadziłem samochód w kapciach. Trochę spanikowałem, gdy przy 100km/h wrzucałem piątkę i puszczając pedał sprzęgła odkleiła mi się podeszwa. Ale dałem radę!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5767885164045152685-6431863869666289478?l=littlejacob.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://littlejacob.blogspot.com/feeds/6431863869666289478/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2010/10/chaos-i-zamieszanie.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/6431863869666289478'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/6431863869666289478'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2010/10/chaos-i-zamieszanie.html' title='Chaos i zamieszanie'/><author><name>Jakub</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12117029458729354081</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='30' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sZYtj72cVRQ/TF8CSFOeRYI/AAAAAAAAACY/tC8vXnYVxvA/S220/Bez+nazwy+1+kopia.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5767885164045152685.post-4072185104362464769</id><published>2010-10-16T20:27:00.001+02:00</published><updated>2011-02-02T18:19:59.740+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='spisek'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='przyszłość'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='internet'/><title type='text'>Bunt maszyn?</title><content type='html'>Zdążyłem zapomnieć o tym blogu, bo doszedłem do wniosku, że współczesne społeczeństwo internetowe ogląda tylko demotywatory, pisze na Facebooku jak to wspaniale było przed chwilą pod prysznicem i wrzuca fotki z kąpieli na Sexfotkę. Coś mnie jednak tchnęło do naskrobania postu, bowiem zdarzyło się coś o czym po prostu muszę napisać, bo jest równie absurdalne jak Janusz Palikot.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Otóż gdzieś w środę - czwartek postanowiłem sobie zmienić dane i pogrzebać na moim profilu na home.pl - w końcu mam tam wykupioną domenę, a mój serwis już od dawna nie istnieje. Wpisuję sobie login i hasło, enter i... błąd logowania. Co jest? Pewnie wybrałem nie te hasło z mojego zestawu. Próbuję następne i dalej... nic. Cóż, skleroza nie boli, głupota nie wybiera więc skorzystajmy z opcji resetu hasła, w końcu się przyda. Kliknąłem chyba ten guziczek z milion razy, a żaden głupi mail z dalszymi instrukcjami dot. resetu hasła do mnie nie przyszedł. Hmm...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szybko wyczytałem jednak, że zmiany hasła można dokonać również poprzez wypełnienie stosownego wniosku, wydrukowanie, podpisanie i zeskanowanie go. Cóż, pięć minut dłużej mnie już nie zbawi. Robię co każą, w między czasie walczę z upartą, przeklętą, starą, głośną i prawie bezużyteczną drukarką. OK, zrobione. Co dalej?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Znalazłem się na magicznej stronce umożliwiającej skontaktowanie się z obsługą i przesłanie im tego wniosku. No dobra, parę miłych słów do obsługi, załączenie plików, przepisanie kodu z obrazka, by udowodnić im, że jednak mam coś w rodzaju mózgu i jazda.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wydawać by się mogło, że to już koniec drogi przez mękę. Haha, nie tym razem. Zgłupiałem, zbaraniałem i totalnie odleciałem, gdy formularz służący do kontaktu z obsługą zapytał się mnie o login i hasło. Co proszę? Wpisuję login i jazda, bo hasła przecież nie pamiętam. Dlatego się znalazłem w tym miejscu na tej stronie. Guzik, formularz zwrócił błąd, że nie wpisałem hasła. Grr... Wpisuję więc "nie pamiętam", żeby się w końcu ode mnie odczepił i posłał ten wniosek o zmianę hasła do obsługi. I również tym razem na środku ekranu wyświetlił mi się czerwony napis w stylu "mission failed", a brzmiał on "podany login i hasło nie pasują do siebie". Oczywiście, że nie pasują, bo ile razy mam jeszcze powtarzać, że nie pamiętam swojego hasła i próbuję je zmienić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po kilku(nastu) minutach walki z głupim, bezużytecznym i fatalnie zaprogramowanym formularzem do kontaktu z obsługą udało mi się wysłać ten wniosek. Teraz pozostaje tylko czekać na odpowiedź zBOKu (z Biura Obsługi Klienta). Mam nadzieję, że to koniec moich perypetii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z przerażeniem patrzę w przyszłość. Człowiek tworzy erę komputeryzacji po to, żeby w życiu miał łatwiej, a nie pod górkę. Konstruuje i programuje inteligentne domy, telefony komórkowe, które pamiętają o urodzinach dziewczyny / teściowej*, a nawet podajniki papieru toaletowego. Przenieśmy się jakieś 10 - 15 lat do przodu. Strach pomyśleć, gdy zbuntuje się taki elektroniczny tasak do mięsa. Wtedy zacznie szaleć po mieszkaniu, odetnie mi rękę, a wtedy na bank się nie dostanę do własnego mieszkania, bo drzwi otwierają się na odciski palców, nie zaloguję się na laptopie, ani nie podrapię się w tyłek. A może być jeszcze gorzej. Strach nawet o tym myśleć. Brr...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* niepotrzebne skreślić&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5767885164045152685-4072185104362464769?l=littlejacob.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://littlejacob.blogspot.com/feeds/4072185104362464769/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2010/10/bunt-maszyn.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/4072185104362464769'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/4072185104362464769'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2010/10/bunt-maszyn.html' title='Bunt maszyn?'/><author><name>Jakub</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12117029458729354081</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='30' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sZYtj72cVRQ/TF8CSFOeRYI/AAAAAAAAACY/tC8vXnYVxvA/S220/Bez+nazwy+1+kopia.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5767885164045152685.post-6787719016931177623</id><published>2010-08-20T12:39:00.003+02:00</published><updated>2011-02-02T18:25:03.730+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='spisek'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='języki'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polska rzeczywistość'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zagranica'/><title type='text'>Łi no spik Amerikano</title><content type='html'>Uprzedzając z góry pytania o tytuł - nie. Nie będę pisał o tandetnym dla mnie hicie lata, który gdy tylko leci w radiu zaraz zaczyna wychodzić dupą. Nie napiszę również słowa o tłustych Amerykanach, czisburgerach, Baracku Obamie, ani nie pomaluję Białego Domu brązową farbą. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Słuchając wczoraj w kółko francuskiej piosenki grupy Les Enfoires długo zastanawiałem się nad tym, jak można mówić po francusku. W ogóle jak ktokolwiek mógł kiedyś wymyślić tak zawiłe i skomplikowane wyrazy. Uczyłem się tego przez trzy lata, bo ze słuchu wydawał mi się całkiem fajny, jednak gdy przyszedł czas na gramatykę, czasy, czasowniki nieregularne, a przede wszystkim większość wyrazów to wierzcie mi, ale nie było mi do śmiechu. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że gdy zaczynałem karierę z tym językiem to miałem dobre chęci. Chciałem sobie kiedyś wyjechać do Paryża, wejść do sklepu i bez problemu poprosić o bagietkę, bo wiem, że Francuzi słowa nie powiedzą w innym języku. Jakież było moje zdziwienie, gdy dowiedziałem się, że po francusku również się nie dogadam. Pieprzone dialekty, no tak... Doszedłem wtedy do wniosku, że to wszystko jest bez sensu. Po co mam się uczyć języka, w którym się nigdzie nie dogadam? Wymęczyłem się więc przez trzy lata liceum, poprawiając lufę na koniec każdego z semestrów i co mi z tego przyszło? To, że umiem się przedstawić. Ło, ale szpan. To co bardziej utrudnia naukę owego języka to skomplikowane czytanie wyrazów, jeszcze trudniejsze ich skracanie i wymowa litery "R". Trzeba sobie język upitolić, by poprawnie wypowiedzieć wyrazy z "R". Grrr, nienawidzę tego.&lt;br /&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Zostawmy "fhancuski" w świętym spokoju, gdyż na świecie jest jeszcze więcej zawiłych i skomplikowanych języków. Chiński. Czy ktoś tutaj obecny potrafi powiedzieć coś po chińsku? Albo jeszcze lepiej - czy ktoś może mi odczytać jakiś wyraz? Prawie 1/6 ludzkości posługuje się biegle tym językiem. Arabski. Ktoś powie mi coś po arabsku? Niemiecki? Może lepiej nie, bo tam wszystkie wyrazy brzmią jakoś tak... dziwnie. Swahili? Rosyjski? Kazachski?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do czego zmierzam? Otóż zastanawiam się po co u licha na świecie tyle języków? Dlaczego muszę się męczyć wpuszczając francuską piosenkę w translator, by upewnić się, że nie słucham rzeczy typu "zerżnę ci twój słodki mandarynkowy tyłeczek"? Dlaczego jadąc japońskim metrem muszę wybierać przystanek na pałę, bo za cholerę nie rozumiem ich bazgrołów w alfabecie? Dlaczego jadąc do Paryża i chcąc kupić bagietkę muszę robić z siebie takiego idiotę? Ja wiem, że język jest elementem antropologii i kultury danego państwa. Ale u licha żyjemy w XXI wieku, mamy fejsbuki, tłiterry, możemy rozmawiać z ludźmi z całego świata. Czy nie łatwiej byłoby porozmawiać bez translatora pod ręką? Oczywiście, że tak. Jasne, istnieje mnóstwo szkół językowych, masa różnego rodzajów kursów. Śmiało możecie się tam wybrać i wydać kupę kasy, a i tak nie pojmiecie całego języka i nigdzie się nie dogadacie. Jaki świat byłby wspaniały, gdyby każdy potrafił się z każdym dogadać. Gdyby ktoś ważny na tym świecie ustalił drugi język urzędowy i każdy z nas potrafił się nim posługiwać. Potrafiłbym wtedy wysiąść z japońskiego metra na dobrym przystanku, czy kupiłbym bagietkę we Francji i nie wyszedłbym na idiotę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kończąc gorzkie żale o zagranicznych językach uświadomiłem sobie, że coraz to większym problemem jest dogadanie się u nas, w Polsce. Co chwila powstają jakieś nowe wyrazy, które stawiają między nami barierę. Jak na przykład bezendu? No, może to zły przykład, bo dzięki telewizji wszyscy doskonale wiemy, co to znaczy. Ale gdyby ktoś się odważył powiedzieć to komuś rok temu, to zapewniam, że słowem zwrotnym byłoby wysoko zaakcentowane "co?". Wiedzieliście, że "brysztanga" to po łódzku łom, "galapagos" to homoseksualsta, "smarknięcie" to popularny dźwięk wykorzystywany w rapie, a "gazok" to po śląsku piłka do tenisa? I tak dochodzę do wniosku, że nauka obcego języka staje się daremna, jeśli nie mogę dogadać się u siebie w Polsce. Co jadę na Śląsk to nie wiem, czy mam mówić, czy "godoć" narażając swoje życie, gdy się pomylę. Istnieje przekonanie, że Polak i Węgier, czy Polak i Rusek zawsze się dogadają, a Polak z Polakiem już nie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To ja już spadam i już więcej nic nie gadam. Muszę opanować instrukcję obsługi pralki, a ta niestety nie dość, że jest gruba jak Biblia to jest po niemiecku.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5767885164045152685-6787719016931177623?l=littlejacob.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://littlejacob.blogspot.com/feeds/6787719016931177623/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2010/08/i-no-spik-amerikano.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/6787719016931177623'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/6787719016931177623'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2010/08/i-no-spik-amerikano.html' title='Łi no spik Amerikano'/><author><name>Jakub</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12117029458729354081</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='30' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sZYtj72cVRQ/TF8CSFOeRYI/AAAAAAAAACY/tC8vXnYVxvA/S220/Bez+nazwy+1+kopia.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5767885164045152685.post-65728230128102504</id><published>2010-08-08T21:29:00.007+02:00</published><updated>2011-02-02T18:27:54.957+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='czas'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='lamborghini'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wakacje'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='porsche'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='ferrari'/><title type='text'>Dogonić czas</title><content type='html'>Era blogowania skończyła się już w zeszłym roku, co zresztą zdążyliście zauważyć. Zamiast skrobania i wylewania słów teraz modne jest pisanie wszystkiego w góra jednym zdaniu. Tzw. ćwierkanie (Twitter). Hm... Dziękuję, ale to nie dla mnie. Mój ptaszek nie będzie ćwierkał w internecie, o nie. Nie wiem czy to kolejny trend w modzie, czy po prostu społeczeństwo z roku na rok głupieje i traci umiejętność czytania. Whatever it is, mój zapał do pisania jak i mój blog nie są już takie jak w 2007 roku, kiedy stukałem post za postem. A pisać jest o czym. Tylko, że mi się nie chce.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wydaje mi się, że w tym roku czas przesiadł się z niezwykle brutalnego i silnego Astona Martina DBR9 i wyposażył się w jeszcze brutalniejsze Ferrari 599 GTO, które w nocy potajemnie podłącza pod niezwykle skomplikowane urządzenie wypożyczone z NASA i podkręca moc tego prawie 700 konnego pojazdu. Wydaje mi się również, że jeszcze wczoraj był początek czerwca, a ja sobie brałem zasłużony trzydniowy urlop. Doskonale pamiętam pogodę i koncert Jamala w Sosnowcu, na który w cholerę się spóźniłem. Ale no po kolei.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedyś, dawno temu podczas przerwy wakacyjnej między gimnazjum, a liceum siedziałem i kisiłem się w domu narzekając na wszędobylską nudę. Mając 16 lat wyrywałem się do pracy na wakacje, dzwoniłem po różnych instytucjach i urzędach, jednak nikt nie odważył się zatrudnić gówniarza na miesiąc, czy dwa. A ja narzekałem dalej. Siedziałem przy komputerze uzupełniając działy GTAReview, czytając te same wiadomości na WP i tym podobne. Postanowiłem, że w następne wakacje pójdę do pracy zarobić trochę grosza na browary. I wiecie co? Dotrzymałem postanowienia. Od lipca 2007 roku pierwszy raz w życiu poszedłem do pracy. Nie było łatwo wstawać codziennie o bladym świcie, ale chęć zarobienia kasy była jednak silniejsza. I w ten sposób wakacje przeleciały mi przed oczami tak szybko, że zanim zdążyłem wydać całą wypłatę już był 1 września. Mój czas wtedy jeździł wychudzonym i doładowanym Porsche GT3.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nadszedł rok 2008. Nie musiałem długo czekać na wakacje, podczas których trwania oczywiście znowu poszedłem do pracy. Tym razem fizycznej. Nigdy więcej. Wtedy czas porzucił oklepane już Porsche i przesiał się do Lamborghini Gallardo Superleggera. I tak znowu przepracowałem wakacje, które powinienem poświęcić na leniuchowanie w domu. To samo rok później. Z tą różnicą, że pracowałem tym razem nie przez miesiąc, nie dwa, lecz cztery! Od czerwca do końca września każdego dnia od 6 do 14 byłem nieosiągalny. Opłacało się? Jasne że tak, tylko kasa wydawała się w ekspresowym tempie, a czas płynął z prędkością maksymalną Astona Martina DBR9.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tegoroczne lato również upływa mi w pracy. I tak dzień po dniu czuję, jak czas mi ucieka, a ja bezsilnie próbuję go dogonić. Dopiero teraz doceniam piękno wolnego czasu - gdy wykorzystuję kolejny dzień urlopu z niewielkiej puli. Dopiero dzisiaj uświadamiam sobie po co są wakacje. Chyba czas najwyższy na odpoczynek. Albo na przesiadkę do niesamowicie szybkiego super-samochodu, szybszego od tego, którym dysponuje czas. A może powinienem nauczyć się szanować każdą sekundę mojego życia?&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5767885164045152685-65728230128102504?l=littlejacob.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://littlejacob.blogspot.com/feeds/65728230128102504/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2010/08/dogonic-czas.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/65728230128102504'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/65728230128102504'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2010/08/dogonic-czas.html' title='Dogonić czas'/><author><name>Jakub</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12117029458729354081</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='30' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sZYtj72cVRQ/TF8CSFOeRYI/AAAAAAAAACY/tC8vXnYVxvA/S220/Bez+nazwy+1+kopia.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5767885164045152685.post-1208960327067017436</id><published>2010-05-18T09:31:00.000+02:00</published><updated>2010-05-18T09:32:00.511+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='władza'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polityka'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='pogoda'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polska rzeczywistość'/><title type='text'>Halo? Mamy powódź!</title><content type='html'>&lt;span style="font-style:italic;"&gt;- Halo? Straż pożarna? Chciałbym zgłosić, że zalało mi pół działki, całą piwnicę, wywaliło mi rury i nie mam bieżącej wody. Możecie przyjechać?&lt;br /&gt;- Yyy... Mamy ważniejsze sprawy na głowie, tramwaje nie mogą przejechać pod wiaduktem do Katowic.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Właśnie tego typu zgłoszenie poszło wczoraj do straży pożarnej. Po co? A no bo stałem się ofiarą powodzi i jeśli tak dalej potrwa to stracę cały swój majątek i dostanę uprawnienia do otrzymywania darów dla powodzian. No a ukochane służby do tej pory nie raczyły przyjechać i wypompować chociaż część tej wody. Dziękuję również władzy, która w ogóle sobie nie radzi z intensywnie padającym deszczem. Dziękuję, że moje ciężko zarobione pieniądze idą właśnie na podatki, które zasilają konta tym wszystkim baranom, którzy w obliczu zagrożenia życia ludzkiego nawet nie kiwną palcem. Bo co to jest zatrzymać tramwaj, wywalić z niego ludzi, a zająć się tymi, którym woda niedługo zabierze dobytek całego życia?&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5767885164045152685-1208960327067017436?l=littlejacob.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://littlejacob.blogspot.com/feeds/1208960327067017436/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2010/05/halo-mamy-powodz.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/1208960327067017436'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/1208960327067017436'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2010/05/halo-mamy-powodz.html' title='Halo? Mamy powódź!'/><author><name>Jakub</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12117029458729354081</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='30' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sZYtj72cVRQ/TF8CSFOeRYI/AAAAAAAAACY/tC8vXnYVxvA/S220/Bez+nazwy+1+kopia.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5767885164045152685.post-2166762706198760460</id><published>2010-04-29T22:16:00.006+02:00</published><updated>2011-02-02T18:30:44.214+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polityka'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wojewódzki'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='figurski'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polska rzeczywistość'/><title type='text'>"Po trupach do celu..."</title><content type='html'>Od kilku dni zastanawiam się, co mógłbym tutaj wyskrobać, żeby licznik komentarzy pod moimi postami gwałtownie zwyżkował. Zacząłem już nawet odchodzić od zmysłów, dopóki nie napisałem tego, co aktualnie chodziło mi po głowie. Wyżaliłem się głupiemu formularzowi na posty i wiecie co? Od razu czuję się lepiej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Myślałem sobie o podłożeniu bomby na Wiejskiej, ale ten plan szybko spalił na panewce. Ba! Nawet gdybym chciał, to w podmiejskim busie nie udałoby mi się zdetonować ładunku, bo zostałbym zadeptany i pobity przez bandę innych pasażerów korzystających z ulg na przejazd. Kolejnym moim pomysłem było bieganie na golasa po centrum miasta, lecz z tego równie szybko się wycofałem tak jak zabijam pojawiające się w tym roku pierwsze osy. Właśnie dziś wieczorem, gdy zabijałem jedno z tych czarno - żółtych, bądź żółto - czarnych stworzeń uświadomiłem sobie, że widok miliona komentarzy pod moim postem jest tylko moją cholerną utopią. Musiałbym sprowokować mega skandal, po którym 38 milionów Polaków przestałoby do mnie się odzywać, a po moich słowach ich uczucia zostałyby zranione. Jednak aż takim skandalistą nie jestem. W ogóle ze mnie taki skandalista, jak z koziej dupy ser.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Śmierć prezydenta, oraz innych ważnych osób w państwie połączyła Polaków. Od 10 kwietnia Każdy kocha prezydencką parę, klub parlamentarny PIS, prezesa Instytutu Pamięci Narodowej, prezesa NBP, kierowników czegoś tam pamięci o Katyniu, stewardessy, oficerów BORU i pilotów. Znienawidzeni zostali Donald Tusk, bo poleciał innym samolotem, Bronisław Komorowski, bo został tymczasowym prezydentem i Rosjanie, bo to na ich terytorium rozbił się samolot. Ze względu na to, że zwyczajowo nie robię sobie żartów z takich rzeczy, nie będę tego szerzej komentował. Skwituję to tylko tym, że nie rozumiem tego zjawiska, że ludzie, którzy Kaczyńskiego obrzucali jajkami i ziemniakami, nagle zaczęli go uważać najlepszego przywódcę w historii Polski. Za dużo "że", ale z polskiego miałem marną tróję i mam to w dupie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najbardziej nie rozumiem tego, że po skandalu, który wybuchł bodajże wczoraj, uczucia 38 milionów Polaków zostały zranione i każdy chce zjeść Wojewódzkiego i Figurskiego. "Na stos z tymi marnymi klaunami PO", "spalić ich", "obrażają nasze uczucia - uczucia POLAKÓW" przeczytać można na co drugim forum. Ale o co halo? O co kaman? Co zrobili? Obszczali kryptę gdzie leży prezydent? Wrzucili jego zdjęcie w gówno? A może zainscenizowali katastrofę rządowego samolotu w ich języku? Nic z tych rzeczy! Panowie podali tylko satyryczną piosenkę komentującą wydarzenia polityczne ostatnich tygodni, polaną idealnie przygotowanym sosem z czarnego humoru. Jednak dla większości ten sos okazał się za kwaśny. Nawet dla przedstawicieli takiego koncernu jak Coca-Cola, która sprzedaje odrdzewiacz do rur pod etykietą "maksymalnego orzeźwienia bez cukru". &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie rozumiem i nie zrozumiem tego zjawiska. Może to względy religijne, zasady, kwestia wychowania nie pozwala społeczeństwu zrozumieć, że żałoby już nie ma i każdy może otwarcie komentować to co się stało tak jak mu się podoba? A zresztą, co się będę tym przejmował. Sam mam własne, wykute już z żelaza zdanie na ten temat, którego nie poznacie, bo życie jeszcze jest mi miłe. Idę spać, bo jutro wstaję do roboty, a wy komentujcie zaistniałą sytuację. Mam nadzieję, że tym razem spiszecie się na medal.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://www.wiadomosci24.pl/artykul/po_trupach_do_celu_wojewodzki_i_figurski_zaspiewali_136387.html"&gt;KLIK!&lt;/a&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5767885164045152685-2166762706198760460?l=littlejacob.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://littlejacob.blogspot.com/feeds/2166762706198760460/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2010/04/po-trupach-do-celu.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/2166762706198760460'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/2166762706198760460'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2010/04/po-trupach-do-celu.html' title='&quot;Po trupach do celu...&quot;'/><author><name>Jakub</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12117029458729354081</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='30' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sZYtj72cVRQ/TF8CSFOeRYI/AAAAAAAAACY/tC8vXnYVxvA/S220/Bez+nazwy+1+kopia.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5767885164045152685.post-6293778003948920690</id><published>2010-04-02T16:12:00.001+02:00</published><updated>2010-04-02T16:24:52.372+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polityka'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='ekologia'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='sosnowiec'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='internet'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='rover'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wiosna'/><title type='text'>Wiossssna!</title><content type='html'>Czeeść! Mam nadzieję, że się za mną nie stęskniliście, bo nie zniósłbym tego, gdyby na moją zapchaną skrzynkę mailową przyszła wiadomość pokroju "stęskniłem się za tobą chaosq/jakubq". Mam nadzieję również, że przypadkiem nie skręcało komuś dupy w oczekiwaniu na kolejnego posta na tym blogu. Takiej wiadomości też bym nie zniósł.&lt;br /&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;A nawet jeśli ktoś czeka na kolejną notatkę z cyklu "Chaos za kierownicą" to co? Nic. Bo takowej nie będzie? Czemu? Bo nie czytacie. Proste. Za to już w tym miesiącu planuję otworzyć wreszcie drzwi do całkiem niezależnego portalu motoryzacyjnego tworzonego przez internautów. Tam znajdą się wszystkie teksty, które miały powędrować tutaj. Ale to jeszcze kupa czasu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zauważyliście, że od kilkunastu dni odczuć można wiosenne powietrze, temperatura na zewnątrz sięgnęła 20 kresek, a drzewa zaczęły puszczać bąki? Jeśli nie, to radzę odsłonić firankę i wyczyścić szyby okna z kurzu, ewentualnych pająków (chodzi o owada!), czy fragmentów jedzenia. Może dzień dzisiejszy nie jest idealnym przykładem na to, ale uwierzcie mi, że mamy wiosnę od... umm... jakichś 12 dni.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z jednej strony nienawidzę tej pory roku. Wszystko za sprawą tych zielonych dupków, którzy po zimie wychodzą ze swoich super-ekologicznych bunkrów by oznajmić wszystkim, że świat zmaga się z globalnym ociepleniem. Pocieszam się faktem, że coraz więcej obywateli przyjmuje do wiadomości fakt, że to o czym oni mówią to totalna ściema. Idealnym przykładem jest sytuacja, gdy trójka młodych zwolenników Greenpeacu trzęsło się z zimna i popijało sobie kawkę, podczas gdy ja rozpoczynałem czwartą godzinę rozdawania gazet. A było wtedy w miarę ciepło - jakieś 8 stopni.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Odbiegając od tematu - TAK! Przez trzy ostatnie miesiące rozdawałem gazety w centrum Katowic. To ja byłem tym kurduplem, który rozdawał niechlujnie gazety pod Dworcem PKP. To ja ubrałem czerwoną kurtkę i śmieszną czapkę. Straciłem przy tym szacunek do siebie i jest mi wstyd. Naprawdę. To się więcej nie powtórzy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wracając do wiosny - na czym skończyłem? Ah, na tym jak bardzo nie lubię zielonych. O tym chyba już wiecie. Z drugiej jednak strony uwielbiam wiosnę bo jest ciepło (rzecz jasna), z łatwością można palić gumy, czy stać w potężnym korku w godzinach szczytu w samochodzie bez klimatyzacji. O tak. Brakuje jeszcze płyty z przebojami ABBA, John'a Travolty, czy coś w tym stylu. Jedną z najlepszych rzeczy na wiosnę z pewnością jest sprzątanie, które wygląda u mnie mniej więcej tak:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cytat:&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;&lt;br /&gt;- Co to do cholery jest? Jakaś podstawka? Do kosza! A to co? Stara gazeta? Wywalić. A to? Spadek po dalekim wujku z Ameryki na sto milionów dolarów? Sru!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do czego zmierzam? Nigdy nie sprzątam powierzchownie, a to co spotkam albo leci do kosza, albo chowam tak, że potem nie mogę znaleźć. I takim o to sposobem, w dniu dzisiejszym przedmioty takie jak: archiwalne wydania magazynu CD-ACTION z lat 2000-2003 zostały schowane lub spalone, sam już nie pamiętam, a archiwalne wydania magazynu CLICK, stary fotel, puszki po farbach i coś tam jeszcze co mi się w ręce nawinęło zostały komisyjnie spalone. &lt;br /&gt;Pozbywam się również starego samochodu, którego historię znacie, więc żadnemu z was go nie sprzedam. Chyba, że ktoś będzie bardzo chciał.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie mam zielonego pojęcia skąd przyszedł zwyczaj sprzątania na wiosnę, chociaż mam przeczucia, że z Hameryki. Ale to, na co wpadł ktoś z "grupy trzymającej władzę" w moim mieście jest po prostu mistrzostwem profesjonalizmu, jakie kiedykolwiek widziałem. Władzom nie spodobało się to, że po tym jak śnieg stopniał na chodnikach pojawiła się cała masa śmieci i wszelkiego rodzaju kiepów. W miarę szybko posprzątali ten bałagan, ale według starego prawa Murphy'ego rozwiązanie jednego problemu stworzyło kolejny. GTW zorientowało się, że w centrum nie ma ani jednej popielniczki, a popyt na kosze na śmieci znacznie przewyższa podaż. Sterta niedopałków znowu zaczęła walać się po chodnikach. Na rozwiązanie tego problemu nie trzeba było długo czekać, bowiem od jakiegoś czasu koło obsranego pomnika Kiepury postawiono tabliczki z napisem "NIEDOPAŁKI". Nie było by nic w tym dziwnego, gdyby nie fakt, że owe tabliczki umieszczono w kwietnikach. Ja wiem, że zgnite i stare pety to idealny nawóz do kwiatków. Władze mojego miasta rozwiązały dwa poważne problemy i zapobiegły trzeciemu. Gratuluję. Ale czy reszta społeczeństwa też zna ten myk z nawozem i poparcie dla obecnej partii wzrośnie jesienią? No i co na to Greenpeace? Z pewnością nie będą zadowoleni.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pozwolę sobie jeszcze wrócić do początku, gdy pisałem o zapchanej skrzynce maliowej. Tam też wypadałoby posprzątać. Moje leniwe ego doszło do wniosku, że nie chce mi się oglądać miliarda wiadomości i sprawdzać co jest potrzebne, a co nie i postanowiło założyć nową skrzynkę. Wydawało mi się, że to taka prosta rzecz. Byłem w ogromnym błędzie. Nie udało mi się przeczytać tej zarąbistej wiadomości powitalnej, ba! nawet nie dałem rady przejść przez rejestrację. Za każdym razem odtrzymywałem niemiły komunikat z obsługi, że proponowany przeze mnie nick jest zajęty. Wpisuję moją ulubioną postać filmową - dupa!. Wpisuję arcytrudny wyraz w języku polskim - to samo. Wpisuję imię i nazwisko we wszystkich kombinacjach - przedzielone kropką, myślnikiem - też! A najlepsze są proponowane loginy pokroju "jakubd1s212481s231523821". No dajcie spokój! Do czego to doszło, żeby w dzisiejszym świecie nie dało się założyć krótkiego, zwięzłego i fajnego mejla? Pamiętam czasy, gdy byłem posiadaczem fajnego adresu mejlowego i krótkiego numeru gadu - gadu. I co mi z tego zostało? Gadu - gadu mi zabrali, a maila skasowali, bo przez miesiąc nie sprawdzałem poczty. Grr!...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5767885164045152685-6293778003948920690?l=littlejacob.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://littlejacob.blogspot.com/feeds/6293778003948920690/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2010/04/wiossssna.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/6293778003948920690'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/6293778003948920690'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2010/04/wiossssna.html' title='Wiossssna!'/><author><name>Jakub</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12117029458729354081</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='30' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sZYtj72cVRQ/TF8CSFOeRYI/AAAAAAAAACY/tC8vXnYVxvA/S220/Bez+nazwy+1+kopia.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5767885164045152685.post-4712768511858978122</id><published>2010-03-23T14:23:00.005+01:00</published><updated>2010-03-23T14:32:31.501+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='internet'/><title type='text'>8 lat w internecie</title><content type='html'>Pamiętam, że kiedyś - dawno dawno temu - widniała na tym blogu notka zatytułowana "GTAutobiografia". Był to opis moich podbojów na scenie GTA, dzień po dniu, miesiąc po miesiącu. Nie mam zielonego, a tym bardziej czerwonego pojęcia co się z nią stało. Chyba byłem w stanie upojenia alkoholowego i kliknąłem nie to co trzeba.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mój ślad w internecie jednak przetrwał i w ostatnią sobotę zasiadłem przed komputerem, włączyłem tryb myślenia, niezwykle wkurzającą dzisiaj muzykę, której słuchałem lata temu i zacząłem zabawę w kronikarza. A opisywania trochę było...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zaczynamy od najwcześniejszego wydarzenia, cofnijmy się więc do roku 2002.&lt;br /&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;++ ZAIBATSU (2002.03.06 - 2007.09.29)&lt;br /&gt;"gta.pl" było dosłownie pierwszym adresem wklepanym w dniu podłączenia mnie do internetu, gdyż wtedy bardzo interesowałem się tą serią (GTA1 było pierwszą grą, którą odpaliłem na PC ;). Zarejestrowałem się pod prymitywnym nickiem "Kuba`asss" w 2002 i sobie o tym zapomniałem. Rok później, gdy poskładałem wreszcie kompa i odpaliło mi GTA3 powróciłem na łono strony w poszukiwaniu dodatków do gry i informacji na temat kolejnej części. W 2004 (lipcu) zacząłem się udzielać w konkursie Screen of the Week, gdzie poznałem masę wspaniałych ludzi. Wtedy uświadomiłem sobie, że w necie można znaleźć ludzi o podobnych zainteresowaniach, którzy tak jak ja zostali ulepieni z tej samej gliny ;). W 2005, gdy większość wyemigrowała na GtaReview ja pozostałem bezpartyjny - tzn. udzielałem się tak samo na ZAIBATSU i na Review. We wrześniu 2006 zostałem moderatorem konkursu S.O.T.W., a kilka miesięcy później redaktorem całego serwisu. To tam zaczynałem moje redaktorskie podboje. Napisałem 120 newsów i kilka artykułów, co uplasowało mnie na trzecim miejscu w wewnętrznej liście najaktywniejszych redaktorów (jest się czym chwalić, o tak). W wakacje 2007 roku słońce zaczęło zachodzić nad serwisem, było coraz mniej gości, toteż pojawiło się mnóstwo komentarzy, że marnuję swój talent pisząc do kotleta. We wrześniu po nieprzyjemnym starciu z właścicielem i administratorem ostatecznie pożegnałem się z serwisem. Oficjalnie serwis zakończył działalność 29 maja 2008. Ogólnie to potężny kawał historii o zainteresowaniach, które przetrwały do dziś. W sumie to już nie chodzi o zainteresowania, ale o społeczeństwo, które powstało na tego typu serwisach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;++ &lt;a href="http://web.archive.org/web/*/http://zaibatsu.pl"&gt;wskocz do wehikułu&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;++ KARTER PAGE | HOMESITE · pierwsza strona domowa (od 2003 do 2005)&lt;br /&gt;Karter to moja pierwsza strona domowa zawierająca wszystko i nic, (później zbiór moich wszystkich screenshotów wysłanych na konkurs Screen of the Week), kilka durnych filmików, stronę tematyczną o serii "Z Archiwum X", księgę gości, gdzie PeBe ciągle najeżdżał na swojego kuzyna i odwrotnie. Prawdziwe początki zabawy z programem Frontpage (co widać poprzez ogromny syf w kodzie) i kiepska znajomość angielskiego. :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;++ &lt;a href="http://web.archive.org/web/20041213195010/http://karter.up.pl/"&gt;wskocz do wehikułu (karter)&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;++ &lt;a href="http://web.archive.org/web/20050203145736/http://karter.boo.pl/"&gt;wskocz do wehikułu (homesajt)&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;++ Dumb &amp; Dumbers | The RAMZ | PEKIN MONOPOL · wygłupy puszczone w net :)  (od 2004-12-27 do 2008-02-02)&lt;br /&gt;O tak, jestem typem człowieka, który minimum raz dziennie stoi przed lustrem i stroi głupie miny. Lubię się wygłupiać i nie mogło tego zabraknąć w internecie. Wspólnie z kumplami z osiedla kręciliśmy różne numery aparatem cyfrowym, obrabialiśmy to i puszczaliśmy w net w postaci krótkich filmów. Powstały 4 odcinki Dumb &amp; Dumbers, 5 odcinków The Ramz i 4 odcinki Pekin Monopol, który potem stał się amatorską grupą filmową.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jakiego typu były to filmy? Dumb and Dumbers to nic innego jak humor w stylu "jedzie koleś na deskorolce i gleba", albo bieganie w krótkich spodenkach w środku zimy. THE RAMZ to już popisy kaskaderskie jak skakanie po dachach garaży, zjeżdżanie po głównej ulicy na krześle obrotowym, czy pokaz jak nie powinno się jeździć na motorowerze. Z kolei Pekin Monopol początkowo miał być parodią zespołu niemieckich biseksualistów Tokio Hotel. Jednak nagrane wrzaski okazały się tak beznadziejne, że wyciszyłem głos i zmontowałem klatki pod utwór Mydełko Fa Marka Kondrata. Owy "teledysk" obejrzało prawie 100 000 widzów na YouTube. Pojawiły się także teledyski "Pstrzułka Maja", "sdsdd" i "Szmerfy", ale te nie zyskały aż takiej popularności.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;++ &lt;a href="http://web.archive.org/web/20050307205937/dd.gu.pl/"&gt;wskocz do wehikułu&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;++ GTAReview (od 2005-05-24 do teraz)&lt;br /&gt;Rok 2005 to istny boom na ten serwis. Wtedy właśnie został uruchomiony Random Shot Challange, alternatywa dla Screen of the Week "konkurencyjnego" serwisu Zaibatsu. Na e_Rce siedziała cała masa ludzi z pasją, a takowych na ZAIBATSU było coraz mniej. Dalej rozwijałem swoje zainteresowania, a od końca 2005 do 2006 roku miałem okazję prowadzić dział "download". Stosunkowo szybko jednak zgasłem jako redaktor, gdyż niesamowicie wkurzał mnie jeden z administratorów, a obok powstawało inne imperium o GTA. Dziś okazjonalnie wpadam, żeby zobaczyć co słychać u starych znajomych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;++ &lt;a href="http://gtareview.com/"&gt;skocz&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;++ Mój blog (od 2005-09-01 do 2007-03-12) (jeśli ktoś pamięta adres niech się odezwie!)&lt;br /&gt;Po stronie domowej przyszła kolej na bloga, gdzie chwaliłem się amatorsko wykonanymi zdjęciami i publikowałem pierwsze absurdy (najbardziej utkwił mi w pamięci stary maluch, którego postawili na środku ulicy osiedlowej, wywrócili na dach, a obok postawili znak "nakaz jazdy z prawej strony znaku"). Niestety nie mogę sobie przypomnieć adresu. A szkoda...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;++ Lethal Weapon Unofficial Site · strona o serii filmów Zabójcza Broń (od 2005-12-28 do 2006-05-01)&lt;br /&gt;Nie wiem skąd, nie wiem jak, ale się to coś uchowało. To coś to bardzo, bardzo, bardzo wczesna wersja jedynego w swoim rodzaju serwisu o serii filmów Zabójcza Broń w Polsce. W marcu serwis dorobił się prawdziwego CMS-a, stu artykułów i systemu społecznościowego (tzw. konta, wtedy to było coś). Nawiązaliśmy również współpracę z polskim dystrybutorem owych filmów - Warner Bros Polska. Jednak niewielka liczba odwiedzających sprawiła, że zwinęliśmy interes. Zachowane poniżej resztki pamiętają epokę dinozaurów, Windowsowskiego Fronpejdża i kolejne postępy w nauce tworzenia stron. Wtedy pojąłem trochę PHP, którego używam do dziś. :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;++ &lt;a href="http://members.lycos.co.uk/kudlaczpl/lwus/"&gt;skocz&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;++ GTAthegame.NET (od 2006-07-05 do teraz)&lt;br /&gt;Chyba największy serwis o serii Grand Theft Auto w Polsce. Zawsze na czasie, wspaniałe teksty i wspaniali ludzie tworzący wspaniały klimat. Niegdyś przyczyna wielu nieprzespanych nocy i wytarcia się przycisku F5 na klawiaturze. Zostawiłem tam 96 newsów, 16 artykułów i ponad 750 komentarzy i shoutów. W marcu 2007 przeniosłem tam mojego bloga, który ciągle jest aktywny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;++ &lt;a href="http://gtathegame.net/"&gt;skocz&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;++ _dzezus.saves · mały uploader plików (od 2006-08-01 do 2008-02-28)&lt;br /&gt;Podczas gdy redagowałem dział download na GTAReview, stworzyłem sobie mały uploader plików (na bazie stworzonej wcześniej przez Przemka przeglądarki plików) w celu ułatwienia sobie pracy. Owy uploader stał się tak popularny, że niedługo potem zaczął żyć własnym życiem. Był doskonałą alternatywą wymiany małych plików, bowiem istniejące wtedy uploadery były powolne i pełne reklam. Idealne miejsce na wymianę ściągami, o czym przekonało się wielu uczniów :) Rozwijająca się epoka internetu wręcz zmiotła dzezusa z "rynku" (tak naprawdę to queue wykorzystał lukę w zabezpieczeniach, a raczej ich brak i shaczył serwis, a ja nie miałem kopii zapasowej).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;++ &lt;a href="http://web.archive.org/web/20080516133743/http://dzezussaves.ovh.org/"&gt;skocz do wehikułu&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;++ Kanał na YouTube (od 2006-08-16 do teraz)&lt;br /&gt;Moje konto na jutjubie, a co! Tam wrzucane były pierwsze filmiki Pekin Monopol, a teraz znaleźć można "poważniejsze" produkcje.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;++ &lt;a href="http://youtube.com/user/kudlaczpl"&gt;skocz&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;++ last.fm (od 2007-01-28 do teraz)&lt;br /&gt;Tam możesz sprawdzić czego słucham. Poza tym last.fm to potężna biblioteka muzyczna.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;++ &lt;a href="http://www.last.fm/user/kudlaczpl/"&gt;skocz&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;++ GRUPA FILMOWA PEKIN MONOPOL (od 2007-04-20)&lt;br /&gt;Jestem członkiem amatorskiej grupy filmowej, której ostatnio się cosik nie wiedzie. No, ale nadejdzie wiosna, lepsze czasy... ekhm.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;++ &lt;a href="http://p-m.ocom.pl/"&gt;skocz&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;++ GRAND THEFT AUTO LAST.FM BADGES (od 2007-09-14 do teraz)&lt;br /&gt;Zrób sobie odznakę na profil Last.fm z motywem GTA. Taki tam skromny projekcik. Jak to queue ironicznie (lub nie) określił: "Wykonałeś ładną stronę, wzbudza u mnie uczucia pozytywne zarówno od strony wizualnej jak i technicznej. Prezentowane dzieło jest wyśmienitym przykładem sztuki nowoczesnej połączonej z dbałością o zasady web usability."&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;++ &lt;a href="http://a.queue.li/badges/"&gt;skocz&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;++ Nasza Klasa (od 2007-12-13 do teraz) &lt;br /&gt;Tak. Założyłem tam konto jeszcze zanim rozwinęła się darmowa pornografia i jakoś tak zostało do teraz. Nie kasuję, bo lubię pooglądać sobie zdjęcia znajomych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;++ Photobucket (od 2008-06-23 do teraz) &lt;br /&gt;Kiedyś zupełnie przypadkiem tam trafiłem i wrzuciłem kilka swoich zdjęć. I tak już zostanie bo zapomniałem hasła, a mail wpisany w przypomnieniu już nie istnieje.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5767885164045152685-4712768511858978122?l=littlejacob.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://littlejacob.blogspot.com/feeds/4712768511858978122/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2010/03/8-lat-w-internecie.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/4712768511858978122'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/4712768511858978122'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2010/03/8-lat-w-internecie.html' title='8 lat w internecie'/><author><name>Jakub</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12117029458729354081</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='30' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sZYtj72cVRQ/TF8CSFOeRYI/AAAAAAAAACY/tC8vXnYVxvA/S220/Bez+nazwy+1+kopia.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5767885164045152685.post-8967345388570724470</id><published>2010-01-22T21:24:00.009+01:00</published><updated>2011-02-02T18:36:18.378+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='spisek'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='postanowienia'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='nowy rok'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='donald cudotwórca'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='ekonomia'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polityka'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='ekologia'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='środowisko'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='rover'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polska rzeczywistość'/><title type='text'>Noworoczne postanowienia to bujda!</title><content type='html'>Minął miesiąc od ostatniego wpisu. Wydawać by się mogło, że to zbyt krótki odcinek czasu na jakiekolwiek absurdy, propozycje, wydarzenia. Nic bardziej mylnego! Pierwszy miesiąc roku 2010 zaczął się dla mnie wyjątkowo burzliwie, za szybko i pechowo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A zaczęło się w noc sylwestrową, kiedy dokładnie o północy w gronie znajomych otwieraliśmy szampany, a kumpel odpalał petardę za petardą (będzie miał 21 lat i to nie żart). Zgodnie z tradycją posypały się życzenia noworoczne, a w naszych głowach indywidualne postanowienia, w których spełnienie nigdy de facto nie wierzyłem. &lt;br /&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;"Życzę Wam, by w nowym roku było jak najlepiej, bo gorzej już być nie może!" - z radością i wielką otuchą krzyknąłem do znajomych i przechyliłem butelkę z szampanem (a bo kieliszków brakło dla 13-osobowej załogi). Jak się później okazało te słowa wypowiedziałem w złą godzinę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Odkąd sięgam pamięcią to los mnie nigdy nie rozpieszczał. Gdy byłem małym synkiem to zawsze chodziłem z twarzą tak obdartą, że w pewnym momencie przypominała ona kawałek poszarpanego papieru ściernego. Z wiekiem mi nie przychodziło - gdy miałem 13 lat zabiłem się zjeżdżając z porządnej górki rowerem na hopkę. Pamiętam, że przeleciałem wtedy w powietrzu przez kierownicę, upadłem twarz i później przez parę metrów dalej orałem zębami ziemię. To było z własnej głupoty. Jednak kilka miesięcy później postanowiłem jeszcze raz zjechać rowerem z tej górki. Wtedy podczas zjazdu spaliły mi się kostki hamulcowe z impetem uderzyłem w stojący kibelek toi-toi. Od 4 lat również nie wygrałem nawet głupich 2 złotych w lotto, mimo, że w kolekturach zostawiłem tyle kasy, ile na tę durną grę wydaje przeciętny polski emeryt. Co jeszcze? Słynna już ucieczka przed zderzeniem czołowym na jednej z zawierciańskich dróg, oraz wiele, wiele, wiele nieprzyjemnych i żenujących sytuacji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ah, zaś miałem pisać na konkretny temat, a zagalopowałem się myślami nie wiadomo gdzie. Więc rok 2010 zaczął się dla mnie wyjątkowo pechowo. Najpierw nawaliło auto, gdy chcieliśmy wracać po imprezie sylwestrowej do domu. Konkretniej to wysiadł akumlator i wszelkie próby odpalenia auta zakończyły się fiaskiem. Pomyślałem - chuj tam akumlator - pożyczę od kumpla, zajadę do domu, podładuje swój i mu oddam. Jak pomyślałem tak zrobiłem. Fakt faktem - mój akumlator jest już tak stary, że wisi Mojżeszowi 5 złotych. Oprócz tej zakichanej baterii pojawił się kolejny problem. Okazało się, że alternator się psuje i ładuje tylko na wysokich obrotach. Zupełnie to zignorowałem bo koszty naprawy alternatora znacznie przewyższają wartość pojazdu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kilka dni później nastąpiła kolejna kompletna katastrofa. Jechałem sobie ulicą Kościuszki w Sosnowcu (specjalnie podaję nazwę ulicy - może drogowcy się obudzą), która okazała się dziurawa jak ser szwajcarski. Omijając jedną dziurę za drugą najechałem kołem w jakiś kosmiczny rów mariański. Efekt? Felga wykrzywiona w cztery strony, a z opony formował się kwadrat.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To jeszcze nie koniec przygód. Otóż kilka dni temu rozbiłem się. Tak, owszem. Rozbiłem to pechowe w tym roku auto. I nie zrobiłem tego specjalnie, chociaż bardzo bym chciał wjechać tym kawałkiem złomu w betonową ścianę. W środę wieczorem wracałem sobie od znajomych. Było po 22, temperatura poniżej minus 10 stopni, na drogach lodowisko, a kierowcy solarek, piaskarek i pługów śnieżnych właśnie skończyli zmianę, bo doszli do wniosku, że po 22 nikt nie jeździ samochodem. Nawet nie wiedzą jak bardzo się pomylili. Wracałem standardową trasą z jednego końca miasta na drugi, na której mniej więcej w połowie znajduje się "zakręt śmierci". Zakręt ten w prawdzie powstał wieki temu, został źle zaprojektowany, a przez co źle wyprofilowany. Pochłonął kilkanaście ofiar, kilkaset osób zamiast na drugim końcu zakrętu kończyło w przejściu podziemnym za barierkami, a tysiące zaliczało bolesne spotkanie ze stalową barierą ochronną. Ja dołączyłem do tej grupy, która zrzesza właśnie tysiące użytkowników. Wjeżdżając w zakręt z prędkością 40 km/h (przepisowo jest tam 50) zaczęło zarzucać moim samochodem jak na jakiejś karuzeli. Porządnie mnie zwyobracało - raz na lewo 90 stopni, potem 90 stopni na prawo, a na końcu auto kierowało się na barierkę. Maksymalne odbicie kierownicą w prawo dało tylko efekt przesuniętej karoserii, stłuczonego zderzaka, lampy, pogniecionego błotnika i maski. A mogło skończyć się dużo gorzej. I jak tu mam jeździć przepisowo, skoro służby drogowe nie wywiązują się ze swoich przepisowych zadań? &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak na marginesie, to ten kraj powoli zmierza do samozagłady. Poważnie. Zaczyna się niewinnie od kończenia prac służb drogowych o 22. Potem pomysły o wprowadzeniu najbardziej rygorystycznych zakazów palenia, które zniszczą polską gospodarkę w kilka miesięcy. Pomyślcie. Wyprodukowanie paczki papierosów to wydatek rzędu 2 złotych dla producenta. Średnia cena paczki papierosów w tym roku to 10 złotych. Idąc prostym tropem matematycznym sześciolatka wychodzi na to, że rząd zarabia 8 złotych na paczce. Z oficjalnych danych wiadomo, że w Polsce jest ponad 9 milionów nałogowych palaczy, którzy palą średnio paczkę dziennie. Idąc dalej tym tropem sześciolatka łatwo policzymy, że z papierosów rząd ma 90 milionów dochodu dziennie, czyli 630 milionów tygodniowo, czyli około 2,5 miliarda miesięcznie, czyli grubo 30 miliardów rocznie. A dokładniej to rocznie dajemy rządowi 30 miliardów 240 milionów złotych, narażając swoje zdrowie (tak, bo gdybym wypalił paczkę papierosów dziennie to chyba rzygałbym dalej, niż bym widział, a moja twarz byłaby zielona). Rząd jednak twierdzi, że palenie tytoniu emituje zbyt dużo tego popularnego ostatnio CO2 do atmosfery i chce wprowadzić przepisy pozwalające na zapalenie papierosa praktycznie tylko w domu. Oczywiście nie obejdzie się bez kolejnych podwyżek akcyzy i wprowadzenia kolejnych podatków. Propaganda o globalnym ociepleniu spowodowanym przez zbyt wysoką zawartość CO2 (jakieś 0,338%) w powietrzu ciągle jest na topie, lecz nie będę się na ten temat wypowiadał, bo po prostu szkoda słów. Powiem tylko, że to jest wojna w białych rękawiczkach wywołana przez ekoterrorystów, którzy na niej porządnie zarabiają, bo ciemni ludzie przecież uwierzą w każdą bajkę którą się im powie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do czego zmierzam? Do tego, że wprowadzone zakazy palenia w barach i restauracjach doprowadzą do ich bankructwa. Zostanie tylko garstka gigantów, w których za małą szklankę piwa płaci się w Euro. Wielu ludzi zostanie bez pracy i prędko nowej profesji nie znajdzie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na tej samej zasadzie drożeją ceny paliw w Polsce. Co z tego, że za baryłkę ropy na świecie płaci się obecnie niecałe 40 dolarów. Tutaj benzyna kosztuje średnio 4,30, diesel 4,03 i ciągle drożeje. Nawet bogu ducha winny LPG idzie w górę. Dla zasady. Bo rząd przecież ucina kurze złote jaja warte 30 miliardów rocznie i jakoś tę dziurę musi zatkać. Do tego dochodzą setki niewyjaśnionych afer, które przecież też kosztują.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Następstwem tego będzie większy deficyt budżetowy na koniec roku. Drogi, które miały być wyremontowane dalej pozostaną dziurawe, bezrobocie wzrośnie, ludzie przestaną głosować na rządzące obecnie ekipy, a UEFA odbierze nam organizację Euro 2012 ze względu na wojnę domową.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Znowu się rozpisałem poza temat. Szlag by to!...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5767885164045152685-8967345388570724470?l=littlejacob.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://littlejacob.blogspot.com/feeds/8967345388570724470/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2010/01/noworoczne-postanowienia-to-bujda.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/8967345388570724470'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/8967345388570724470'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2010/01/noworoczne-postanowienia-to-bujda.html' title='Noworoczne postanowienia to bujda!'/><author><name>Jakub</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12117029458729354081</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='30' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sZYtj72cVRQ/TF8CSFOeRYI/AAAAAAAAACY/tC8vXnYVxvA/S220/Bez+nazwy+1+kopia.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5767885164045152685.post-3596760316034216970</id><published>2009-12-23T10:20:00.003+01:00</published><updated>2009-12-23T10:57:16.689+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='ameryka'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='złodzieje'/><title type='text'>Czasy się zmieniają, stereotypy nie.</title><content type='html'>Nie wiem od czego zacząć. Dopiero co wstałem, rozciągnąłem ręce, podrapałem się po jajkach i wyjrzałem przez okno. A tam co? Gówno! Wielkie pośniegowe, chlapiące i brudne gówno. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wkurzyłem się. Jeszcze kilka dni temu mrozy sięgały -20 kresek, auto nie chciało odpalić, a wychodzący ludzie na spacer z psami ginęli z wyziębienia. A święta już niedługo i co? No właśnie. Znowu będziemy obchodzić święta typowo po polsku. A miało być tak pięknie. Tak zimno, tak biało, tak śnieżnie. Cóż.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeszcze kilka minut temu nie wiedziałem kogo mam winić za tą nieszczęśliwą kolej rzeczy. Szybko jednak przypomniałem sobie, że w poniedziałek w telewizji pokazywali opady śniegu w Ameryce. Istny stan klęski żywiołowej - milion rozbitych samochodów i jeszcze więcej zamarzniętych burgerów. No i właśnie. To przez Amerykę święta w Polsce będą deszczowe. To Amerykanie ukradli nam śnieg na święta, a teraz jeszcze mają pretensje, że nie radzą sobie ze "stanem klęski żywiołowej", co u nas pospolicie oznacza "lekki opad śniegu". Chamstwo i bezczelność.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Amerykanie postrzegają Polaków jako kryminalistów i złodziei i dlatego nie chcą nam znieść wiz. Prawda jest taka, że to właśnie oni są większymi oszustami i złodziejami niż my, Polacy. No tak. Co tam kradzież kilku samochodów, czy portfeli. Ameryka zabrała mnie (i nie tylko mnie) to, o czym marzyłem od wielu, wielu lat. To na co czekałem od 1993 roku - święta z siarczystym mrozem i ze śniegiem.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5767885164045152685-3596760316034216970?l=littlejacob.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://littlejacob.blogspot.com/feeds/3596760316034216970/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2009/12/czasy-sie-zmieniaja-stereotypy-nie.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/3596760316034216970'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/3596760316034216970'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2009/12/czasy-sie-zmieniaja-stereotypy-nie.html' title='Czasy się zmieniają, stereotypy nie.'/><author><name>Jakub</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12117029458729354081</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='30' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sZYtj72cVRQ/TF8CSFOeRYI/AAAAAAAAACY/tC8vXnYVxvA/S220/Bez+nazwy+1+kopia.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5767885164045152685.post-6407106733893392455</id><published>2009-10-05T22:08:00.008+02:00</published><updated>2011-12-07T18:41:51.415+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='rover'/><title type='text'>Zróbmy to po angielsku!</title><content type='html'>Zapewne myślicie, że stałem się ekologiczny, pozbyłem się samochodu i teraz świat zacznę przemierzać autobusem pełnym żuli, albo piechotą. Nigdy w życiu! Ja tak łatwo się nie poddaję. Moja przygoda motoryzacyjna się dopiero rozpoczęła i nie mógłbym jej tak po prostu skończyć. Tym razem przerzuciłem się na rover.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zawsze zastanawiałem się dlaczego ten śmieszny, dwukołowy wynalazek napędzany siłą ludzkich mięśni nazywa się po prostu rower. Nie mogli tego inaczej nazwać? Albo zostawić poprzedniej nazwy "welocyped" albo "bicykl"? Polska nazwa tego wynalazku podchodzi od brytyjskiej firmy Rover, która dawno temu produkowała właśne te cudaczne dwukołowce. Chyba komuś ta nazwa firmy się spodobała. Za bardzo. I w dzisiejszych czasach, gdy ktoś jeździ samochodem marki Rover ma nielada kłopoty, żeby odpowiedzieć na pytanie "Czym jeździsz?" "Ano, roverem jeżdżę!" Może przydałoby się komuś wyjaśnić, co tak naprawdę to angielskie słowo oznacza. Rover to po polsku wędrowiec. Idziemy na wędrówkę na rower?&lt;br /&gt;&lt;div align="center"&gt;&lt;img height="240" src="http://www.gtathegame.net/my/galeria/d/1287350840.jpg" width="320" /&gt;&lt;/div&gt;Odstawiając żarty na bok i wracając do tematu to chciałbym się was coś zapytać. Jak myślicie, ile samochodu można dostać za 900 złotych? Zapewne trzy Fiaty 126p, silnik z Poloneza, filtr powietrza z Renault Laguna, kierownicę z Peugeota 407, zagłówek fotela z Mercedesa klasy E, albo pół centymetra kwadratowego obicia deski rozdzielczej Bugatti Veyrona. Gdybyście się bardziej rozejrzeli, to dysponując gotówką 1500 złotych (typowo studencki budżet na auto) moglibyście kupić coś naprawdę konkretnego. Pamiętajcie, żeby coś zostawić na przegląd, ubezpieczenie i rejestrację. Te konkrety to BMW serii 3 z 1984 roku, VW Passat z 1988, Polonez z 1986 albo po prostu stary, poczciwy Maluch z 1990 roku. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ja za tak niskie pieniądze nabyłem Rovera Metro z 1992 roku, który nie wiedząc czemu na rynku europejskim wabi się Rover 100 lub 111. To nic innego jak brytyjska odpowiedź na Renaulta Clio, Peugeota 205 i VW Golfa. W zasadzie to jest połączenie wszystkich trzech samochodów. Wygląda paskudnie, a mimo tego to autko zostało okrzyknięte samochodem roku 1991 według czytelników magazynu "What Car". Samochód ma na koncie wiele sukcesów, między innymi do tej pory jest najszybszą przednionapędową na 1/4 mili w środkowej, jak i wschodniej Europie. A dlaczego? Sekret tkwi pod maską. Ponad litrowe silniki Rovera w połączeniu ze skrzynią biegów Peugeota robią swoje. Jeszcze nigdy nie spotkałem się z samochodem, który stał ponad pół roku na działce, a po dolaniu benzyny odpalił, jakby stał dopiero od wczoraj. Jeszcze nigdy nie spotkałem się z samochodem, który ma siedemnaście lat i bezbłędnie przeszedł przegląd. I wreszcie - jeszcze nigdy nie spotkałem się z samochodem, który ma takie poczucie humoru. Ktoś mi może wyjaśnić co oznacza kontrolka z przyczepą w kokpicie? To auto nawet nie ma haku holowniczego! Po raz kolejny potwierdza się teoria, że nie liczy się wygląd, a charakter.&lt;b&gt;&lt;br /&gt;&lt;/b&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="center"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5767885164045152685-6407106733893392455?l=littlejacob.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://littlejacob.blogspot.com/feeds/6407106733893392455/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2009/10/zrobmy-to-po-angielsku.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/6407106733893392455'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/6407106733893392455'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2009/10/zrobmy-to-po-angielsku.html' title='Zróbmy to po angielsku!'/><author><name>Jakub</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12117029458729354081</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='30' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sZYtj72cVRQ/TF8CSFOeRYI/AAAAAAAAACY/tC8vXnYVxvA/S220/Bez+nazwy+1+kopia.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5767885164045152685.post-645681521693145750</id><published>2009-10-05T22:04:00.008+02:00</published><updated>2011-02-02T18:43:15.288+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='cinquecento'/><title type='text'>500: Number of the Beast</title><content type='html'>Jeszcze nie tak dawno temu miałem okazję podzielić się swoimi wrażeniami dotyczącymi mojego pierwszego samochodu. Jak pamiętacie (albo i nie) zostałem właścicielem dwunastoletniego wówczas Fiacika Cinquecento. Samochód swoje lata miał, kosztował mnie sporo, bagatela trzy tysiące złotych, wymagał sporego wkładu pracy, żeby mógł jeździć. Ah i jeszcze wyglądał jak jeżdżące pudełko zapałek, silnik wydawał odgłosy kosiarki do trawy, a queue nabiłał się ze mnie, że to złom.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Nie zraziło mnie to w ogóle. Dźwięk silnika bardzo mi się spodobał, szczególnie na trójce przy 5 tysiącach obrotów. Do wyglądu szybko się przyzwyczaiłem, a nawet przez jakiś czas to auto zaczęło mi się podobać! Poważnie. Mieściło się niemalże wszędzie, raz nawet wjechałem na ścieżkę w parku, bo myślałem że to jeszcze jest droga. Zakręty pokonywałem elegancko, czasami nawet na dwóch kółkach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niestety, jak głosi znane powiedzenie, że stare to dobre jest tylko wino i muzyka, cienias po jakimś czasie się psuł. Pechowa seria zaczęła się krótko po tym, gdy kumpel w styczniu troszkę zaszalał, wpadł w poślizg i uderzył w wystający z ziemi głaz. Efekt? Rozwalona cała chłodnica wraz ze zbiornikiem. Następnie efektowna ucieczka przed samobójcą - alkoholikiem jadącym pod prąd na pobocze, kilka centymetrów od drzewa. Efekt? Rozkraczona przednia ośka, kolumna kierownicy w kawałkach i lekko przesunięty blok silnika. Potem już tylko siadł alternator, kiedy wyjeżdżałem spod bloku na wieś, rozsypywała się skrzynia biegów, a konsumpcja oleju silnikowego wzrosła do litra na miesiąc. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mimo wszystko, pomimo fatalnego stanu technicznego, słabego ładowania akumulatora, rozwaloną skrzynią biegów i zrujnowanym silnikiem samochód się nie poddawał. Cały czas jeździł i nie odmawiał posłuszeństwa. Nie zapomnę brawurowej ucieczki przed policją, nie zapomnę przeciążenia silnika przy 155 km/h, nie zapomnę tego, że (prawie) zawsze dojechał z punktu A do punktu B w jednym kawałku. Nie zapomnę stałej, cztero- a czasami nawet pięcioosobowej ekipy wycieczkowej. Jak śpiewali chłopaki z Big Cyc - [i]był jak skała i nie pękał[/i]. Można powiedzieć, że zauroczenie do tego auta z marca ubiegłego roku zamieniło się w zakochanie. No, może przesadziłem. Zakolegowanie zamieniło się w solidną męsko - samochodową przyjaźń.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dziś cienki oficjalnie został sprzedany. Z bólem serca. Zanim zapytacie dlaczego odpowiem wam, że właśnie rozsypujące się podzespoły mnie do tego zmusiły. I względy ekonomiczne. Remont silnika - 500 złotych, lakiernik to kolejne 500, za nową skrzynię biegów śpiewają koło 1200 złotych, poza tym opony, amortyzatory i felerny alternator. Za drogo. Tym samochodem pojeździ tylko jakiś dziadek - do sklepu i do kościoła. Dla przeciętnego kierowcy, na przeciętnej drodze auto stwarzało ponadprzeciętne zagrożenie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Żegnaj.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;30.03.2008 - 02.10.2009&lt;br /&gt;108023 km - 136049 km&lt;/strong&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5767885164045152685-645681521693145750?l=littlejacob.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://littlejacob.blogspot.com/feeds/645681521693145750/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2009/10/500-number-of-beast.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/645681521693145750'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/645681521693145750'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2009/10/500-number-of-beast.html' title='500: Number of the Beast'/><author><name>Jakub</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12117029458729354081</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='30' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sZYtj72cVRQ/TF8CSFOeRYI/AAAAAAAAACY/tC8vXnYVxvA/S220/Bez+nazwy+1+kopia.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5767885164045152685.post-4133653501205982324</id><published>2009-09-17T20:42:00.008+02:00</published><updated>2009-11-13T01:31:21.480+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='widok uliczny'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='miasto w internecie'/><title type='text'>Chcę do internetu</title><content type='html'>&lt;p&gt;Lato chyli się ku końcowi i nadchodzi zimna jak cholera polska jesień, czuję to w kościach. Podobnie jak większość moich znajomych, których zaraziłem. Albo to oni mnie. W każdym razie zrobiło się trochę zimniej i modna stała się kolekcja wirusów i choróbsk na jesień/zimę 2009.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;W każdym razie nie chce mi się pisać o paskudztwach, które panoszą się od człowieka do człowieka, wkurzają bólem gardła, a dobijają katarem i zasmarkanym nosem. Nie chce mi się nic, ale o tym, że ostatnio zrobiło się głośno o różnego rodzaju internetowych serwisach z mapami (Google Maps, Zumi, czy Norc) to warto napisać. A konkretniej o tym, że owe serwisy pozazrdościły tętniącego życiem ulicznego widoku wielkich amerykańskich miast i wysłały w Polskę ekipy z ultranowoczesnym technologicznie aparatem. Po co? Bo Polacy nie gęsi i swoje miasto w necie mają.&lt;/p&gt;&lt;br /&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;Idea fotografowania miasta z perspektywy przechodnia/kierowcy samochodu jest prosta - ma za zadanie ułatwić życie przyjezdnym, oraz jest idealnym rozwiązaniem dla tych, którzy rzygają w samolocie, a marzy im się spacer po wielkim zagranicznym mieście. Jest to także swojego rodzaju dobra wizytówka dla miasta, no nie? I tak od dłuższego czasu możemy jednym kliknięciem spacerować po Los Angeles, Nowym Jorku, Paryżu, Londynie, Warszawie, Poznaniu, czy Katowicach.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Dlaczego zrobiło się o tym głośno? Przecież to tylko zwykłe obrazki miasta, których i bez tej "ulicznej nawigacji" było w internecie multum. Chodzi o to, że pewien koleś z pewnego miasta (nie pamiętam już jakiego, ale przypuszczam, że Amerykanin) znalazł się w kadrze tego supernowoczesnego technologicznie aparatu i kilka miesięcy później zobaczył się w internecie. Straszne przeżycie, no nie? Mimo, że jego twarz była rozmazana tak jak w nagraniu z aresztowania przez Centralne Biuro Antykorupcyjne i uniemożliwiała kompletnie identyfikację, to owy gościu złożył pozew o naruszenie prywatności i jego dóbr osobistych. Jak mniemam zażądał kosmicznego odszkodowania i... przegrał proces. Po prostu myślał, że to będzie szybki sposób na zarobienie kupy szmalu. Myślenie jednak nie wszystkim wychodzi.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Cóż z tego, jak historia tego faceta okazała się smacznym kąskiem dla dziennikarzy, którzy całą sprawę nagłośnili i zrzucili lawinę negatywnych komentarzy wśród innych. Jak zwykle, bo dziennikarze, a zwłaszcza kolorowych brukowców są mistrzami świata w robieniu wody z mózgu. I w ten oto sposób w ciągu kilku dni utworzyła się grupa przeciwników fotografowania miast na całym świecie. &lt;/p&gt;&lt;p&gt;Nie rozumiem tego zjawiska. Przecież zdjęcia miast z mieszkańcami można było znaleźć do tej pory na kartkach pocztowych, przewodnikach, mapach, reklamach, encyklopediach, podręcznikach i w znienawidzonym internecie. Wtedy to było dobrze i nikomu nie przeszkadzało, ale jakiś gruby Amerykanin musiał się wtrącić. W efekcie, kiedy obywatele Rzeczypospolitej się dowiedzieli, że na ulice polskich miast wyjeżdżają samochody z tym ultranowoczesnym ustrojstwem to natychmiast zaczęli montować w oknach rolety, na działkach stawiali parasole, a sami chowali się po szafach. A może to nie chodzi o małpowanie faceta zza wielkiej wody, tylko ludzie mają coś do ukrycia? Może ktoś nie chce, żeby świat zobaczył źle zakopane zwłoki w ogródku, ktoś inny wstydzi się pokazania pokaźnych zbiorów świeżo wyhodowanej marihuany, a jeszcze inny ukrywa na swojej posesji imigrantów z Chin?&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Ostatnio zobaczyłem w internecie sfotografowane ulica po ulicy moje miasto. Coś niesamowitego, że za pomocą kilku kliknięć byłem w centrum miasta i widziałem ludzi spacerujących obok obsranego pomnika Jana Kiepury. Widziałem walające się po chodnikach śmieci, a nawet te najmniejsze dziury w jezdni. Z zazdrością patrzyłem na zaparkowane samochody kumpli. Przeczesałem całe miasto w poszukiwaniu mojej skromnej osoby z rozmazaną niczym z horroru twarzą, ale nie znalazłem. Tak bardzo żałuję, że nie załapałem się na zdjęcia do internetu.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5767885164045152685-4133653501205982324?l=littlejacob.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://littlejacob.blogspot.com/feeds/4133653501205982324/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2009/09/chce-do-internetu.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/4133653501205982324'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/4133653501205982324'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2009/09/chce-do-internetu.html' title='Chcę do internetu'/><author><name>Jakub</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12117029458729354081</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='30' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sZYtj72cVRQ/TF8CSFOeRYI/AAAAAAAAACY/tC8vXnYVxvA/S220/Bez+nazwy+1+kopia.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5767885164045152685.post-308291515801470579</id><published>2009-09-14T21:34:00.006+02:00</published><updated>2009-11-13T01:40:41.297+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='młodzi gniewni'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='media'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polska rzeczywistość'/><title type='text'>Gówniane wiadomości</title><content type='html'>&lt;p&gt;Witam państwa w poniedziałek, 14 września 2009 roku. Rozpoczynamy wieczorny serwis informacyjny. Parafianie z Dygowa (woj. zachodniopomorskie) oburzeni artykułem "Wirujący seks Szczypińskiej"; Czarnecki do Nowaka: to żenada i obciach. Polityk krytykuje ministra za notkę na Twitterze; "PiS próbuje ugrać kilka punktów na grobach katyńskich"; Abp Życiński: Agresja wobec in vitro niedopuszczalna, a na zakończenie serwisu: awantury wokół uchwały o 17 września ciąg dalszy. Zapraszam.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I to mają być prawdziwe wiadomości? Codziennie, gdy wchodzę na różne serwisy informacyjne, włączam telewizor, czy otwieram gazetę to zadaję sobie to jedno, jedyne pytanie. Zastanawiam się także, czy coś takiego można wiadomościami nazwać. Co mnie obchodzą jacyś parafianie z jakiejś wsi, o której pierwszy raz słyszę? Co mnie obchodzi co jeden polityk powiedział do drugiego? I wreszczie: co mnie obchodzi jakaś uchwała o 17 września? I o czym ona do cholery jest?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poziom informacji jak i dziennikarstwa samego w sobie w Polsce schodzi na psy. Naprawdę. Dziennikarze chyba już zapomnieli czym jest dziennikarstwo i zamiast jeździć po kraju w poszukiwaniu sensacyjnych, ciekawych informacji, wolą siedzieć wygodnie w studiu, czy przed biureczkiem i wyszukiwać głupot o polityce. Oh nie! Czasami trafi się garstka ludzi, którzy ruszą swoje cztery litery do gmachu na wiejską i przeprowadzą wywiad z superznanym politykiem o grochówce. A o prawdziwych wydarzeniach nie ma komu pisać, bo sumiennie wykonujących swoją pracę reporterów można policzyć na palcach u ręki. Uwierzcie mi, że naprawdę ciężko pisać o czymś, co wydarzyło się na południu Polski, skoro dziennikarz przebywa obecnie na północy i szuka materiału na reportaż o napadzie na bank.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ci niezwykle utalentowani i polityczni dzienniarze pewnie popukają się teraz w głowę i chórem odpowiedzą "a przecież nic ciekawego się nie wydarzyło, nie ma o czym pisać. spadaj!" A ja odpowiem, że jest. Tylko trzeba ruszyć dupsko, zebrać trochę materiału, skleić, dać odpowiedni komentarz tak jak to robił Marcin Wrona w "Pod Napięciem", które jeszcze nie tak dawno robiło prawdziwą sensację. I każdy chciał się znaleźć w tamtejszym tłumie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To o czym w końcu można napisać? Na przykład o pewnym 22 latku, który skoczył wczoraj z dziesięciopiętrowego bloku. Czym się kierował decydując się na swój ostatni skok? Czy światowy kryzys ekonomiczny zrujnował mu życie? Czy może jednak skoczył, bo chciał zaprotestować przeciwko polityce naszego rządu? Relacje świadków są różne. Jedni twierdzą, że chłopak był kompletnie pijany, wszedł na dach bo chciał podziwiać panoramę miasta, a gdy zobaczył nadjeżdżający radiowóz to się ześlizgnął i spadł. Drudzy natomiast uważają, że to było to zaplanowane samobójstwo, gdyż koleś miał na utrzymaniu rodzinę, a właśnie stracił pracę. Jak było naprawdę, wie tylko ten nieżyjący już 22 latek. Dziwi mnie fakt, że nie został wysłany żaden ratownik medyczny z policyjnym psychologiem, tylko tak od razu pod blok podjechała policja oznakowanym radiowozem. Nawet nie doszło do negocjacji. Po chwili słyszałem już tylko wycie syren pogotowia ratunkowego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mało? To może zainteresują kogoś trzy zabójstwa w nieznanych dotąd okolicznościach. W sobotę w godzinach popołudniowych w Sosnowcu w dzielnicy Pogoń zamordowano starszą kobietę. We własnym mieszkaniu. Policja nie zna ani sprawcy, ani motywów zabójstwa. I nie pozna, bo mordercy nie złapią. Chyba, że dostanie wyrzutów sumienia i sam się zgłosi. Natomiast w niedzielę wieczorem, w tej samej dzielnicy przy ulicy Hallera, policja znalazła zwłoki dwóch osób. Ciała ukryte były w śmietniku, albo też leżały tuż przy nim. I podobna sytuacja - nieznane szczegóły, nieznani sprawcy, nieznany motyw. Nic. Bo w telewizji wolą mówić o tym, kto ma ładniejszy krawat w sejmie. I jestem tym faktem strasznie zbulwersowany.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Aż strach wychodzić wieczorem na ulicę. Wyprowadzasz sobie psa na spacer, żeby ten zrobił siusiu i kupkę, a przy okazji dostajesz z kija w łeb. I nie żyjesz, bo ktoś cię zabił tuż przed własnym domem. Strach również otwierać obcym osobom drzwi od mieszkania, bo ktoś cię może zadźgać nożem. I piszę teraz śmiertelnie poważnie. Rozbojów, morderstw, pobić i zastraszeń jest w naszym kraju coraz więcej. I coraz więcej małoletnich zaczyna rozrabiać w większych miastach. Dlaczego? Bo czują się bezkarni. Co sąd zrobi takiemu szesnastolatkowi z marginesu społecznego, który kogoś zabił? Umieści w poprawczaku, a po dwóch latach da mu drugą szansę i go wypuści. A synek będzie robił dalej to samo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Słyszałem, że takich sytuacji jest więcej i mają zasięg ogólnokrajowy. Dowiedziałem się, że grupa pseudokibiców rządzi już jakąś dzielnicą w Piekarach Śląskich niczym w San Andreas. Tam również ludzie boją się wychodzić z domu. W obu przypadkach, zarówno z Piekar jak i z Sosnowca policja rozkłada bezradnie ręce. Aha. I dowiedziałem się także, że polscy siatkarze po powrocie z mistrzostw Europy nie odwiedzili prezydenta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Świat się powoli kończy.&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5767885164045152685-308291515801470579?l=littlejacob.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://littlejacob.blogspot.com/feeds/308291515801470579/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2009/09/gowniane-wiadomosci.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/308291515801470579'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/308291515801470579'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2009/09/gowniane-wiadomosci.html' title='Gówniane wiadomości'/><author><name>Jakub</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12117029458729354081</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='30' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sZYtj72cVRQ/TF8CSFOeRYI/AAAAAAAAACY/tC8vXnYVxvA/S220/Bez+nazwy+1+kopia.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5767885164045152685.post-4360515206089351834</id><published>2009-09-11T21:32:00.004+02:00</published><updated>2009-09-11T21:35:14.587+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polska rzeczywistość'/><title type='text'>Kobieta mnie bije!</title><content type='html'>Stereotypowe myślenie większości polskich kierowców opiera się na definicji, że ten kto ma większy samochód to może wszystko. I właśnie ten stereotyp sprawia, że coraz częściej staję się ofiarą przemocy na drodze. Bo w końcu mój mały cinqecento jest po prostu... mały.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zawsze myślałem, że najbardziej niecierpliwą i nerwową grupą kierowców są kierowcy tirów, a ich kultura jazdy jest po prostu przerażająca. W negatywnym znaczeniu słowa kultura. Oni po prostu jeżdżą jak chcą, robią co chcą, bluzgają na częstotliwościach cb radia, a ich ulubionym manewrem jest wyprzedzanie na podwójnej lub na trzeciego. Drugie miejsce w moim rankingu zajmują dresiarze w swoich zrujnowanych volkswagenach golfach. Ci lubią się ścigać do następnych świateł nawet z malczanami i autobusami, a potem się wydzierają przez okno, że wygrali. Jak ich zdenerwujesz, to będą cię gonić przez całe miasto, żeby zrobić ci z dupy jesień średniowiecza. Dalej w rankingu są mniej groźni taksiarze, którym się ręka do klaksonu przykleiła, oraz duchowni i emeryci, dla których 30 kilometrów na godzinę to zabójcza prędkość.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jednak po dzisiejszym wydarzeniu zmuszony wręcz jestem przebudować moją listę. Otóż jadąc sobie dzisiaj przez centrum mojego miasta spotkałem największego agresora drogowego. A okazała się nim potężnych rozmiarów kobieta (no grube babsko, po prostu), na oko ze czterdzieści lat i z męskim zarostem na twarzy. Owej kobiecie nie spodobało się to, że jadąc za nią zahamowałem z piskiem opon, zachowując przy tym taką odległość, że zmieściłby się tam wielgachny tir. No co? Opony sobie chciałem rozgrzać... Owe babsko wysiadło ze swojego mercedesa, zbliżyło się do mojego samochodu, zaczęło mi grozić, zwyzywało mnie i stwierdziło, że spisało moje numery i podaje mnie na policję. Po czym wsiadło i odjechało. Dodam, że kobieta popełniła 4 wykroczenia drogowe, bowiem jechała bez świateł, przekroczyła prędkość w terenie zabudowanym, wiozła małe dziecko bez pasów i fotelika, a także oddaliła się  od uruchomionego samochodu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Powiem wam szczerze, że na samym początku myślałem, że jest to jakiś przypakowany koleś. Jednak gdyby faktycznie był to koleś, to byłbym już w ciemnej srace. Gdy odjechała, ja zacząłem za nią jechać i co chwilę ją stresowałem jadąc zderzak w zderzak. Baba była tak wredna, że zaczęła blokować lewy pas, a gdy próbowałem ją wyprzedzić z prawej, to ona sobie przyspieszała. Nie obyło się także bez pozdrowień z mojej strony, czyli wystawiania głowy za okno i wydzierania się "wolniej się nie da?!"&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wniosek? Ważące na oko 150 kg czterdziestoponad letnie babska to najniebezpieczniejszy i najbardziej agresywny typ kierowcy. Nigdy nie wiesz kiedy zamachnie się tą grubą łapą i zrobi ci kuku. A w obliczu takiego zagrożenia jesteś bezsilny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wniosek 2? Muszę zacząć jeździć ze strzelbą, albo łopatą w samochodzie.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5767885164045152685-4360515206089351834?l=littlejacob.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://littlejacob.blogspot.com/feeds/4360515206089351834/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2009/09/kobieta-mnie-bije.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/4360515206089351834'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/4360515206089351834'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2009/09/kobieta-mnie-bije.html' title='Kobieta mnie bije!'/><author><name>Jakub</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12117029458729354081</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='30' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sZYtj72cVRQ/TF8CSFOeRYI/AAAAAAAAACY/tC8vXnYVxvA/S220/Bez+nazwy+1+kopia.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5767885164045152685.post-7315477622116648948</id><published>2009-09-08T14:56:00.003+02:00</published><updated>2009-09-10T22:50:08.456+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='ekonomia'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polityka'/><title type='text'>Zamach stanu</title><content type='html'>&lt;p&gt;Rozmawiałem wczoraj z kumplem o polityce. Tak, o tej wspaniałej dziedzinie, która szarpie mi od jakiegoś czasu nerwy. A dlaczego? Tego chyba specjalnie wyjaśniać nie muszę.Złapałem się za głowę i gotów byłem wyrwać wszystkie włosy, gdy dowiedzialem się o prognozowanej przyszłorocznej dziurze budżetowej. Ile to było? 55 milionów, czy miliardów? W każdym razie kupa kasy, która się nikomu nie śniła. Zastanawiam się gdzie nasz wspaniały rząd utopił tyle pieniędzy, bo trudno mi powiedzieć, żeby coś konkretnego powstało w ostatnich kilku latach.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Posiwiały mi włosy na klacie, gdy dowiedziałem się jak oni zamierzają tę dziurę łatać. Zamiast obniżyć ceny,zwiększyć parcie obywateli, spowodować ekspresowe oprożnienie sklepów i patrzeć na rosnące miliardy złotych wpływów, wykształceni eksperci z Ministerstwa Finansów wprowadzają kolejne podwyżki. I w efekcie od nowego roku ograniczymy jedzenie, palenie, picie, podpalanie stodół i spuszczanie po sobie wody w toalecie. Bo im ceny większe, tym mniejszy popyt. O tym wie każdy sześciolatek, który poszedł w tym roku do szkoły.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;A wystarczy pomyśleć. Gdyby rząd obniżył podatki podstawowych produktów tak jak pisałem, a dodatkowo zalegalizował i opodatkował tak jak papierosy marihuanę, która byłaby przeznaczona do sprzedaży w małych ilościach pomieszana dodatkowo z tytoniem, to założę się, że taki produkt cieszyłby się zainteresowaniem wśród znacznej ilości narodu. A rząd z podatków mógłby dziurę załatać. I starczyło by jeszcze na "małpeczki".&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Mnie, małemu człowieczkowi, którego jeden głos w przyszłych wyborach nic nie zmieni, pozostaje tylko siąść sobie na centrum miasta z kubeczkiem i karteczką "zbieram na zamach stanu". I wczoraj tak zrobiłem. Nikt nic nie wrzucił, bo po chwili gdy zobaczyłem nadchodzącego strażaka miejskiego, zwinąłem interes i sobie poszedłem. Ale miałem poparcie 2 osób. 2 osoby w przeciągu minuty. To znak, że telewizja kłamie. I znak, że źle się dzieje w państwie polskim.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5767885164045152685-7315477622116648948?l=littlejacob.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://littlejacob.blogspot.com/feeds/7315477622116648948/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2009/09/zamach-stanu.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/7315477622116648948'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/7315477622116648948'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2009/09/zamach-stanu.html' title='Zamach stanu'/><author><name>Jakub</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12117029458729354081</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='30' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sZYtj72cVRQ/TF8CSFOeRYI/AAAAAAAAACY/tC8vXnYVxvA/S220/Bez+nazwy+1+kopia.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5767885164045152685.post-7132047950143265792</id><published>2009-09-01T21:30:00.005+02:00</published><updated>2009-09-01T22:31:26.350+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='ekologia'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='środowisko'/><title type='text'>Ekobzdury</title><content type='html'>&lt;p&gt;Czas wreszcie odkurzyć tego bloga z kurzu i pajęczyn i napisać w końcu coś twórczego. Przez ostatnie trzy miesiące miałem mnóstwo pomysłów na ciekawy wpis, ale nigdy nie chciało mi się tego zrealizować. Wakacje naprawdę potrafią człowieka rozleniwić.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Anyway, o bzdurach napiszę innym razem. Dziś chciałbym podzielić się z problemem zaśmieconego środowiska, a raczej z jego ochroną. Od kilku dni zastanawiam się do czego to wszystko zmierza. Chodzi mi o gromadkę tych zielonych ekodupków, którzy już mi zaczynają szarpać nerwy. Właściwie to ich chore pomysły. Czy ich działanie to jest jakaś ogólnoświatowa propaganda?&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Innego określenia nie mogę znaleźć, bo ekodupki nie dość, że przeczą sami sobie to jeszcze ludziom robią wodę z mózgu. No tak. Czym dla mnie było wycofanie foliowych torebek ze sklepów? Pieprzonym żartem. Owe torebki zostały zastąpione tymi samymi w innym kolorze i z napisem "przyjazne środowisku". W dodatku trzeba za nie płacić! Nie można było dodatkowo wprowadzić papierowych toreb, a zostawić tamte w spokoju? Nie. Trzeba było zmienić i ściągać haracz od ludzi.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Kolejnym poronionym pomysłem jest wycofanie standardowych żarówek. Nie widzę w tym nic, co byłoby przydatne środowisku. Standardowe żarówki zostały zastąpione energooszczędnymi, które nie dość, że potrafią być dziesięć razy droższe, to potrafią zużyć dwadzieścia razy więcej energii i zawierają (uwaga!) rtęć. Tak, to taka strasznie szkodliwa ciecz. A gdzieś słyszałem, że termometry rtęciowe zostały wycofane właśnie ze względu na rtęć. Paranoja. Wróćmy jednak do żarówek. Gdyby się ktoś uparł, to mógłby otworzyć domowe solarium, montując naprzeciw siebie dwie energooszczędne żarówki. Owe świecidełka mogą powodować raka, a przy okazji skutecznie niszczą wzrok. W imię czystego środowiska.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Zbliża się dzień bez samochodu. Nie wiem co ma na celu ta akcja. Ma służyć ograniczeniu wytwarzania spalin? Przecież jak do starego autobusu wsiądzie 200 osób to ten autobus wydzieli więcej smrodliwych dymów, niż wszystkie samochody tych ludzi razem wzięte. Poza tym wierzcie mi, nieprzyjemnie jedzie się autobusem w 200 osób, a zwłaszcza wtedy, kiedy wymiotuje na ciebie jakiś żul, czy jakiś dresiarz zaczyna się opiekować twoim portfelem. Ja się na to nie piszę.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Gdzieś widziałem idealną ripostę dla zielonych ekodupków. O właśnie, panie Carlin. "Ziemia przetrwała gorsze rzeczy niż my. Trzęsienia ziemi, wybuchy wulkanów, ruchy tektoniczne, dryf kontynentalny, rozbłyski słoneczne, plamy na słońcu, burze magnetyczne, zmiany biegunów magnetycznych, setki tysięcy lat bombardowania przez asteroidy, meteory i komety, globalne powodzie i pożary, promieniowanie kosmiczne, epoki lodowcowe... i niby jakieś papierowe torby i aluminiowe puszki mają jej zrobić różnicę?"&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Nie zdziwię się, jak za kilka lat pod presją ekodupków całkiem wycofają papierowy papier toaletowy, plastikowe butelki, foliowe worki na śmieci, a na miejscu dróg asfaltowych zasieją trawę. Ludzie zaczną siedzieć przy świeczkach, a za oknem zobaczą jeden wielki... O przepraszam. Okien już wtedy nie będzie.  Już wtedy niczego nie będzie. Bo ekodupki we wszystkim znajdą coś szkodliwego dla ukochanej planety.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5767885164045152685-7132047950143265792?l=littlejacob.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://littlejacob.blogspot.com/feeds/7132047950143265792/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2009/09/ekobzdury.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/7132047950143265792'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/7132047950143265792'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2009/09/ekobzdury.html' title='Ekobzdury'/><author><name>Jakub</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12117029458729354081</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='30' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sZYtj72cVRQ/TF8CSFOeRYI/AAAAAAAAACY/tC8vXnYVxvA/S220/Bez+nazwy+1+kopia.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5767885164045152685.post-401043597302880343</id><published>2009-07-25T10:14:00.002+02:00</published><updated>2009-07-25T10:15:02.764+02:00</updated><title type='text'>Ooups</title><content type='html'>Przydałoby się coś w końcu tutaj napisać na tym blogu... Ale może później, bo teraz mi się nie chce. &lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5767885164045152685-401043597302880343?l=littlejacob.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://littlejacob.blogspot.com/feeds/401043597302880343/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2009/07/ooups.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/401043597302880343'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/401043597302880343'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2009/07/ooups.html' title='Ooups'/><author><name>Jakub</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12117029458729354081</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='30' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sZYtj72cVRQ/TF8CSFOeRYI/AAAAAAAAACY/tC8vXnYVxvA/S220/Bez+nazwy+1+kopia.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5767885164045152685.post-6575069032625221367</id><published>2009-05-30T22:10:00.023+02:00</published><updated>2009-05-31T11:01:53.114+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='prezydent'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polityka'/><title type='text'>Najbardziej rozrywkowy prezydent wszechczasów</title><content type='html'>&lt;p&gt;O tym, że jaki jest nasz prezydent Kaczyński nie trzeba dużo mówić. Praktycznie zawsze wygląda na spiętego i niewyspanego. Potrafi być także złośliwy, o czym świadczą teksty które przeszły do historii - "małpa w czerwonym" i "spieprzaj dziadu". Pan Kaczyński ma tendencje do przekręcania nazwisk. To on stworzył &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=gtg7Otj14rE" target="_blank"&gt;Rokera Perejro, Artura Borubara i Leo Benhauera&lt;/a&gt;. Jednak nie chcę dziś opisywać wszystkich cech prezydenta. Nie chcę też pisać o poglądach. Chcę porównać kilku władców pod kątem rozrywkowym i postaram się wybrać najbardziej rozrywkowego przywódcę wszechczasów.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Współczesna Polska miała do tej pory trzech prezydentów. Lecha Wałęsę - elektryka z wąsem, przywódcę Solidarności, Aleksandra Kwaśniewskiego - dziennikarza i współtwórcę SLD i rządzącego obecnie Lecha Kaczyńskiego - doktora habilitowanego nauk prawnych, współtwórcę PiSu. Każdy z nich zapisał się w pamięci obywateli czymś nadzwyczajnym. Oczywiście w czasie prezydentury. Wałęsa oczywiście swoim wąsem, który na początku lat 90. był niezwykle modny. Z tego co pamiętam i co widzę na fotografiach, prawie każdy wtedy miał wąsy. Panu Wałęsie dosyć często towarzyszył wyraz "panie", który dodawał do swoich wypowiedzi. Nie opuszczały go także wpadki językowe. Kwaśniewski określany jest mianem "swój chłop", bo lubił sobie od czasu do czasu wypić. Przynajmniej takie są przypuszczenia do dziś. Polacy zapamiętali także to, kiedy parodiował papieża. Kojarzony jest również z dosadnymi komentarzami.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Obecny prezydent Kaczyński, którego opisałem powyżej, także spełnia wiele moich kryteriów oceniania. A co słychać za granicą? Czy Polska jest jedynym krajem na świecie, która miała rozrywkowych prezydentów? Oczywiście, że nie. Także inne kraje miały/mają wesołego i ciekawie usposobionego przywódcę. Choćby Ameryka. Pamiętacie Billa Clintona i jego zabójczy śmiech? George'a Busha i jego wpadki językowe? Albo unik przed &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=VFX-dKpcDz8" target="_blank"&gt;lecącym butem&lt;/a&gt;? A co powiecie na Baracka Obamę jadającego w fast foodzie? Przyznajcie, że to ciekawy sposób integracji i porozumienia ze społeczeństwem. Wydaje mi się, że do grona rozrywkowych dołączyć też może Prezydent Republiki Francuskiej i Współksiążę Andory - Nikolas Sarkozy. A to dzięki swojej żonie, która jest cieszącą się dużą popularnością modelką i piosenkarką. Z kolei najmniej słyszy się o prezydencie Rosji - jak już coś palnie to na pewno nie jest to coś z jajem i o prezydencie Niemiec - niektórzy nawet nie wiedzą, że Niemcy mają prezydenta. &lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Czas jednak przejść do konkretów i wybrać tego najbardziej rozrywkowego. Kto to taki i za co? W swojej ocenie kieruję się niepodważalnym poglądem własnym i moje oceny są ostateczne.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;strong&gt;&lt;span style="font-size:180%;"&gt;&lt;span style="color:#993399;"&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;10.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/strong&gt;&lt;strong&gt;&lt;span style="font-size:180%;"&gt; &lt;/span&gt;Dziesiąte&lt;/strong&gt;, ostatnie miejsce zajmuje Nikolas Sarkozy. Jest on najmniej rozrywkowym prezydentem z mojej garstki wybrańców. Na sukces i popularność musi jednak sam zapracować. Żona musi trochę odpocząć.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;strong&gt;&lt;span style="font-size:180%;"&gt;&lt;span style="color:#993399;"&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;10.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/strong&gt;&lt;strong&gt;&lt;span style="font-size:180%;"&gt;&lt;span style="color:#993399;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/strong&gt;&lt;strong&gt;Ex aequo&lt;/strong&gt; z prezydentem Francji lokuje się Horst Köhler, o którym w Polsce słyszy się tyle, że został ponownie wybrany na prezydenta Niemiec. Żadnych zabawnych sytuacji, żadnych śmiesznych tekstów. Zero gaf. &lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;strong&gt;&lt;span style="font-size:180%;"&gt;&lt;span style="color:#993399;"&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;8. &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/strong&gt;&lt;strong&gt;Ósmą pozycję&lt;/strong&gt; zajmuje Aleksander Kwaśniewski. Nasz były prezydent kojarzy mi się z tańcem i śpiewem przed komisją śledczą, &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=Cn0QO1Qpv0A" target="_blank"&gt;&lt;span style="color:#993399;"&gt;parodiowaniem papieża&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; i z &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=g8N_EG7jJ5U" target="_blank"&gt;&lt;span style="color:#993399;"&gt;wizytą w Charkowie&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;, gdzie ledwo trzymał się na nogach. Brawa za odwagę, choć panie prezydencie... To trochę nie wypada.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;strong&gt;&lt;span style="font-size:180%;"&gt;&lt;span style="color:#993399;"&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;7. &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/strong&gt;O tym, że śmieszne nazwisko w polityce to większość sukcesu przekonał się Dmitrij Miedwiediew. &lt;strong&gt;Siódma pozycja&lt;/strong&gt; dla przywódcy Rosji, bo miedwied to po rosyjsku niedźwiedź. &lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;strong&gt;&lt;span style="font-size:180%;"&gt;&lt;span style="color:#993399;"&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;6. &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/strong&gt;&lt;strong&gt;Szóste &lt;/strong&gt;miejsce zajmuje Lech Wałęsa. Wprawdzie w trakcie trwania prezydentury nie zasłynął niczym konkretnym, co wzbudzałoby dzisiaj szeroki uśmiech u każdego obywatela, ale kilka punktów zdobył za wąsa, oraz za konflikt z Aleksandrem Kwaśniewskim i tekst "panu to ja mogę nogę podać".&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;&lt;strong&gt;&lt;span style="font-size:180%;"&gt;&lt;span style="color:#993399;"&gt;5.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/strong&gt;&lt;strong&gt; &lt;/strong&gt;&lt;/span&gt;&lt;strong&gt;Numerek pięć &lt;/strong&gt;to Barack Obama. Jest on pierwszym czarnoskórym prezydentem w historii USA, otwarcie się przyznał do palenia papierosów, &lt;a href="http://www.tvn24.pl/-1,1602857,0,1,obama-wyskoczyl-na-cheeseburgera,wiadomosc.html" target="_blank"&gt;&lt;span style="color:#993399;"&gt;jada we fast foodach&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; i ma dosyć zabawne nazwisko. Ile jajek ma Barack? Oba-ma. Yes You Can!&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;&lt;strong&gt;&lt;span style="font-size:180%;"&gt;&lt;span style="color:#993399;"&gt;4.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/strong&gt;&lt;strong&gt; &lt;/strong&gt;&lt;/span&gt;&lt;strong&gt;Czwarta pozycja dla &lt;/strong&gt;Borysa Jelcyna. Nikt nie potrafi &lt;span style="color:#993399;"&gt;&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=R-z9wfueMAw" target="_blank"&gt;tak śpiewać, tak tańczyć, tak podrywać kobiet i tak dyrygować &lt;/a&gt;&lt;/span&gt; jak on.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;&lt;strong&gt;&lt;span style="font-size:180%;"&gt;&lt;span style="color:#cc6600;"&gt;3.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/strong&gt;&lt;strong&gt;&lt;span style="font-size:180%;"&gt;&lt;span style="color:#993399;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/strong&gt;&lt;/span&gt;&lt;strong&gt;Pozycja z numerem trzy &lt;/strong&gt;przypada Jurkowi Krzakowi (George Bush). Między innymi za śmieszne nazwisko, wprowadzenie bushyzmów, &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=6NTPG5OXPZo" target="_blank"&gt;&lt;span style="color:#993399;"&gt;potknięcia, mylenie stron, klepnięcie w tyłek, czyszczenie okularów, zmieszanie, upuszczenie psa i za spoglądającego się prezydenta&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;. Punkty karne natomiast poleciały za wywołanie niepotrzebnej wojny w Iraku, do którego Polska wysłała tysiące żołnierzy. Stara amerykańska zasada mówi przecież "make love not war".&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;&lt;strong&gt;&lt;span style="font-size:180%;"&gt;&lt;span style="color:#cccccc;"&gt;2.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/strong&gt;&lt;strong&gt;&lt;span style="font-size:180%;"&gt;&lt;span style="color:#993399;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/strong&gt;&lt;/span&gt;Powoli zbliżamy się do szczytu listy. Tuż pod nim, na &lt;strong&gt;drugiej pozycji&lt;/strong&gt; siedzi prezydent Kaczyński. Został oceniony wysoko dzięki swoim wpadkom językowym (przede wszystkim przekręcaniem nazwisk), tekstom przed marcowym szczytem w Brukseli i sztuczną nienawiścią do Donalda Tuska. Tak naprawdę obaj politycy darzą się dużą sympatią. Pan prezydent w &lt;a href="http://www.tvn24.pl/2210912,0,0,4,1,prawda-ekranu,wideo.html" target="_blank"&gt;&lt;span style="color:#993399;"&gt;kulisach szczytu w Brukseli&lt;/span&gt;&lt;/a&gt; udowania nam, że telewizja kłamie.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;&lt;strong&gt;&lt;span style="font-size:180%;"&gt;&lt;span style="color:#ffcc00;"&gt;1.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/strong&gt;&lt;strong&gt;&lt;span style="font-size:180%;"&gt;&lt;span style="color:#993399;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/strong&gt;&lt;/span&gt;&lt;strong&gt;Pierwszą pozycję&lt;/strong&gt; zajmuje... Bill Clinton, były prezydent USA. I nie chodzi mi o słynną aferę z Moniką Levinsky. Ten gość ma po prostu &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=vHfbpL0NDmw" target="_blank"&gt;&lt;span style="color:#993399;"&gt;zabójczy śmiech&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;. I to wystarcza by zostać najbardziej rozrywkowym prezydentem wszechczasów. Szkoda tylko, że jego miejsce na scenie politycznej zajęła jego żona, która ma znacznie mniejsze poczucie humoru.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5767885164045152685-6575069032625221367?l=littlejacob.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://littlejacob.blogspot.com/feeds/6575069032625221367/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2009/05/najbardziej-rozrywkowy-prezydent.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/6575069032625221367'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/6575069032625221367'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2009/05/najbardziej-rozrywkowy-prezydent.html' title='Najbardziej rozrywkowy prezydent wszechczasów'/><author><name>Jakub</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12117029458729354081</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='30' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sZYtj72cVRQ/TF8CSFOeRYI/AAAAAAAAACY/tC8vXnYVxvA/S220/Bez+nazwy+1+kopia.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5767885164045152685.post-3286741677588491016</id><published>2009-05-28T22:43:00.008+02:00</published><updated>2009-05-29T15:07:14.754+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='autobusy i tramwaje'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='mohery'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polska rzeczywistość'/><title type='text'>Autobusy i tramwaje</title><content type='html'>&lt;p&gt;Narzekałem, narzekam i będę narzekał na komunikację miejską w Górnośląskim Okręgu Przemysłowym. Nawet jeśli się coś zmieni, bo z góry już wiem, że te zmiany nie będą na lepsze. A nawet jeśli będą, to na pewno nie będą tak świetne, żebym mógł podróżować busami i tatajami z uśmiechem na twarzy.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Każdy mieszkaniec Śląska i Zagłębia dobrze wie jak wyglądają publiczne pojazdy świadczące usługi komunikacyjne. Większość to stare, brudne i śmierdzące Ikarusy cieszące się ogromną popularnością wśród bezdomnych, oraz krótkie Jelcze, które mają tendencję do samoskrętu i są najczęściej wybieranym środkiem transportu przez pijaków. Są jeszcze prawie nowiusieńkie Solarisy i MANy, lecz one jeżdżą przeważnie w jakichś egzotycznych i mało popularnych taborach. Chociaż od ostatniego czasu widzę ich coraz więcej jako te popularniejsze linie. A tramwaje? To te same blaszane puszki co jeździły 20 lat temu, których stukot kół po zardzewiałych i rozwalonych torowiskach przyprawia o eksplozję bębenków usznych. Mieszkańcy Katowic mają jeszcze kilka niskopodłogowych &lt;em&gt;karlików&lt;/em&gt;. Szczęściarze! Tyle, że w Katowicach widok pustego tramwaju graniczy z cudem.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;No, ale wracając do początku. Dlaczego tak bardzo nie znoszę komunikacji miejskiej? Ano dlatego, że płacę kupę kasy za bilet (obecnie 1,2 ulgowy, lub 44 zł miesięczny na 1 miasto), a praktycznie nigdy nie mogę komfortowo podróżować. Zarówno w autobusach i tramwajach. Dlaczego? Autobusami podróżuje cała masa śmierdzących bezdomnych i pijaków. W pewnych momentach człowieka aż skręca od środka od tego smrodu. A kierowcy problemu nie widzą, pomimo iż w regulaminie jak byk widnieje punkt, że &lt;em&gt;nietrzeźwi i uciążliwi pasażerowie muszą natychmiast opuścić pojazd&lt;/em&gt;. Nawet te kontrole biletów przy wejściu problemu nie zredukowały. Kolejnym problemem są moherowe berety, które nie dość, że zawsze włażą do autobusu drzwiami wyjściowymi, to jeszcze pchają się i szukają wolnego miejsca siedzącego. Myślą, że jak słuchają radia Maryja, a ich idolem jest Rydzyk to im wszystko wolno? A gówno prawda! Dziewiętnastoletni pasażer ma takie samo prawo korzystać z miejsca siedzącego tak jak pięćdziesięcioparo letnia baba z beretem na głowie. I całkiem niedawno postanowiłem sobie, że nikomu nie będę ustępował miejsca siedzącego. Będę bezczelnym chamem dla moherów zabijających mnie wzrokiem i krzyczącym na cały autobus jaka to współczesna młodzież jest zła. Chyba, że będzie to ewidentnie starsza kobieta, podpierająca się laską. To wtedy zejdę.  &lt;/p&gt;&lt;p&gt;Kolejną rzeczą, której nie mogę znieść jest to, że większość busów jeździ niezgodnie z rozkładem. Nerwica mnie wtedy straszna bierze. Kupuję miesięczny, więc wymagam, żeby cokolwiek przyjechało na czas. Ile razy już było tak, że zrezygnowany szedłem sobie na tramwaj, po czym widziałem odjeżdżający z przystanku autobus na który czekałem całe życie? Najgorzej jest jednak wtedy, gdy jest cholernie zimno, pada deszcz, a tu jak na złość nic nie przyjeżdża. Można sobie czekać do usranej śmierci, a gdy już się zrezygnuje i odejdzie z przystanku to wtedy cokolwiek nadjedzie. Zagadkowe, no nie?&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Najbardziej zastanawiającą dla mnie zagadką jest to, że w pogodny dzień autobusy przyjeżdżają strasznie spoźnione, a w dni deszczowe jeżdżą prawie zgodnie z rozkładem. Dziwne no nie? Na mój chłopski rozum powinno być na odwrót. Czy w innych województwach też tak jest? Czy takie rzeczy to tylko na Śląsku? A może tylko w Zagłębiu?&lt;/p&gt;&lt;p&gt;No cóż. W komunikacji publicznej dostrzegam jeden, jedyny plus. Jest tańsza od jazdy samochodem. Chociaż płacąc 44 złote miesięcznie oczekiwać można, a w zasadzie trzeba, bardziej komfortowych i cywilizowanych warunków podróży autobusem czy tramwajem...&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5767885164045152685-3286741677588491016?l=littlejacob.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://littlejacob.blogspot.com/feeds/3286741677588491016/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2009/05/autobusy-i-tramwaje.html#comment-form' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/3286741677588491016'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/3286741677588491016'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2009/05/autobusy-i-tramwaje.html' title='Autobusy i tramwaje'/><author><name>Jakub</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12117029458729354081</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='30' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sZYtj72cVRQ/TF8CSFOeRYI/AAAAAAAAACY/tC8vXnYVxvA/S220/Bez+nazwy+1+kopia.jpg'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5767885164045152685.post-7391717062006583478</id><published>2009-05-27T22:46:00.005+02:00</published><updated>2009-05-27T23:21:21.659+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kolejki'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polska rzeczywistość'/><title type='text'>Polska w kolejkach stojąca</title><content type='html'>&lt;p&gt;Byłem dzisiaj w cyrku. Państwowym cyrku co się dumnie nazywa Wojskowa Komisja Uzupełnień. Niestety nie widziałem klaunów, egzotycznych zwierząt, ani akrobatycznych sztuczek, które spowodowałyby u mnie wytrzeszcz obu oczu. Mówiąc cyrk nie miałem na myśli także wielkiego czerwonego namiotu. Miałem na myśli to, w jaki sposób zostałem potraktowany. I setka innych "interesantów".&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Zaczęło się w poniedziałek, na kiedy to miałem wyznaczony termin stawienia się w... no tam. Miałem się stawić o wyznaczonej godzinie, a była to 8:30. Przyjechałem wczesniej, gdyż po prostu nie lubię się spóźniać i zawsze wolę być kilkanaście minut przed czasem (choć dosyć często mi to nie wychodzi). Myślałem, że to potrwa jakieś 20 - 30 minut, no bo w końcu ile można wklejać zdjęcie, wypisywać ewidencję wojskową i przeprowadzać badania lekarskie? Spodziewałem się też, że wszystko odbędzie się w jednym pokoju. A tu dupa! Zanim wepchałem się do gigantycznej kolejki, która prowadziła do rejestracji polegającej na oddaniu świstków papieru, zdjęcia, prawa jazdy i dowodu osobistego, na moim zegarku w komórce wybiła 8:50. Pomyślałem, że gorzej już być nie może. Myliłem się. Zanim zostałem wyczytany do wypisania ewidencji minęła godzina. I tak o 9:50 wlazłem do pokoju, wypisałem swoje dane i resztę wymaganych informacji i po dwóch minutach wyszedłem. Hm... Już prawie 2 godziny czekania, a 2 minuty załatwiania. I to dopiero 33% sukcesu. Czekamy dalej na badania lekarskie. Tu o dziwo czekałem około 20 minut. Czekałem na marne, gdyż po wstępnych badaniach odesłali mnie do prywatnej przychodni na badania wzroku. 10:30, 2 godziny i 15 minut stania w kolejce i nic nie załatwiłem. W dodatku w państwowej instytucji. Środa. Obiecali mi, że gdy przyjdę z badaniami to wszystko załatwię bez kolejki - i orzeczenie lekarskie i odbiór książeczki wojskowej. Obiecali, a tak naprawdę musiałem czekać kolejne 2,5 godziny, aż łaskawie ktoś raczy się mną zająć. &lt;/p&gt;&lt;p&gt;Podsumujmy. Żeby zostać poborowym musiałem poświęcić 5 godzin mojego życia stojąc w kolejce. Co lepsze - gdy już mnie wyczytali, to na każdym etapie rejestracji spędzałem góra 3 minuty. W dodatku za dwa tygodnie znowu muszę tam jechać i czekać w kolejnej kolejce po wpis do rezerwy. Eh, jak pięknie by się żyło, gdyby nie było tej zasranej biurokracji... Ale ja mam czas. Ja się wcale nigdzie nie śpieszę. Wystoję się w kolejnej kolejce. W imię ojczyzny!&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Na zachodzie śmieją się z Polaków, że lubią sobie utrudniać życie i wręcz uwielbiają stać w kolejkach. Pragnę obalić ten stereotyp. My nie lubimy stać w kolejkach, my musimy! Żeby cokolwiek załatwić w naszej drugiej Irlandii naprawdę trzeba stać w cholernie długich kolejkach. Zupełnie jak 20 lat temu. Odprowadzenie podatku i rejestracja samochodu, rejestracja poborowych, w poszukiwaniu ofert pracy w biurze pośrednictwa pracy, wniosek o kredyt w banku, a nawet po głupie znaczki na poczcie - to tylko przykłady. Takich sytuacji jest wiele. Sytuacji, które doprowadzają do szału niejednego, szanującego się Polaka, który stara się być osobą przedsiębiorczą. &lt;/p&gt;&lt;p&gt;Na mój chłopski rozum wnioskuję, że kryzys ekonomiczny nas dopadł nie tylko przez nieudolne operowanie budżetem państwa przez naszą wspaniałą partię obywatelską, a także przez biurokrację! No tak, bo czas to pieniądz. A gdy marnujemy czas stojąc w kolejkach, marnujemy także pieniądze. Minimalna stawka krajowa za pięć godzin pracy wynosi 25 złotych. To kupa kasy. Niestety, w tym wszystkim tkwi jeden haczyk. Biurokracja jest głównym ogniwem napędzającym nasz wspaniały system państwowy. Co z tego, że pobór powszechny do wojska został zawieszony? Dalej trzeba wypełniać milion różnych papierów, wykonywać niewiadomo jakie badania lekarskie. Po co? By dać zarobić urzędasom. To oni są odpowiedzialni za papierkową robotę i tworzenie niewiadomo jakich dokumentów. By żyło się lepiej. Szkoda, że z roku na rok jest z tym coraz gorzej i nikt nie pomyśli o przeciętnym Polaku. Od kilku lat lepiej żyje się urzędnikom po zawodówce, a nie przeciętnym Polakom z wykształceniem średnim, a nawet pełnym.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5767885164045152685-7391717062006583478?l=littlejacob.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://littlejacob.blogspot.com/feeds/7391717062006583478/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2009/05/polska-w-kolejkach-stojaca.html#comment-form' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/7391717062006583478'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/7391717062006583478'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2009/05/polska-w-kolejkach-stojaca.html' title='Polska w kolejkach stojąca'/><author><name>Jakub</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12117029458729354081</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='30' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sZYtj72cVRQ/TF8CSFOeRYI/AAAAAAAAACY/tC8vXnYVxvA/S220/Bez+nazwy+1+kopia.jpg'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5767885164045152685.post-1916232395500668331</id><published>2009-05-25T21:44:00.004+02:00</published><updated>2009-05-25T22:41:33.089+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='prawda policyjna'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='młodzi gniewni'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polska rzeczywistość'/><title type='text'>Młodzi Gniewni</title><content type='html'>&lt;p&gt;Nie tak dawno temu, a był to słoneczny lipiec, na moim poprzednim, wysłużonym już blogu wspominałem o bandach gówniarzy, którzy mają góra 16 lat i próbują rządzić swoim osiedlem. Pisałem wtedy, że ich ulubionym zajęciem jest bicie dziewczynek, spluwanie na chodnik i przeklinanie. Od tamtego czasu sporo się zmieniło. Dosyć sporo.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Tegoroczna moda wśród małolatów to golenie głowy na łysą pałę i chodzenie w bluzie koniecznie z kapturem, nawet w tropikalne upały. Jest to widok nie tyle co szokujący, ale wręcz zabawny, kiedy na ulicy stoi grupka pięciu tak samo ubranych, łysych chłopaczków z fajką w ręce. Czy oni myślą, że z łysą pałą i z kapturem wyglądają groźnie? A w ogóle to po co im ten kaptur? Czyżby w główkę zimno się zrobiło? &lt;/p&gt;&lt;p&gt;Anyway... &lt;em&gt;Osiedlowi gangstas&lt;/em&gt; koniecznie chcą, żeby zrobiło się o nich głośno. Nie tylko w lokalnej bulwarówce, ale przede wszystkim na TVN24. Żeby osiągnąć swój cel posuwają się tak daleko, że osoba stojąca obok ma ochotę ich zabić. Tak - &lt;strong&gt;zabić&lt;/strong&gt;, bo piącha w mordę dla nich jest już przestarzała. Poza tym z dania komuś w ryj, a zwłaszcza nieletniemu mogą wyniknąć spore nieprzyjemności - 48 godzinny dołek, proces o pobicie nieletniego, 10 lat w zawieszeniu. W najlepszym przypadku grupka może zaatakować, a wtedy ufać można tylko własnym nogom. A co jest przyczyną tego, że każdy chce tym smarkom nakopać? No proszę Państwa to, że ci &lt;em&gt;młodzi gniewni&lt;/em&gt; powoli przekraczają granicę. Chodzi mi o słowne i fizyczne zaczepianie kobiet na ulicy, w autobusach i tramwajach (już nie tych młodszych, ale wszystkich), zastraszanie, picie alkoholu na totalnym offie, niszczenie zaparkowanych samochodów przy drodze, nocne wydzieranie się, za które przeciętny dorosły dostałby niezłą grzywnę, prace społeczne i kilka lat w pudle. Nie wiem czy to są współczesne objawy nastoletniego buntu, albo coś. Nie chcę wiedzieć. Chcę tylko wiedzieć, czemu policja i straż miejska nic sobie nie robi z tego problemu. Dlaczego takich takich grupek gówniarzy widzę na swoim osiedlu coraz więcej, a patroli policyjnych coraz mniej? Dlaczego straż miejska woli zajmować się zakładaniem blokad na koła samochodów, zamiast zatrzymywaniem młodych gniewnych? Dlaczego mieszkańcy coraz bardziej boją się spacerować wieczorem po własnych osiedlach?&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Takich przypadków jest wiele, a o jednym z najnowszych można poczytać pod &lt;a href="http://www.tvn24.pl/-1,1601974,0,1,20_latek-nie-zyje-winne-miasto,wiadomosc.html" target="_blank"&gt;tym&lt;/a&gt; adresem.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Najgorsze jest to, że w Polsce mamy prawo, które z przestępcy potrafi zrobić ofiarę. W dodatku osoby poniżej 17 roku życia pierwszy raz karane zawsze mają jakąś taryfę ulgową i przeważnie dostają upomnienie. Tak więc nieletni za zabójstwo nie dostanie dożywocia, a za zastraszanie kogoś nawet pouczenia. Bo przyjdzie taki groźnie wyglądający łysy kozaczek z ojcem i mu się niczego nie udowodni.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Ciekawy jestem kiedy nasze wspaniałe państwo prawa zauważy ten narastający z miesiąca na miesiąc problem i coś się w tej sprawie ruszy. Ile kobiet ma jeszcze zostać zaczepionych, ile samochodów zniszczonych i ilu zabitych zanim którykolwiek z rządowych ważniaków zauważy, że gównażeria jest praktycznie bezkarna? Ciekaw jestem kiedy będę wreszcie mógł wychodzić na wieczorne spacery po parkach czy osiedlach bez obaw o własne życie... Ba! Kiedy, do cholery, te gówniarze przestaną się drzeć po nocach?&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5767885164045152685-1916232395500668331?l=littlejacob.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://littlejacob.blogspot.com/feeds/1916232395500668331/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2009/05/modzi-gniewni.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/1916232395500668331'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/1916232395500668331'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2009/05/modzi-gniewni.html' title='Młodzi Gniewni'/><author><name>Jakub</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12117029458729354081</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='30' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sZYtj72cVRQ/TF8CSFOeRYI/AAAAAAAAACY/tC8vXnYVxvA/S220/Bez+nazwy+1+kopia.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5767885164045152685.post-1989475554308674882</id><published>2009-04-26T13:10:00.012+02:00</published><updated>2011-02-02T18:50:45.417+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='spisek'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kierowca'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='prawda policyjna'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polityka'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='stereotypy'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polska rzeczywistość'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='podatki'/><title type='text'>It drives me crazy!</title><content type='html'>&lt;p&gt;Od dziecka marzyłem o prawie jazdy - najpierw o książeczkowym papierku, a potem o malutkim plastiku, który sprawi, że wreszcie będę mógł zostać kierowcą i poczuć na własnej skórze jak to jest. Najczęściej widziałem tego same plusy - a to, że mogę się dostać wszędzie szybko i wygodnie, że nie muszę jeździć śmierdzącym autobusem, że mogę wsiąść w auto kiedy zechcę i jechać gdziekolwiek tylko zechcę i w ogóle. Z biegiem czasu dostrzegam, że przeciętny polski kierowca to strasznie przerąbana odpowiedzialność mająca także swoje minusy. Dużo minusów. I co raz mniej zaczyna mi się to podobać.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Większość o mnie myśli, że ze mnie taki kozaczek, który wozi dupę w cieplutkim samochodziku, a do autobusu to już nie wie z której strony się wsiada. Jest to stereotypowe myślenie, które wprowadzili ci, którzy po raz wtóry nie zdali na prawko. Stereotyp, który przyprawia mi rogi, strasznie mnie wkurza i z którym się nie zgadzam. Samochód dzielę z ojcem, który dojeżdża nim w tygodniu do pracy, a ja z auta korzystam w weekendy i czasem popołudniami. I wcale się tego nie wstydzę. Przynajmniej nie jestem sztuczny, nie biorę kredytów na samochód (lub jego opłacenie), którego ozdobiłbym dwudziestocalowymi alufelgami i którym lansowałbym się w centrum miasta. Jeżdżę trzynastoletnim cinquecento, bo na to było mnie stać. Nie zaciągałem kredytów, ani nie błagałem rodziców na kolanach, żeby mi kupili samochód na urodziny.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Lansowanie się bryką i kupowanie samochodu na urodziny to temat na osobny post. Kolejnym problemem u kierowcy jest alkohol, a właściwie chęć jego spożycia. Owszem, gdy jadę gdzieś na imprezę to strasznie ciągnie wilka do lasu, ale twardy jestem i się nie uginam. Nienawidzę napierdolonych wariatów za kółkiem. Za jazdę na podwójnym gazie wprowadziłbym karę 20 lat więzienia i dożywotnie zawieszenie prawa jazdy. A co! Nauczy się taki jeden z drugim i potem na pewno nie wsiądzie do samochodu po pijaku, bo zapomni jak to się odpalało silnik. Najbardziej przeraża mnie bezradność służb bezpieczeństwa (policji, straży miejskiej), którzy okiem przeciętnego obywatela wolą bagatelizować ten problem, niż się tym zająć. Poniżej przedstawiam przykład tego typu "akcji" i w jaki sposób zareagowali by panowie w mundurkach.&lt;/p&gt;&lt;ul&gt;&lt;li&gt;Rozpędzony tir na drodze S86 jadący w kierunku Katowic, nagle zaczyna zjeżdżać na sąsiadujące pasy ruchu, potem niszczy barierki i znajduje się na przeciwległej drodze. Dosłownie taranuje Forda Fiestę, niszczy kolejną barierkę i z ową osobówką spada z wiaduktu. Nie żyje kierowca Forda. Kierowca tira ma połamaną rękę i nogę. W organiźmie wykryto 2 promile alkoholu. Dalsze jego losy nie są do końca znane (powinien dostać dożywocie za zabójstwo, lecz prawdopodobnie dostał 10 lat za nieświadome spowodowanie katastrofy lądowej plus 2 lata za jazdę pod wpływem alkoholu)&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;p&gt;Ile jeszcze czasu musi minąć, żeby nasze wspaniałe państwo prawa zobaczyło jak bardzo poważny jest ten problem? Zbliża się weekend majowy - ile osób musi zginąć na drogach, żeby policja przestała wlepiać mandaty za niesprawną wycieraczkę podczas kontroli drogowych, tylko zajęła się problemem pijanych debili?&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Kolejną zmorą kierowcy są oczywiście motocykliści, rowerzyści i tzw. dawcy organów na motorach. A konkretniej grupka tej "subkultury", która wyjeżdża swoją zabawką na miasto z zerową znajomością przepisów kodeksu ruchu drogowego. Raany, jak ja nienawidzę, kiedy stoję sobie w korku, denerwuję się jak na przeciętnego obywatela przystało, a tu nagle obok mnie przejeżdża taki głupek na motorze w odległości kilku milimetrów od lusterka. Irytujący są również ci, którzy całkowicie olewają (lub nie znają) znak "ustąp pierwszeństwa przejazdu" i bez jakiegokolwiek zastanowienia wjeżdżają powodując niemałe zamieszanie.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;A gdy już przychodzi swoim samochodem zaparkować to... No właśnie - to gdzie? Jeżdżę już od jakiegoś czasu, zwiedziłem już chyba wszystkie znaczące miasta aglomeracji śląskiej i ani razu nie natknąłem się na parking z prawdziwego zdarzenia. Większość parkingów to odgrodzony kawałek terenu siatką i za pozostawienie auta pobierana jest opłata w wysokości 3 - 5 złotych. 5 złotych za jakieś żwirowe miejsce na ciasnym parkingu? O nie! Owszem, natknąłem się na w miarę fajny podziemny parking w Sosnowcu, lecz jest tam cholernie ciasno, mało miejsc i w dodatku tylko dla klientów centrum handlowego. Skandal! Dlaczego rząd unika stawiania parkingów komunalnych w centrach dużych miast? Dlaczego jadąc przez centrum Sosnowca na 800 metrowym odcinku muszę się co chwilę zatrzymywać, bo jakiś koleś chce zaparkować przy krawężniku? Dlaczego władze unikają tego problemu?&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Kolejnym znaczącym problemem staje się wieczorne parkowanie na osiedlu pod blokiem. Jeszcze dziesięć lat temu stworzony parking niedaleko jednego bloku i kilka miesc parkingowych przy każdym z budynków wystarczało dla posiadaczy samochodów z całego osiedla. Dzisiaj jest istna wojna o każdy wolny kawałek miejsca. Niedość, że ludzie parkują jak debile (taka jest prawda, gdyż jednym samochodem zajmują miejsce, gdzie zmieściły by się dwa auta), to jeszcze widzę niektórych zdesperowanych, którzy zostawiają swoje auta na trawie i idą do domu. No bo w takiej sytuacji, gdy na lokalnych kawałkach "niezielonych", które potocznie zwane są parkingami brakuje miejsc, a chodnik jest na całej długości zastawiony samochodami (oczywiście równolegle do drogi z zostawieniem 1,5 m dla pieszych, lecz są tacy hardkorowcy, którzy zajmują cały chodnik) to pozostaje parkowanie na trawie. A co na to straż miejska i lokalne kółko różańcowe? Kółko różańcowe wrzeszczy, że ktoś zajmuje kawałek trawnika i dzwoni po "straszaków", a "straszaki" dostają kolejne uprawnienia i wypisują mandaty za złamanie paragrafu 1, 144 artykułu Kodeksu Wykroczeń:&lt;/p&gt;&lt;ul&gt;&lt;li&gt;&lt;em&gt;KW art. 144. § 1. Kto na terenach przeznaczonych do użytku publicznego niszczy lub uszkadza roślinność albo depcze trawnik lub zieleniec lub też dopuszcza do niszczenia ich przez zwierzęta znajdujące się pod jego nadzorem,&lt;br /&gt;- podlega karze grzywny do 1.000 złotych albo karze nagany.&lt;/em&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;p&gt;Ktoś tam na jakimś tam forum zauważa, że:&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;ul&gt;&lt;li&gt;&lt;em&gt;W jednym miejscu kierowca jednym kolem na trawniku jest przestepca i trzeba mu dowalic, a kilkanascie metrow dalej dzieciaki grajace na tym samym trawniku w pilke juz nie draznia delikatnych oczek pseudo strozow prawa? Jakies wybiorcze to prawo. Dotyka tylko tych, ktorzy moga zaplacic. A widzialem juz taki widoczek, ze straznik wlepial mandat wlasnie kierowcy na trawniku, a ze 30 metrow dalej jakis gowniarz szalal po skrzyzowaniach samochodem z piskiem opon. Pan mundurowy nawet nie zwrocil na to uwagi, mimo, ze to wlasnie tamten stwarzal ewidentne zagrozenie.&lt;br /&gt;Cos mam wrazenie, ze straz miejska nie jest nastawiona na pilnowanie porzadku i ladu, tylko na latwy szybki zysk.&lt;/em&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;&lt;p&gt;Polsce nie tylko potrzeba dobrych dróg. Potrzeba także parkingów komunalnych (to takie domki jakie widziałeś w amerykańskich filmach, czy w GTA:Vice City, tyle że tam się parkuje). W końcu gdzie zaparkują samochody kibice zza granicy na mecze Euro 2012? Na pewno nie na moim osiedlu, bo tam miejsca już nie ma!&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Powracając do idiotów jadących swoimi samochodami tyle ile fabryka dała - sam jestem takim idiotą. Głównym tego powodem jest pośpiech - cisnę wtedy gaz do dechy i staram się nie złapać fotoradarom (po których w większości zostaje tylko pusta zniszczona budka), ani kontrolom drogowym. Oczywiście skazany jestem na teren zabudowany, gdzie mogą mi przydupić największy mandat, bo czasem przekroczę dozwoloną prędkość ponad dwukrotnie. Czasami też niszczę koło wjeżdżając w jakąś dziurę, ale to już także osobny temat. Dlaczego w Polsce jest tak mało dróg ekspresowych i autostrad? Dlaczego drogi ekspresowe i autostrady przypominają zwykłą drogę terenu zabudowanego, lecz mają postawiony inny znaczek? Dlaczego rząd (ani obecny, ani poprzedni) kończył budowę dróg szybkiego ruchu jedynie w planach na papierze? Takich pytań jest multum. &lt;/p&gt;&lt;p&gt;Drugą stroną medalu wariatów za kółkiem jest fakt, że w Polsce faktycznie nie ma się gdzie wyszaleć. Z moich źródeł wiem, że na cały kraj są tylko 2 tory wyścigowe. Dwa! A kierowców ponad 15 milionów. No to jak to tak? Po 7,5 miliona na jeden tor? Niewykonalne. Zagospodarowanie wielu terenów zielonych poprzez wylanie asfaltu i postawienia znaczku "Tu nie obowiązują przepisy ruchu drogowego, a policja wpada na kontrole daleko stąd" rozwiązałoby ten problem. Wystarczy tylko pomyśleć. Zamiast budować kolejne boiska do gry w piłkę nożną, których jest w cholerę i które i tak stoją puste ze względu na tonę niepodpisanych papierów nie mogą być użytkowane - wystarczy zagrodzić kilkaset metrów kwadratowych na miasto i wylać tam asfalt. Ale najpierw należy skończyć z tymi durnymi przepisami prawnymi, które ustalają równość ziemi, kąty nachylenia toru i bez których owa "budowa" nie może się odbyć. &lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;strong&gt;Donaldzie Tusku i Lechu! Skończcie z tą biurokracją!&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;strong&gt; &lt;/strong&gt;Zaoszczędźcie miliardy złotych, a milionom Polaków nerwów.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Spodziewam się teraz komentarza typu - "jakżeś taki mądry, to zrób coś z tym". Ale przecież robię. Jako porządny obywatel państwa prawa płacę podatki na każdym kroku - nawet gdy kupuję chleb, czy tankuję benzynę. Podatki, które powinny iść na poprawę warunków życia i między innymi na poprawę stanu dróg. Lecz co się z tymi podatkami dzieje to niewiadomo. Politycy bronią się rękami i nogami, że faktycznie wszystko się poprawia, lecz okiem przeciętnego obywatela tego nie widać. Jedynie co się poprawia to grubość portf... Hmm... Lepiej będzie, gdy tego nie skończę.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5767885164045152685-1989475554308674882?l=littlejacob.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://littlejacob.blogspot.com/feeds/1989475554308674882/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2009/04/it-drives-me-crazy.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/1989475554308674882'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/1989475554308674882'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2009/04/it-drives-me-crazy.html' title='It drives me crazy!'/><author><name>Jakub</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12117029458729354081</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='30' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sZYtj72cVRQ/TF8CSFOeRYI/AAAAAAAAACY/tC8vXnYVxvA/S220/Bez+nazwy+1+kopia.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5767885164045152685.post-1929955400549195751</id><published>2009-04-25T10:54:00.000+02:00</published><updated>2009-05-24T22:39:40.154+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='rzeczy z duszą'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='szkoła'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='moda'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='cinquecento'/><title type='text'>Najciekawsze z najciekawszych 2</title><content type='html'>&lt;p&gt;I kolejna porcja postów z poprzedniego bloga, które uznaliście za najciekawsze...&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;strong&gt;&lt;span style="font-size:130%;"&gt;Nie ruszaj, bo nowe! (styczeń 2008)&lt;/span&gt;&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Zapewne większość z was, jak kupi sobie coś nowego, na co wyda trochę więcej grosza, to bardzo chce się tym wylansować. Dajmy no takiego Kowalskiego, który właśnie znalazł zajebiste spodnie na Allegro i sobie je kupił. Nawet nie wie o tym, że gość, który mu je wcisnął prowadzi w rzeczywistości ciucholand, czyli popularny szmateks, ale mniejsza już oto. No i ten Kowalski przez najbliższe dwa miesiące nie ściągnie tych spodni z tyłka. Zobaczycie go w nich wszędzie - w szkole, w pracy, w windzie, w autobusie. Gdziekolwiek go nie spotkacie, będzie miał na sobie te dżinsy. Aż do czasu, gdy kupi sobie nowe.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podobnie jest ze sprzętem. Żeby się nie mieszały postacie - weźmy teraz Masztalskiego, który zamiast wydać wypłatę na piwo i wódkę kupił sobie telewizor. Co robi? Na najbliższy mecz kolejki ekstraklasy zaprasza kolegów i stawia każdemu po browarku. Można tak wymieniać rzeczy w nieskończoność, jednak efektem ubocznym może być u ludzi to, że nie pozwolą dotknąć swojego nowego sprzętu nikomu. Ze strachu, że wydali cholernie dużą kwotę, czy po prostu z zasady "bo to jest moje, nie ruszaj". Zupełnie tak samo, jak dzieci w piaskownicy nie pozwalają dotykać swoich foremek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale nic nie przebije sytuacji, w której dzisiaj się znalazłem. Mam zaszczyt być głównym administratorem i technikiem w szkole. Mówiąc potocznie jak coś się z elektroniki spierdoli (a raczej jakiś pecet siądzie, czy drukarka się zjebie), to każdy leci do mnie. Czasami nawet o przysługę proszą mnie prości ludzie, którzy chcą, żebym im coś przeskanował, czy zkserował. Dzisiaj jednak dowiedziałem się, jak bardzo przez to mam przerąbane.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A wszystko zaczęło się od tego, że jakiś cieć chciał sobie zeskanować kartkę papieru. Oczywiście klucz do najpilniej strzeżonego zaplecza ze świeżym sprzętem mają bibliotekarki. Kiedyś, gdy były starsze komputery (uważane przez starsze panie za zrzęchy, lecz z celeronów 800 można jeszcze coś wyciągnąć) to bez problemu klucz dostawałem. Teraz to człowiek musi się nieźle nakombinować. Po kilkunastu minutach dostałem się do sali i normalnie mnie zamurowało. Z unijnej dotacji szkoła dostała aż 4 komputery - zestawy NTT o rakietowej konfiguracji - Intel Pentium D 1800 MHz. Wszystko zintegrowane z płytą główną - grafika Intela, dźwięk Intela, sieciówka Intela. Masakra. W dodatku śmiesznie małe monitory LCD 15 cali. No, ale to wszystko w eleganckich błyszczących obudowach i z Windows Vista Business na pokładzie. Stąd obawa bibliotekarek, że coś zepsuję. Eh, ludzie starszej daty.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Inteligentnym pomysłem popisał się również cieć, który prowadzi w szkole Technologię Informacyjną. Koleś jest łysy, stary, nosi okulary ze szkłami jak dna od butelek i twierdzi, że jest debeściak. Taki debeściak, że kiedyś próbował zainstalować Windowsa 2000 z... dyskietki. Uparł się, że jest to możliwe i wciskał dyskietkę na upartego. Gdy ta nie odpalała, kazał wymienić stację dyskietek. Gdy na drugiej stacji nie działała - ten stwierdził, że komputer jest zawirusowany i nadaje się na śmietnik. No, ale wróćmy do jego inteligentnego pomysłu. Pospisywał hasła administratora do wszystkich komputerów i postanowił nikomu ich nie dawać. Na komputerze kazał stworzyć (sam nie stworzył, do instalacji Visty zamówił zespół absolwentów Śląskich Technicznych Zakładów Naukowych, bo to dla niego za wysoki poziom) jedno konto z ograniczeniami i tyle. I jak ja, do cholery, mam skorzystać ze skanera?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Uparcie twierdził, że wszystko tam jest zainstalowane i nic nie trzeba dodawać. Pomylił się cholernie, bo kombajn HP owszem, sterowniki i software miał zainstalowane, ale co z tego, jak nie było ono poprawnie skonfigurowane? Paranoja. A na owego Windowsa nałożono tyle zabezpieczeń, że gdy się klikało Start, aby rozpocząć (copyrights Microsoft), to trzeba było podać hasło administratora.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nic. Jakoś uporałem się z tym i ominąłem żądanie hasła. Nawet nie pamiętam jak, dosłownie to był moment. Zacząłem konfigurować sprzęt. Aż tu nagle, jak do obory, do sali wbiła bibliotekarka. I zaczął się dialog typu kto cię tu wpuścił, co robisz... A gdy zobaczyła okienko z tekstem "Konfigurowanie sprzętu" to złapała się za głowę i kazała mi to wyłączyć. Ja odmówiłem i powiedziałem, że bez tego to wielkie niczym pałac kultury urządzenie stojące obok nie ruszy. Już nie chciałem mówić, że to kombajn, bo obawiam się, że w ogóle by nie rozumiała o czym mówię.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po zażartej kłótni z bibliotekarką 1 (zaraz wbije bibliotekarka 2) na śmierć i życie udało mi się zeskanować tę jebaną kartkę papieru. To wielgachne monstrum skanowało A4 w 200ppi tak szybko, że nadeszło lato i przez okno wyjrzało słońce. Zapisałem sobie to w folderze, którego pewnie jutro nie zobaczę i chciałem wejść do netu sprawdzić pocztę. Po co mam się fatygować z komórką i męczyć z supermini wyświetlaczem, skoro mam konkretny monitor przed sobą? No nic, szukam jakiejkolwiek przeglądarki. Jest, jest. Głęboko w otchłaniach Program Files znalazłem iexplore.exe. Odpaliłem ten shit i moim oczom ukazała się zajedwabistyczna strona Ministerstwa Edukacji Narodowej. Raaany! Odrazu w adres idzie opera.com i ściągamy. Tym razem, gdy odpalałem instalkę, to o hasło się już nie zapytał (ah, cudowny regedit). Instalujemy. I akurat teraz musiała wejść do sali druga bibliotekarka, której pewnie zachciało się wejść na czaterię. W pomieszczeniu było pięć komputerów, a ona musiała wybrać sobie akurat ten, który znajdował się obok mnie. Podeszła więc i rzuciła okiem, co robię. Również złapała się za głowę, wydarła się, kazała mi to wyłączyć, bo "zepsuję i zawirusuję nowy komputer" i... wyrzuciła mnie z sali.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wniosek? Nowe komputery, które miały być rzekomo dla uczniów na warsztatach multimedialnych są przeznaczone tylko i wyłącznie dla starych bibliotekarek, które robią sobie przerwę w pracy tylko po to, by poflirtować z jakimś niewyżytym nastolatkiem na czacie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wniosek 2? Nigdy, przenigdy nie pokazujcie się od najlepszej strony w nowej szkole. Ja tak zrobiłem rok temu, gdy babka nie umiała włączyć projektora i od tego się zaczęło. Potem zainteresowała się mną wychowawczyni, dla której napisałem e-dziennik, z którego nie korzystała, forum klasowe, na którym się nie zarejestrowała i prymitywną stronę szkoły, którą uważa za coś niesamowitego. I kilka miesięcy później zostałem tym, który ma najbardziej przerąbane. Żeby mi się nie nudziło, wziąłem do roboty kumpla. Z jednej strony było całkiem fajnie - zwalniano nas z lekcji i dawano konkretne zadania do wykonania, które robiliśmy w 5-10 minut. Nie zapomnę składania komputerów na matury. Wtedy z 3 niedziałających stworzyliśmy 2 dobre. I mieliśmy dużo zabawy przy podkręcaniu procesora jednego z nich. Dalej się opierdalaliśmy, słuchaliśmy muzyki i łaziliśmy po necie, podczas gdy inni przyswajali sobie wiedzę. Z drugiej strony to beznadziejnie, bo owych godzin nam nie usprawiedliwiono (ciekawe dlaczego) i nie wstawiono jakichś dodatkowych ocen. W dodatku kumpel we wrześniu zmienił szkołę, a teraz zakończył przygodę z edukacją, a ja obecnie mam dwie strzały na semestr.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wniosek 3? Nie ufaj ludziom starej daty. Nie wdawaj się z nimi w dyskusję. W ogóle milcz. Jak zarzucą ci, że psujesz nowy sprzęt przez konfigurowanie skanera - złap się za głowę, zacznij przepraszać i pogódź się z tym, że w tej sytuacji nie dasz rady wytłumaczyć tego, co robisz, bo cię nikt nie zrozumie. I niech już wyjdzie na to, że jesteś lamerem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wniosek 4? Gdy będziesz grzebał w rejestrze nowego Windowsa Vista Business na nowym szkolnym komputerze - rób to dyskretnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wniosek 5? Wstyd jest mieć dwie jedynki na półrocze.&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-size:130%;"&gt;&lt;strong&gt;Superfajna rzecz stulecia&lt;/strong&gt; &lt;strong&gt;(marzec 2008)&lt;/strong&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Jeszcze 10 lat temu młodzież prześcigała się w tym, kto ma fajniejsze modele samochodów Burago, klocki lego, czy kardridże na konsolkę TV. Nikomu na myśl nie przyszło, żeby chwalić się telefonami komórkowymi, bo były wielkie, ciężke lub drogie. A gdy ktoś już miał owy gadżecik to z pewnością nie pokazał się z tym na ulicy, bo albo został wyśmiany albo okradziony.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W dzisiejszych czasach młodzież codziennie ma inny model telefonu w kieszeni i chwali się czego on tam nie ma. Bynajmniej tak robi mój kumpel, który sam się gubi w ilościach sprawdzonych telefonów. I codziennie w kółko muszę słuchać już oklepanego tekstu: patrz stary, najnowsza Nokia z aparatem 5 megapiksela, obrotowym wyświetlaczem 640x480, wysuwaną szczoteczką do zębów i kosiarką do trawy. Jest zajebisty. Kiedyś to mnie lekko denerwowało, bo sam chciałem mieć superfajny telefon z najnowszymi osiągnięciami technologicznymi. Dzisiaj już zdążyłem się przyzwyczaić, że czegokolwiek bym nowego nie kupił, to i tak się po tygodniu zestarzeje.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale czy najnowsze osiągnięcia techniki mogą być superfajne? Czy te wszystkie wyświetlacze z wielką rozdzielczością, aparaty z wielką matrycą i odtwarzacze mp3 oferujące czysty dźwięk wpływają na to, że dany telefon jest superfajny? Niekoniecznie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po co komu aparat w komórce, gdy obok na półce leży lustrzanka Soniaka? Po co komu miniaturowy głośniczek rzępolący kawałki Zeppelinów, kiedy ma się potężne kolumny z jeszcze potężniejszym wzmacniaczem? Po co komu internet w telefonie... Hm, internet w telefonie do czegoś się w końcu przydaje, więc pomińmy tę kwestię.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dzisiaj rano wygrzebałem zza szafy starą Nokię 3310. Sam szkielet, bez baterii. Jako, że był to jeden z pierwszych moich telefonów i mam do niego sentyment jak cholera, to zaraz poszukałem do niego obudowy i baterii. Włączyłem i śmiga. I powiem wam, że ta stara Nokia jest pod paroma względami lepsza, niż jej młodsza siostra 6230i, którą posiadam od roku. Co z tego, że nie ma aparatu, kolorowego wyświetlacza, odtwarzacza i internetu. Co z tego, że wygląda jak kiepski sen artysty malarza, a jej przyciski zdzierają się po napisaniu smsa? Co z tego, że zamiast "Orange" wyświetla "Idea"? Jest fajna. Waży tyle, co trzykilogramowa paczka ołowiu i perfidnie wystaje w kieszeni, ale co z tego? Ja muszę czuć telefon. Czasami, gdy mam nowiutki telefon w kieszeni to wydaję mi się, że go ciągle gubię. Jest stanowczo za lekki. Wciskając starą Nokię do kieszeni jestem skazany na to, że zaraz zlecą mi całe spodnie z tyłka. To jest to, czego nie mają ultranowoczesne telefony. Który nowy telefon potrafi ściągnąć spodnie? Hę? W którym telefonie tak głośno działa głośniczek i tak czysto słychać tę panią z automatycznego biura obsługi? I wreszcie - który telefon potrafi przetrwać tyle lat i potem elegancko się włączyć? W którym nowym telefonie jest Snake II z charakterystycznym sterowaniem? Który nowy telefon posiada dzwonki, które przy maksymalnej głośności sprawią, że twoje bębenki eksplodują, a z uszu poleci czerwona ciecz? Żaden.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na czym więc polega superfajność danego telefonu? Na pewno nie internety, mp3 i inne duperszwańce, bo telefon z założenia ma ułatwić komunikację międzyludzką. Owszem, w nowym telefonie mogę wysłać e-maila ale co z tego, jeżeli odbiorca go przeczyta kilka godzin później? W nowym telefonie mogę również napisać smsa, ale wklepanie 160 znaków zajmie mi znacznie więcej czasu, gdybym wklepywał tę samą wiadomość korzystając ze starszego modelu. Starsze telefony mają charakterystycznie rozłożone klawisze, a w większości nowych modeli klawisze są ściśnięte. Dlatego korzystając ze starej Nokii szybciej zawiadomię sąsiada, że właśnie kradną jego najnowszą Corsę spod bloku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Idąc dalej, to starsze modele są o wiele prostsze w użytkowaniu, aniżeli te nowe. Posiadam 6230i prawie od roku i dalej nie wiem, do czego służy połowa funkcji! W starej 3310 zaraz odkryłem co do czego i jak. To dlatego 3310 jest najczęściej wybieranym modelem wśród seniorów. Bo jest łatwa w obsłudze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Warto również wspomnieć, że 3310 jest niezniszczalnym telefonem. Możesz nauczyć go latać, możesz rzucić nim w sąsiada, możesz wyrzucić go przez okno i poza kilkoma zadrapaniami na obudowie dalej będzie funkcjonował tak jak należy. Trzeba mieć nawet nie lada umiejętności, żeby wylać wyświetlacz. To jest największe osiągnięcie w dziedzinie ludzkiej inżynierii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Więc który telefon zasługuje na miano superfajnego? 3310 oferująca prostotę obsługi, niezniszczalność, Snejka i doskonały rozstaw klawiszy umożliwiający szybkie pisanie smsów? Czy może 6230i oferująca szybki dostęp do internetu, odtwarzacz mp3 i filmików, aparat 1,3 mpx i masę innych nieodkrytych przez ludzkość funkcji? Brzydka jak noc 3310, czy 6230 z obdrapaną obudową?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ani jedna, ani druga. Zarówno stara jak i nowa generacja telefonów jest fajna. Każdy telefon posiada coś, o czym jeszcze 10 - 15 lat temu przeciętnemu ludzikowi się nie śniło. Ale ja chcę telefonu, który potrafi dzwonić, wysyłać smsy, ma odtwarzacz mp3, szybki dostęp do maila i odtwarzacz filmików, które mogę sobie oglądać siedząc na kiblu. Nie chcę tych kamer i innych dupereli, bo czasami czuję się jakby ktoś mnie podglądał. Chcę, żeby to wszystko było wpakowane w brzydką, aczkolwiek charakterystyczną obudowę Nokii 3310. Chcę akumlator z automatycznym ładowaniem się i wbudowaną latarkę. Chce także, żeby to wszystko było niezniszczalne. Dopiero wtedy będę dumnym posiadaczem superfajnej rzeczy stulecia. Ale co jeśli ta rzecz się zestarzeje po tygodniu?&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;strong&gt;&lt;span style="font-size:130%;"&gt;500: The number of the beast (marzec 2008)&lt;/span&gt;&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;&lt;p align="left"&gt;Koło zostało wynalezione około 4 tysięcy lat przed naszą erą w Mezopotamii. Dwa tysiące lat później powstał pierwszy pojazd składający się z kół i platformy, który był napędzany siłą koni lub człowieka. A kiedy został wynaleziony pierwszy pojazd napędzany silnikiem spalinowym? Nie, nie zgadliście. Pierwszym właścicielem "samochodu" na świecie był Siegfried Marcus, który w roku 1870 zbudował wózek ręczny napędzany siłą silnika spalinowego. Ten wynalazek został uznany jako pierwsze auto na świecie i wyglądał mniej więcej &lt;a href="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/a/a7/MW1_signiert_klein.jpg"&gt;tak&lt;/a&gt;. I chwała Marcusowi za to, bo gdyby nie on to pewnie przez kolejne 3000 lat byśmy jeździli na koniach lub w bryczce.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak ewoluował samochód to chyba nie muszę nikomu przedstawiać. Wystarczy odsłonić zasłonki i wyjrzeć przez okno. Co z tego, że jeden gość sobie jeździ Maluchem, drugi pociska Kredensem, a trzeci pucuje swojego Golfa pierwszej generacji pod blokiem? Każdy lubi, to co lubi (lub na co go aktualnie stać) i powinienem to uszanować.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale... Właśnie - "ale". Mam już jakieś kukumamuniu, fiksumdyrdum, czy jakkolwiek inaczej to się zwie, na punkcie samochodów. Tak samo jak dzisiejsza młodzież na punkcie telefonów komórkowych. Po prostu muszę wiedzieć jak dany samochód się sprawuje, jak jeździ i jak dużo drzemie w nim mocy. Czasami nawet potrafię spędzić pół dnia na Allegro oglądając i czytając różne rodzaje ogłoszeń. Takie moje małe zboczenie zawodowe.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Od kilku miesięcy usiłowałem kupić sobie mój własny samochód. Do dyspozycji miałem 3 tysiące złotych. Wybór miałem ogromny. Cholernie podobało Audi 100 z 1984 roku popularnie zwane cygarem. Silnik 2.0 TDI o mocy około 100 KM, pełna wygoda w środku i jaaakie kształty. Oh, ale bym zaszpanował na osiedlu. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tylko ciekawe kto by mi dawał na benzynę... W grę wchodziły jeszcze Ford Fiesta z 94 roku, Daewoo Tico z 97 lub Volkswagen Golf z 87. Najlepiej gdyby miały instalację LPG na pokładzie. Wtedy byłoby znacznie oszczędniej...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Skończyło się jednak na tym, że zostałem właścicielem Fiata Cinquecento z 1996 roku. Co z tego, że ten samochód wygląda jak pudełko od zapałek? Co z tego, że klepano go po pijaku w polskiej fabryce? Co z tego, że lusterka są zapożyczone od Malucha? W moim przypadku liczy się to ile wachy spala na setkę, następnie osiągi, a na końcu wygląd zewnętrzny. Jednak wygląd zewnętrzny okazał się największą tragedią. Fiaty są jednak słabe i po dwunastu... ba, nawet ośmiu latach mają prawo się sypać. Tutaj był to zbiornik paliwa, z którego wycieka benzyna, oraz podwodzie w okolicach drzwi. Wystarczyło mocniej nimi trzasnąć, by spod spodu wyleciało sporo zardzewiałej karoserii. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;img src="http://www.gtathegame.net/my/galeria/d/1206995230.jpg" /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wewnątrz samochód prezentuje się dosyć swojsko. To po prostu poszerzony Fiat 126p, którym w niedalekiej przeszłości jeździł mój ojciec. Nawet nie ma zamykanego schowka od strony pasażera. Ba... Tam w ogóle nie ma schowka. Deska rozdzielcza ogranicza się do trzech zegarów, a przy kierownicy znajdziemy znane z Malucha "wajchy". Dokładnie te same kształty i te same rysuneczki oznaczające do czego służą. Widocznie komuś nie chciało się projektować ciekawego i przykuwającego uwagę wnętrza. Ale co tam. Najbardziej bolą te skóropodobne wykończenia. Rany... Już lepiej mogliby dać plastik od bombonierki. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jest więcej miejsca niż w Kaszlaku. Z przodu spokojnie mieszczą się dwie osoby. Po prostu czuć tę przestrzeń. To z pewnością wychodzi Fiacikowi na plus. Chociaż z tyłu już głową dotykałem podsufitki, a trzeba dodać, że wcale nie jestem wielkim facetem. Do bagażnika wejdzie tylko plecak i reklamówka z butami. To ze względu na butlę gazową, która zdecydowanie zajmuje za dużo miejsca. Takie są uroki niefabrycznie montowanej instalacji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poprzedni właściciel zupełnie nie dbał o to auto, o czym świadczą różne obicia karoserii, ubytki lakieru i amatorsko malowane prawe drzwi. Przegub w lewym kole jest uszkodzony - to pewnie ze względu dynamicznego ruszania. Zbiornik paliwa, oraz pompa paliwowa są do wymiany - to uroki jazdy na pustym baku. Szyba od strony kierowcy nie otwiera się. To natomiast uszkodzenie elektroniki w tych cholernych elektrycznych szybach. Wewnątrz wszystko jest przesiąknięte dymem od papierosów. Aż nieprzyjemnie wsiadać do tego samochodu. Jak do cholery można palić w samochodzie? Jedyną moją pociechą jest choinka o zapachu kokosowym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;img src="http://www.gtathegame.net/my/galeria/d/1206995317.jpg" /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale mimo tych wad i usterek, które muszę na dniach naprawić, to uwielbiam ten samochód. Ze względu na moc, która drzemie w tym małym silniczku o pojemności 900 centymetrów sześciennych. Chciałoby się rzec, że te marne 40 koni mechanicznych z trudem ruszy ważący ponad tonę samochód...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Spodziewałem się, że się zawiodę na tym silniku. Spodziewałem się, że samochód będzie ruszał dość spacerowo i w ogóle nie osiągnie 100 km/h. Spodziewałem się, ten samochód okaże się życiową porażką i że wyrzucę te 3000 złotych w błoto. Widocznie nie doceniłem tego małego autka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;img src="http://www.gtathegame.net/my/galeria/d/1206995382.jpg" /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wystarczy zaledwie lekko wcisnąć gaz, by Cienias ruszył z kopyta. Naprawdę. Próbowałem ruszyć delikatnie tym samochodem, ale się nie da. On po prostu sam dyktuje warunki. Zupełnie jakbyś wsiadł do diabelskiej kolejki górskiej. Jazda dostarcza niemniejszych emocji. Od zera do setki rozpędza się w 16-17 sekund, czyli dość przeciętnie. Ale nie o to tutaj chodzi. Nawet nie chodzi o dźwięk silnika, który przypomina kosiarkę do trawy. Jadąc tym samochodem doskonale czujesz prędkość, a dodatkowym smaczkiem, który zarazem jest przedmiotem obawy jest cholernie twarde zawieszenie z wybitymi amortyzatorami, oraz wyczulony układ kierowniczy. Wystarczy trochę mocniej obrócić kierownika, by elegancko dachować na pierwszym lepszym zakręcie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I właśnie na różnego rodzaju wirażach zaczyna się kompletna tragedia. Samochód jest cholernie nadsterowny. Bardzo łatwo można ściąć zakręt wpakowując w niego tonę polskiej blachy. Jak już wspomniałem do dachowania tym autem naprawdę nie trzeba specjalnych umiejętności. Testując ten samochód na ekspresówce czułem się, że prowadzę samochód diabła. Po prostu trzeba mieć się na uwadze podczas prowadzenia. Podczas jazdy z prędkością 100 km/h chciałem ominąć dziurę w drodze, co skończyło się tym, że wyrzuciło mnie na sąsiedni pas ruchu. Na nieszczęście droga była pusta i nie zatarasowałem nikomu drogi. Ten samochód po prostu nie lubi złego traktowania, nagłych manewrów i nie wybacza błędów. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co z tego, że kumple śmieją się z tego, że kupiłem Cieniasa, a nie żadnego Golfa, czy Calibrę? Co z tego, że jadąc tym samochodem po polskich drogach czujesz się, jakbyś siedział na taborecie przyklejonym supermocnym klejem do betonu? Co z tego, że jest niebieski i ma plakietkę Fiata? To po prostu mały, fajny samochodzik, wręcz idealny na miejskie kory i wąziutkie drogi. Samochód który przewiezie cię z punktu A do B dostarczając tyle samo wrażeń, co gra na klasycznym PlayStation. Samochód, któremu warto poświęcić kilka minut dziennie, sprawdzając jego stan techniczny. Pod jego maską drzemie bestia, którą warto się od czasu do czasu porządnie zaopiekować. Bestia, która czasami budzi się ze snu, a wtedy już nie ma przebacz...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Psst. Zerwałem już ten obciachowy zielony listek z tylnej szyby.&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p align="right"&gt;Więcej starych postów poczytasz &lt;a href="http://my.gtathegame.net/chaos/blog/"&gt;tutaj&lt;/a&gt;.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5767885164045152685-1929955400549195751?l=littlejacob.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://littlejacob.blogspot.com/feeds/1929955400549195751/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2009/05/najciekawsze-z-najciekawszych-2.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/1929955400549195751'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/1929955400549195751'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2009/05/najciekawsze-z-najciekawszych-2.html' title='Najciekawsze z najciekawszych 2'/><author><name>Jakub</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12117029458729354081</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='30' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sZYtj72cVRQ/TF8CSFOeRYI/AAAAAAAAACY/tC8vXnYVxvA/S220/Bez+nazwy+1+kopia.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5767885164045152685.post-8343244939754492445</id><published>2009-04-25T10:35:00.000+02:00</published><updated>2009-05-24T22:38:52.431+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='autobus niskopodłogowy'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='donald cudotwórca'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polityka'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='współczesne filozofie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='facet w kuchni'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='najciekawsze z najciekawszych'/><title type='text'>Najciekawsze z najciekawszych</title><content type='html'>&lt;p&gt;Na śmierć zapomniałem o najciekawszych postach z poprzednich blogów, które tradycyjnie publikuję po założeniu nowego. Wprawdzie miałbyć to pierwszy wpis, ale chyba nikt się nie obrazi, gdy napiszę go teraz.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;strong&gt;&lt;span style="font-size:130%;"&gt;Autobus niskopodłogowy to jeden z najważniejszych wynalazków w dziejach ludzkości (grudzień 2006)&lt;/span&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Nawet nie wiecie, jak bardzo mój nastrój uległ poprawie przez jeden autobus niskopodłogowy. Jestem tak zszokowany, że mógłbym skoczyć z okna i przez ten czas, kiedy będę leciał te 10. pięter w dół, mógłbym krzyknąć "niech żyje PKM SOSNOWIEC", tylko nie wiem po co. Od zawsze nienawidzę tej wspaniałej instytucji. W ogóle nienawidzę autobusów. Niby mają ułatwić ludziom życie i w ogóle, lecz jednak nie spełniają w pełni tej swojej funkcji. Zwłaszcza stare, potworne Ikarusy, w których wiszą te zabawne plastikowe uchwyty z optymistycznym napisem "PKM Sosnowiec - z nami dojedziesz bezpiecznie i na czas!". Ja nie wiem czy tak bezpiecznie(jeżeli uda ci się w ogóle wsiąść do autobusu) i czy na czas. No ale po kolei...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O tym, jak wygląda dzień przeciętnego licealisty możecie zobaczyć w genialnym filmie amatorskim - Piątek. Ja dzisiaj opiszę, jak wygląda poranek przeciętnego licealisty mieszkającego w Sosnowcu i uczęszczającego do szkoły znajdującej się na drugim końcu miasta. Skromnie mówiąc, opiszę swój poranek i jak będzie mi się chciało to jeszcze popołudnie.&lt;br /&gt;Zwykle wychodzę z domu zaspany, nieświadomy tego, co mnie zaraz czeka, kiedy zajdę na przystanek autobusowy. Tak, już za chwilę podjedzie szatański czołg w kolorze biało - czerwonym, prezentującym dumnie napis "Ikarus" umieszczony tuż obok wielkich oczu (świateł). Prawdopodobnie znowu będzie to rozpadający się grat z oczojebnym "815 Katowice P. Skargi" na wyświetlaczu u góry. Czasami jest inny numerek. Np. wtedy, kiedy za późno wyjdę z domu, albo kiedy wyjdę o godzinie 9. Zazwyczaj wychodzę o 7:15, a na przystanek idę góra dwie minuty. Rozpiskowo gracik ma przyjechać o 7:18. Spóźnienie zrozumiem - a to problemy z odpaleniem tego złomu, a to wypadek po drodze, jednak nie mogę znieść, gdy takowy przyjedzie za wcześnie. Kilka razy mi to zrobił i musiałem czekać 10 minut na następny...&lt;br /&gt;Również dzisiaj wyszedłem pełny optymizmu i nieświadomy tego, co mnie jeszcze czeka. Na przystanek zaszedłem wyjątkowo, bo o 7:17 (wyjątkowo, bo mi się w tygodniu nie chciało wstawać i szedłem na drugą, albo trzecią lekcję). Po chwili czekania na mrozie podjechał jakiś autobus. Był on niskopodłogowy. Wychyliłem się nieco zza kiosku, żeby sprawdzić, czy jest to 723, którym wożą się uczniowie innego liceum, czy też 299. Aż normalnie nie mogłem w to uwierzyć, gdy zobaczyłem napis "815 - Katowice Piotra Skargi". Moja szkoła jest akurat ulokowana na granicy Sosnowca z Katowicami, więc wysiadam wcześniej. Gdy otwierały się drzwi i wchodziłem do środka, czułem, jakby mnie ktoś po prostu do autobusu zapraszał. W dodatku nie było tłumów, jak to zwykle bywa w Ikarusach. Myślałem po prostu, że śnię. A wrażenia z jazdy - super. Nie chciało się aż wysiadać pod szkołą...&lt;br /&gt;Po zakończonych lekcjach przytrafiła mi się podobna niespodzianka. Zdążyłem na ten sam autobus, o tej samej linii. Kurczę. Do tej pory nie mogę się otrząsnąć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przyznam jednak szczerze, że gdybym już posiadał prawo jazdy, to omijałbym te wynalazki z daleka. Nie brałbym pod uwagę tego, że przejazd samochodem równa się z większymi kosztami. Brałbym pod uwagę jeden fakt: samochód jest dla mnie i jedzie tam, gdzie ja chcę, a autobus jest dla staruszek, dla tych, co nie mają samochodu i dla wszystkich innych i jedzie tam gdzie on chce. W dodatku podróż samochodem jest znacznie wygodniejsza, przyjemniejsza, a przede wszystkim bezpieczniejsza, bo akurat doskonale znasz kierowcę...&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;strong&gt;&lt;span style="font-size:130%;"&gt;Homo Sapiens Facetus (grudzień 2006)&lt;/span&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Tia.. Bycie facetem to nie taka prosta sprawa. Szczególnie w tym wieku. A to burza hormonów, a to wielkie rozkojarzenie, a to obwiązywanie się sznurkiem, czy takie tam. Najprościej mówiąc: życie faceta nie jest takie proste.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ogólnie to nie chcę tutaj prowokować kobiet, które myślą, że "facet to świnia". Chcę po prostu opisać kawałek mojego dziwnego życia i świata, w którym żyję.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zacznijmy od tego, że dziś było święto Mikołaja, ale o tym było wczoraj. Więc jako dobre dziecko rodziny, postanowiłem zrobić niespodziankę rodzicom: upiekę ciasto! Niech widzą, że synuś nie wziął kasy i nie przechlał, czy czasem nie kupił sobie paczki Marlborasków... Ale nie, nie. Tym razem wybrałem się do pobliskiego supermarketu, żeby zrobić to, czego nienawidzę - zakupy. Oczywiście przed wyjściem spisałem wszystko na karteczkę, bo pamięć w tym wieku nawala. Oczywiście debil ze mnie, bo najpierw mogłem upewnić się, co w lodówce już jest, ale nieee, od razu do sklepu. Raany. Planowałem spędzić góra 5 minut, a spędziłem 30. Po prostu nie wiedziałem gdzie mam szukać danej rzeczy. Mieszkam już 16 lat na tym osiedlu, od 16 lat ten sklep tam stoi, a ja nigdy nie miałem okazji zapamiętać, gdzie co jest, pomimo, że często tam wpadam - po słonecznik.. Ale mniejsza o to.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po udanych zakupach wróciłem z bananem na mordzie. Horror miał się dopiero wydarzyć. Gdy otworzyłem lodówkę, okazało się, że zdublowałem kilka produktów. Otwieram lodówkę, patrzę - jajka. Odwracam głowę, patrzę - jajka! W lodówce - mleko, odwracam się - mleko! Paranoja. Co ja robiłem przy spisywaniu listy? Gdzie ja wtedy byłem?! Dobra tam. Nadeszła pora na sprawdzenie tego przepisu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W ogóle do tej pory nie wiem, co mi się upiekło. Wpisałem w googlach "przepisy na ciasta", znalazło mi pierwszą, lepszą pozycję - "drukuj" i po krzyku. Po przeanalizowaniu kartki z literkami, wziąłem się za typowo niemęską robotę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ciasto. Kazali zmieszać margarynę, z jajkami, z kakao, oraz z mąką. Wyszła mi jakaś kupa. Poważnie. Brązowa, lepka i ciągnąca się masa, typowa po normalnej, rodzinnej imprezie. Jednak śmierdziało to okropnie czekoladą. Nie zniechęciło mnie to do dalszego postępu. Wyrzuciłem i rozprowadziłem tę ciastopodobną masę po formie i wziąłem się za następny krok, jakim było ugotowanie budyniu. Maaatko! Byłem święcie przekonany, że umiem to robić, co okazało się zupełną nieprawdą. Zamiast budyniu śmietankowego, otrzymałem także lepką, tyle że już białą masę z beznadziejnymi grudkami. Olałem to całkowicie. W dodatku ojciec powiedział, że mleko się zważyło, a ja oczywiście zaprzeczyłem. Dopiero się kapłem przy myciu przypalonego garnka. Wylałem ten "budyń" na to ciasto i kolejny krok. Tym razem poszło sprawniej. Była to ostatnia warstwa ciasta z twarogiem. Cyk - myk. Zrobione i wylane na formę. Wreszcie ta kupo - podobna masa na blaszce, zaczynała przypominać ciasto. W dodatku nieźle smakowała. Wrzuciłem to do piekarnika i odczekałem 40 minut.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zrobiło się takie dziwne coś tam. Ale przypominało ciasto. W dodatku pachniało jak... sernik. Matka powiedziała, żeby włożyć to do lodówki i sprawdzić, jak to będzie wyglądać na dzień następny. Mam nadzieję, że będzie lepiej, niż po ostatnim pieczeniu ciasta. Wtedy to kuchnia wymagała remontu...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wniosek? Jestem za głupi na pieczenie ciasta. Niby to jest wielka frajda przy robieniu, ale końcowy efekt nie zawsze jest zadowalający... Nie nadaję się do pieczenia ciasta. A miało być tak pięknie..&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;strong&gt;&lt;span style="font-size:130%;"&gt;Współczesne filozofie (listopad 2007)&lt;/span&gt;&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Czas najwyższy zmarnować trochę czasu na interpretację trzech współczesnych filozofii. (Ale długi wstęp, no nie?)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Te najbardziej znane, będące w codziennym użytku i przyprawiające o cholerny ból głowy refleksje to oczywiście:&lt;br /&gt;- "chcę, ale nie mogę"&lt;br /&gt;- "mogę, ale nie chcę"&lt;br /&gt;- "nie chcę, ale muszę"&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na tym właśnie opiera się połowa ludzkości. Niemożliwe? A jednak. Gdy zastanowimy się bardziej nad sensem tych stwierdzeń, to dojdziemy do prawidłowych, czasami wręcz kuriozalnych wniosków. Wyobraźmy sobie taką sytuację. Idzie sobie facet ulicą. Spogląda się i widzi piękną kobietę. Na początku pomyśli sobie, jaka fajna niunia idzie ulicą. Zaś na drugi ogień pójdzie typowe męskie myślenie, czyli "jakby to było gdybym...". No zachce się facetowi chociaż dotknąć tych piersi, bo one same się o to proszą. Dotknie? Nie dotknie. Z wielu powodów. Raz, bo dostanie po mordzie; a dwa, bo to normalny, kulturalny i cywilizowany facet. I na tym polega chcę, ale nie mogę. Oczywiście, może to być jakiś niepoczytalny gościu, który za długo grał w 7Sins albo zboczeniec. Inna, już bardziej normalna, chociaż okrutniejsza sytuacja: czy facet z połamanymi rękami może napisać przepis na ciasto, albo może zagrać na gitarze? Czy można jechać samochodem, nie mając w nim benzyny? I już klasyk codzienności: okropnie chcę wygrać w totka, ale cosik nie mogę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;"Mogę, ale nie chcę" jest częściej spotykana. Wyobraźmy sobie, że leżysz sobie na kanapie brzuchem do góry i gapisz się na czarną skrzynkę, którą jest telewizor. Kompletnie ci się nic nie chce. Nagle w telewizorni zaczyna się jakaś okropnie nudna brazylijska, albo mongolska telenowela, a zmieniarka kanałów leży gdzieś na drugim końcu pokoju. Oczywiście, możesz sobie wstać i pójść po tego pilota, ale ci się okropnie nie chce. Inny przykład: stos książek na jutro. Masz jutro zaliczenie z tego i tego. Możesz, ale nie chcesz, bo przyjmujemy, że jesteś leniem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;"Nie chcę, ale muszę" to najczęstsze marudzenie, towarzyszące przy porannym wstawaniu z łóżka, przy śniadaniu, przy myciu zębów, drodze do pracy lub gabinetu dentystycznego, czy też przy skrajnie wysokim stopniu uzależnienia od alkoholu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wydawałoby się, że to już koniec tego mojego wykładu moralno - nudnawo - życiowego, ale nieee... Nie ma chuja. Nie pisałem przez prawie trzy miesiące, więc muszę się odegrać. Nurtuje mnie jeszcze wiele pytań, na które nie znalazłem konkretnej odpowiedzi. Najbardziej koszmarnym pytaniem, przez które nie mogę spać, jest dla mnie - czy to światełko w lodówce gaśnie po zamknięciu drzwi? Jeżeli tak, to dlaczego jest ono w lodówce, a w zamrażalniku już nie? Czemu w instrukcji obsługi nic o tym nie wspomniano? A jeżeli tak, to gdzie to było napisane? A jeśli tego nie napisali, to gdzie do cholery jest ta instrukcja?&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;strong&gt;&lt;span style="font-size:130%;"&gt;Święta, święta... (grudzień 2007)&lt;/span&gt;&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;...a portfel pusty. Można powiedzieć, że nawet wyczyszczony. Może młodsi obywatele tego nie odczuwają, bo pod choinką znaleźli parę zielonych banknocików. Głównie ci starsi, którzy spędzili połowę swojego życia stojąc w gigantycznych kolejkach za podstawowymi produktami na świąteczny stół. Również ci, którzy wręcz demolowali sklepowe półki w poszukiwaniach dobrego prezentu. I również ci, którzy czekali godzinami na samolot na lotnisku w Anglii. A czekali, bo czas to pieniądz. A że pieniądze należy szanować, to większość wolała zaoszczędzić i robili zakupy, czy rezerwowali loty na ostatnią chwilę. Szkoda tylko, że nikt z tej grupy ludzi nie stanął i nie zastanowił się, w jakich czasach my żyjemy.&lt;strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Wnerwia mnie niesamowicie to, że pojutrze dzienniki prześcigać się będą artykułami dotyczącymi wydatków na święta. Już widzę przed oczyma czwartkową Rzeczpospolitą, a na dziale "Ekonomia &amp;amp; Rynek" wielki niczym Pałac Kultury i Sztuki nagłówek "W tym roku Polacy wydali na święta 8 mld złotych". Dalej zapewne przeczytam, że jest to o 66% więcej w porównaniu z poprzednim rokiem i 102% w porównaniu z rokiem 2005. Nie zabraknie też miejsca dla akapitów opisujących, że za tyle kasy zbudowano by długą autostradę, czy wyremontowano by wszystkie przystanki autobusowe. Będzie też wzmianka, że nie jesteśmy narodem oszczędnym, jak nas pan Donald Tusk uczył i że popadamy w coraz to większe zadłużenia. I mogę się założyć, że podobnych wylewnych tekstów na ten temat będzie znacznie więcej. Ale nie napiszą, że przez te dwa, trzy lata wszystko cholernie zdrożało, a pensje jakie były, takie są. Nie napiszą, że w 2005 roku za karpia płaciliśmy 4,5 - 5zł, a w tym roku był to wydatek rzędu 8 - 10 złotych. Nie przeczytamy też, że choinki, drzewka, czy inne pierdoły były tańsze. Czy chodzi o sensację, by doprowadzić społeczeństwo do stanu przedzawałowego? A może chodzi o coś innego, co rząd próbuje ukryć? Ja nie wiem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wiem tylko, że "Donald Cudotwórca" obiecał nam, że od przyszłego roku weźmie się porządnie do pracy i stworzy w Polsce drugą Irladnię. Póki co, to w telewizji pokazują jak to pan premier oszczędza na wszystkim. Że dojeżdża starą Toyotą na Wiejską, że nie korzysta z ochrony, że samolotu rządowego używa tylko na dalekie voyage, że podpalił Forda Mondeo z 2003 roku pani minister Piterze, o którym marzy niejeden przeciętny Polak... Nie, tego ostatniego nie było. Z opowieści wiem, że za Gierka było podobnie. Co z tego, że był to komunista? Facet się nieźle postarał. Zaciągnął kredyty, z których połowę kasy ukradł nasz przyjaciel pokoju i obrońca dzieci ZSRR, ale część dróg wyremontował? Wyremontował. Do dziś widzę efekty w swoim rodzimym mieście i porównuję fragment 3 maja i fragment Al. Zagłębiowskiej - zjazd do CH Auchan. Zdecydowanie widać różnicę pomiędzy solidnym gierkowskim, a spruchniałym, załatanym w wielu miejscach teraźniejszym. No, troszkę się zagalopowałem z tym wszystkim. Pozostaje mi tylko trwać w nadziei (in spe), że Pan Tusk nie pogorszy naszej sytuacji gospodarczej jak Państwo Kaczyńscy, czy wyżej wspomniany Edward Gierek. Wystarczą mi jedynie prognozy na przyszły rok - standardowe podwyżki prądu, gazu, czynszu, benzyny, alkoholu i papierosów. Na nieszczęście Polska jest jednym z krajów najtańszych trunków i papierochów, a kilka dni temu uroczyście przystąpiła do strefy Schengen. Co oznacza, że teraz Niemcy palić będą polskie papierosy i popijać będą Żywcem, a Polacy będą mieli problem z przemytem ukraińskich Marlboro i Złotej Butelki. Ale Pan Donald Tusk pewnie i z tego problemu po mistrzowsku wyjdzie. By żyło się lepiej. Wszystkim.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przesadyzm. Wiem, ale trochę pitolenia w święta jeszcze nikomu nie zaszkodziło.&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5767885164045152685-8343244939754492445?l=littlejacob.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://littlejacob.blogspot.com/feeds/8343244939754492445/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2009/05/najciekawsze-z-najciekawszych.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/8343244939754492445'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/8343244939754492445'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2009/05/najciekawsze-z-najciekawszych.html' title='Najciekawsze z najciekawszych'/><author><name>Jakub</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12117029458729354081</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='30' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sZYtj72cVRQ/TF8CSFOeRYI/AAAAAAAAACY/tC8vXnYVxvA/S220/Bez+nazwy+1+kopia.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5767885164045152685.post-1783240317985280241</id><published>2009-03-18T22:01:00.001+01:00</published><updated>2009-03-18T22:05:09.777+01:00</updated><title type='text'>Volume Three</title><content type='html'>&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:trebuchet ms;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Taaak, taak. To znowu ja. Ten sam paskudny i niedobry mr.chaos. I znowu zamierzam pisać o głupotach, jeśli mi się będzie chciało. Przenosiny bloga z &lt;strong&gt;gtathegame&lt;/strong&gt; są tylko po to, aby więcej osób mogło poczytać moje &lt;strong&gt;głupie głupoty&lt;/strong&gt;. I właściwie tylko po to. No i tutaj nie mam żadnych ograniczeń. :)&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;span style="font-family:trebuchet ms;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;To tyle z kwestii organizacyjnych. Wkrótce porządniejsza nota.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5767885164045152685-1783240317985280241?l=littlejacob.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://littlejacob.blogspot.com/feeds/1783240317985280241/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2009/03/volume-three.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/1783240317985280241'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5767885164045152685/posts/default/1783240317985280241'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://littlejacob.blogspot.com/2009/03/volume-three.html' title='Volume Three'/><author><name>Jakub</name><uri>http://www.blogger.com/profile/12117029458729354081</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='30' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_sZYtj72cVRQ/TF8CSFOeRYI/AAAAAAAAACY/tC8vXnYVxvA/S220/Bez+nazwy+1+kopia.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry></feed>
